Piekło życia Gałczyńskiego

Piekło życia Gałczyńskiego

Rozmowa z Kirą Gałczyńską, autorką książki „Zielony Konstanty”

Krytycy przedstawiali go jako błazna i tandeciarza

 

Jako jedyna z biografów Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego dotarła pani do przodków ojca. By­ło to bardzo pracochłonne. Czy trud się opłacił?

– Prawdziwa biografia nie powinna bazować na mitach, domysłach i po­bożnych życzeniach, a tak właśnie mój ojciec podchodził do przeszłości swej rodziny. W tej dziedzinie fakty nigdy go nie interesowały. O ileż przyjemniej było powtarzać, że wszyscy pierworod­ni synowie jego przodków nosili imię Konstanty, wszyscy od zarania byli ko­lejarzami. I tak to zostało w podręcznikach szkolnych…

Jako dorastająca dziewczyna pyta­łam: A gdzie panowie Gałczyńscy pra­cowali w XVI czy w XVIII wieku? W trakcji dyliżansowej? Ojciec bez drgnienia powieki odpowiadał: – Cho­dzili po polach, grali na cytrach, okary­nach, a jeszcze wcześniej mieli wielkie, białe skrzydła i byli aniołami.

Może należało przystać na ten mit. Rodzina Wańkowicza nie spie­rała się z pisarzem, gdy twierdził, że jego ród wywodzi się od Matki Boskiej.

– Bo to była Matka Boska. Ja zaś po­stanowiłam dokładnie przyjrzeć się ro­dzinnym parantelom, aby zrozumieć niektóre zachowania ojca. Np. to, że zarówno w wierszach, jak i w życiu pry­watnym wspominał swego ojca z dużą niechęcią. Mama też twierdziła, że dom jego dzieciństwa pozbawiony był nie tylko kultury i smaku, ale zwykłej po­gody, tkliwości, troski o dzieci. Często powtarzała zdumiona: skąd on się tam znalazł? Skąd wzięła się jego wielka muzykalność, wyrafinowany smak, po­trzeba stałego uczenia się, nieomylne wyczucie plastyczne?

Nic temu nie sprzyjało, może ge­ny odziedziczone po dalszych przodkach?

–     Marian, dziad poety, folwarczny pa­robek, wżenił się w zamożną rodzinę pi­wowara. Z akt prezentujących losy sze­ściu pokoleń rodu Gałczyńskich wyni­ka, że mieszkali na wsi, żaden z męż­czyzn nie miał własnego gospodarstwa, wszyscy pracowali na pańskim. Ciągle coś ich gnało, lubili zmieniać adresy, aż dowędrowali do Warszawy. Pieniądze zdecydowanie się ich nie trzymały. Szy­mon, pradziad poety, gdy zawierał mał­żeństwo z Marianną Rutkowską zapi­sany był jako włościanin; gdy umierał, podano przy jego nazwisku – żebrak.

Czy pani matka naprawdę była gruzińską księżniczką? Może i to poeta wymyślił, bo świetnie paso­wałoby do postaci „srebrnej”, chmurnej Natalii.

– Tu akurat nie ma licentia poetica. Rodzice mamy, Natalii Awałow, tak brzmiało jej panieńskie nazwisko – mieszkali w Kaliszu. On był kornetem 15 Aleksandryjskiego Pułku Dragonów i rzeczywiście pochodził ze starego, majętnego rodu Borżomich w Gruzji. Przeniesiony służbowo do Kalisza, zo­stał przedstawiony na balu córce na­czelnika powiatu, pannie Wierze Pietrownie. Oświadczył się. Z tego związ­ku urodził się syn – Mikołaj i córka – Natalia. Gdy wybuchła I wojna świato­wa, korneta Konstantina Nikołajewicza wezwano do Rosji. Trafił na front rosyjsko-turecki na Kaukazie. Tam został ranny. Babcia Wiera podążyła za nim, dotarła aż do Kaługi. Ale rozgorzała re­wolucja, nie było szans na dalsze po­szukiwania. Babcia wróciła do Polski przekonana, że męża zabili czerwoni. Tyle że nie miała dowodów.

Przeżył zawieruchę?

– Tak. Po latach zdołałam się dowiedzieć, że dziadek dostał się do niewoli tureckiej, potem wpadł w ręce bolsze­wików, ale miał szczęście – oddział po­trzebował stajennego, a Konstantin Nikołajewicz miał wielką pasję – konie. A po rewolucji wrócił do Gruzji, samotny zamieszkał nad rzeką Kurą. I tam umarł. Nigdy nie dowiedział się, że miał zięcia poetę.

Udało się pani znaleźć kilka ni­gdzie nie publikowanych wierszy ojca. Czy prawdą jest, że poeta często palił swoje utwory i wtedy przepadały bezpowrotnie, bo prze­cież nie pisał tym swym słynnym, zielonym atramentem przez kalkę?

– Mama próbowała temu przeciw­działać, ale beż większego powodze­nia. Wiele lat po śmierci ojca opowie­działa mi o jego złych okresach, jak to nazywała. Objawiających się melancholią, wewnętrzną pustką, nerwowy­mi lękami, bezgranicznym znudzeniem. Nie był w stanie napisać nawet najbłahszego listu. Nie czytał, nie słu­chał muzyki, nie pił kawy. Bezmyślnie przerzucał gazety, chodził z kąta w kąt. Po kilku dniach takiego życia zaczynał pić wódkę. Te okresy zawsze przycho­dziły po miesiącach pracy, inspiracji, wielkich uniesień.

Gałczyński był więc alkoholikiem?

– Lekarze upierali się przy chorobie psychicznej, zwanej cyklotymią. Nie wiem, czy tak rzeczywiście było. Jedno jest pewne: za wrażliwość, twórcze uniesienia, ojciec płacił bardzo wysoką cenę. Kiedyś powiedział mamie: moja praca jest chorobą.

Dlaczego pani wyciąga na jaw tak bolesne, rodzinne tajemnice?

– Aby skończyć z głupią i najzupełniej niepotrzebną ojcu legendą o jego alkoholowym świecie, w którym, jak chcą niektórzy krytycy jego twórczości, bez wódki nie potrafił niczego stworzyć.

Inna ciemna karta w życiu Gał­czyńskiego to jego współpraca z twórcą faszyzującego pisma „Prosto z mostu” – Stanisławem Piaseckim.

– To była zima 1936 roku. Rodzice mieszkali w Wilnie. Ojciec był w złej formie, snuł się po kątach, w mieszka­niu – bieda. I właśnie wtedy nadszedł list od Piaseckiego. Pisał, że od pewne­go czasu pilnie czyta wszystko, co Gał­czyński drukuje i chce mu udostępnić łamy swego nowego pisma, tworzone­go dla inteligentnego czytelnika, nie kawiarnianego snoba. Widocznie brzmiało to sugestywnie, skoro wokół “Prosto z mostu” skupiły się najwięk­sze ówczesne nazwiska: Aleksander Świętochowski, Zofia Kossak, Ksawe­ry Pruszyński, Parnicki, Andrzejewski. Czy można dziwić się poecie, że przy­jął propozycję Piaseckiego? Zresztą pi­smo w pierwszym okresie zachowywa­ło pozory ponadpartyjnej trybuny.

Ale kiedy Gałczyński napisał nie przynoszący mu chluby „List Do Przyjaciół”, było już oczywiste, że tygodnik jest organem Obozu Narodowo-Radykalnego. Tym listem poeta zapracował na miano antysemity, w pewnych kręgach żywe do dziś.

– Ojciec żałował i wstydził się tych słów do swej śmierci, a pokutował za nie do końca swych dni.

Andrzej Drawicz po latach za­uważył, że w „Prosto z mostu” uczuciami Gałczyńskiego sterowa­no umiejętnie i chłodno.

– Wyciągano je jak króliki z cylindra – w każdej dogodnej dla adwersarzy chwili. Czasami ojciec zdawał sobie z tego sprawę choć politycznie był dzieckiem we mgle. Świadczy o tym choćby wiersz: „Jak szpicel, trzymasz przy mnie straż / Jedziemy. Jedziemy. / Twarzą w twarz / Dalecy. I przyczaje­ni”. Ten szpicel to Piasecki.

Ale w roku 1938, gdy w „Prosto z Mostu” pojawiło się coraz więcej wypowiedzi faszyzujących i na znak protestu redakcję opuszcza Zofia Kossak i Jerzy Andrzejewski, Gałczyński pozostaje. Dlaczego nie decyduje się na ten krok, przecież skądinąd wiadomo, że domaga się od Piaseckiego potępienia pałkarzy z tzw. getta ławkowego?

– Bo ojciec zachował swój dziecinny sposób widzenia i rozumienia świata. Wystarczyło mu, że redaktor obiecał, że to już nigdy się nie powtórzy. (Rzecz jasna, nie dotrzymał słowa).

Pomówmy o „srebrnej” Natalii. Pani matka jest najbardziej uwiel­bianą kobietą w polskiej poezji, ty­siące zakochanych wyznawało swe uczucia strofami Gałczyńskiego. Tyle czułości, a w praktyce… wyraź­ne ociąganie się, gdy już można by­ło wrócić do kraju. Czy miał rację Zygmunt Mycielski, twierdząc, że pani ojciec potrzebował mistyfika­cji, kalamburu i włosów Izoldy, aby dwoić i troić rzeczywistość – tak jak dwoił i troił swój rzeczywisty stosu­nek do żony. Dlaczego po powrocie z obozu nie przyjechał zaraz do was do Krakowa?

– Z wielu powodów. Również osobi­stych. U schyłku okupacji w stalagu oj­ciec poznaje dwie kobiety, z którymi wiąże go jakieś uczucie: najpierw Ma­rię Stobiecką (co prawda w późniejszych listach nazywa ją siostrą). Jakby tamtego uwikłania było za mało, następnie wiąże się z Lucyną Wolanow­ską, lwowianką, więźniarką Ravensbrück i Oświęcimia. Zamieszkują razem, w styczniu 1946 roku rodzi im się syn. Otrzymuje imiona, a jakże, Konstanty Ildefons…

…którego poznała pani w 1990 roku, gdy szukał w Polsce śladów nie znanego mu ojca. A przyjechał z daleka, aż z Australii.

– Tak, to niezwykła historia, opisa­łam ją w osobnej książce. Ale wróćmy do schyłku 1945 roku. W Polsce roz­chodzi się wiadomość o śmierci poety. Powtarzają ją niemal wszystkie gazety w kraju. “Tygodnik Powszechny” dru­kuje wspomnienie pośmiertne pióra Je­rzego Turowicza. Nawiasem mówiąc, jest to jedyny za życia ojca głos pełen zachwytu dla jego ogromnego talentu. Nigdy później poeta nie dostąpi już podobnej łaski. Ze szpalt gazet, z mównic mniej lub bardziej oficjalnych, będzie słyszał jedynie pouczania lub zgoła wy­myślania. Lechoń napisze o zbydlęciałym Gałczyńskim, Jan Błoński, że nie można “zapominać o moralnych pro­siętach, czasem niezwykle uzdolnio­nych, takich jak choćby Gałczyński”.

Wiadomość o śmierci, na szczęście, okazała się nieprawdziwa. Te­raz pozostało pani mamie już tylko czekać na statek z repatriantami – w niepewności, bo krążyły wieści, że Gałczyński nie zdecyduje się na powrót do kraju. Nadszedł marzec 1946 r. W Gdyni z trapu zszedł po­eta i towarzysząca mu kobieta. Czy była to Maria Stobiecka?

–  Tak. Pierwsze dwa tygodnie ojciec spędził na Wybrzeżu. Maria Stobiecka twierdzi, że część tego czasu po prostu przechorował. Niezawodnie gnębiło go poczucie jakiejś bezsilności psychicz­nej wobec nowej rzeczywistości, w której się znalazł.

Ale pozbierał się.

– I to dosyć szybko. Podczas gdy jed­ni oczekiwali po nim tonu pokutnego, ekspiacji za przeszłość, inni kontynu­owania dawnej linii w przystosowaniu się do nowych warunków, w ojcu doj­rzało coś, co szło w całkiem innym kie­runku. Zjawił się styl “Bachusa demokracji”, jak się sam nazwał.

Bardzo znamienne są z tego okre­su dwa wiersze. Pierwszy, napisany w Gdyni, w kilka dni po zacumowa­niu okrętu z Antwerpii: „I zjechali się wszyscy grzesznicy / pod stopy Bogurodzicy / łodziami i okrętami / Dała każdemu po rubinie / – Będzie świecił ci – mówi – nie zginiesz / Od­płynęli grzesznicy na głębiny / z ser­cami krzyczącymi jak orkiestry / po­topiły się w morzu rubiny / zapląta­ły się w wodorosty…”. Drugi, po­wstały 20 dni później, pod tytułem „Zachłysnąć się tobą” kończą nastę­pujące wersy: „Niech to będzie nasz marsz udręczony / niech do gardła przyschnie nam język /wydźwigniemy pod strop wygwieżdżony / nasze dzieło. I ono zwycięży”.

– Te wiersze dzieli nie kilka dni, lecz cała epoka.

Ale „Bachus demokracji” nie drę­czy się marszem. On pije wino z „Zieloną Gęsią”.

– Przez blisko 4 lata “Najmniejszy Teatr Świata” szargał wszystko, co święte: epokę dziejową, patos Ignacego Paderewskiego, Matejkę, wieszczów, emigrację, Moniuszkę i jodły na szczycie, wieżę mariacką, Salę Sena­torską na Wawelu. Odpowiedzią były anonimy od szczerych lub prawdzi­wych Polaków jako przejaw zbiorowe­go oburzenia.

Coraz donioślej krzyczeli też koledzy po piórze. Pani bez zahamowań przytacza te wypowiedzi. Zestawienie niektórych nazwisk z cytatem jest jak włożenie kija w mrowisko. Dla mnie była to lektura szokująca. Jan Kott np. napisał, że miliony czytelników „Przekroju” zmuszonych zostało do czytania „Zielonej Gęsi”. (…) Podziwiam odwagę redaktora, ale wątpię, czy z punktu widze­nia racjonalnej polityki, właśnie od „Zielonej Gęsi” należało roz­poczynać artystyczną edukację czytelników najpopularniejszego pisma w Polsce.

A zdaniem Stefana Kisielewskiego: „Gałczyński produkuje dla pienię­dzy bełkot (…), na który otrząsa się cała myśląca i artystycznie wrażli­wa Polska”.

– Podczas, gdy krytycy przedstawiają mego ojca jako błazna, koledzy po piórze powtarzają opinie o zapijaczonym tandeciarzu, on to wszystko puszczał mimo uszu, on swoje wiedział! Musiał wrócić do kraju, nie wyobrażał sobie poetyckie­go bytowania gdzie indziej. Miał jedną Polskę, tę zniewoloną. I w niej musiał od­naleźć swoje miejsce. Prof. Andrzej Gronczewski twierdzi, że Gałczyński był Don Kichotem, który umiał rozświetlić nawet wnętrze klatki, w jakiej los go za­mknął. Był zawsze gotów poetycko – do ozłocenia klatki. Wszędzie tam, gdzie mogła być ona ustawiona – choć żałosna, uboga, okrutna. Proszę mi wskazać poetę, który do zjazdu szczecińskiego ZLP, słynnego z narzucenia twórcom socreali­zmu, napisał tyle pięknych wierszy, ży­wych i dziś.

Ale, z drugiej strony, wiele wierszy Gałczyńskiego z okresu apogeum soc­realizmu miało charakter swoistych wyliczanek: były tam pochody uro­czyste, sztandary, dzieci, matki, mu­rarze. Pani sama to przyznaje.

– Po latach Andrzej Drawicz powie­dział mi, że ojciec nie miał nic przeciw­ko temu, żeby pisać i tworzyć literaturę zaangażowaną. Ciągle próbował, naginał się. Ale niewiele z tego wychodziło. Zaczęto go atakować, oskarżając to o formalizm, to znów o drobnomiesz­czaństwo.

Kulminacyjnym punktem tego okresu stał się zjazd ZLP w Warszawie, w czerwcu 1950 roku. Głównym referentem był Ważyk. Twórczość żadnego z omawianych poetów, prozaików, dramaturgów nie została poddana tak druzgocą­cej ocenie, nie zajęła tyle miejsca w ogromnym referacie, co Gałczyń­skiego. Ważyk stale powoływał się na Bieruta. Twierdził, że „im mniej­sza dojrzałość ideowa pisarza, im słabsza więź z postępowym nur­tem, tym łatwiej te naloty nadgry­zają poezję, (…) Z wierszy Gałczyń­skiego wyłania się filisterski kącik z koteczkiem i firankami”. Po za­kończeniu wystąpienia Ważyka rozległy się liczne oklaski.

– Muszę oddać sprawiedliwość An­drzejewskiemu: on jeden protestował. Ale to nie miało znaczenia. Uwagi politruka Ważyka równały się śmierci cywilnej. I taka nastąpiła. Przyszedł cał­kowity zakaz druku, występów w radiu, spotkań z czytelnikami.

Jak poeta znosił tę zmianę losu?

– Następstwem restrykcji, ostracyzmu towarzyskiego, stała się kolejna, głęboka depresja psychiczna, z owym typowym dla ojca w takich sytuacjach szukaniem pomocy w alkoholu. Marian Eile, na­czelny “Przekroju”, mówił mi, że wielu zjazdowych napastników usprawiedli­wiało się potem, że takie były czasy, bo to wojna w Korei itd. Nie spotkał nikogo, kto by oświadczył: wyrządziłem dużą krzywdę Gałczyńskiemu, wstyd mi. W końcu ojciec jakoś się pozbierał i wziął się za poemat o ukochanym kantorze, Bachu. Ale praca szła mu z piekielnym trudem, z nieznanym do­tychczas mozołem.

Karl Dedecius uważa, że to mu­zyka nie pozwoliła mu zginąć.

– Na szczęście, przez całkowity przy­padek, poeta odnajduje swoją Arkadię, swoje wymarzone miejsce na ziemi, którego od lat poszukiwał, przenosząc się z miasta do miasta, z jednego domu do drugiego…

Leśniczówkę Pranie?

– Tak. W “Kronice olsztyńskiej” pojawia się motto ze “Snu nocy letniej” Szekspira: “I wieczne lato świeci w moim państwie”. Jest szczęśliwy. Na serce kładzie sobie “mech jak opatru­nek”. Tam jesienią tworzy poemat “Niobe”. I choć w Warszawie wszystko po staremu: publikować nie wol­no, przesłana do “Przekroju” “Kronika olsztyńska” leżakuje w szufladzie Eilego – ojciec nie załamuje się, tworzy poemat o Stwoszu.

Andrzej Stawar twierdzi, że był tam pierwiastek osobisty: „Tylko jednej figury dla siebie mistrz nie umiał wyrzeźbić – jaskrawej kurtyzany z puzonem”.

– A “Poemat dla zdrajcy”? Dla wszystkich było jasne, co poeta miał na myśli: oto na przełomie roku 1950 i 1951 Czesław Miłosz zdecydował o pozostaniu na Zachodzie, kiedy od­wołano go do kraju z placówki dyplo­matycznej. Taki sposób rozstania się z Polską mój ojciec uznał za zdradę.

Nie on jeden tak uważał.

– Kazimierz Brandys napisał na ten temat typowe, w guście epoki, opowia­danie pt. “Zanim zostanie zapomniany” – wydrukowała je “Nowa Kultura”. No­tabene, kiedy Miłosz dostał Nobla, Brandys skazał swoje opowiadanie na niepamięć; po prostu zabronił je kiedy­kolwiek drukować. Ale wracając do lat 50., Miłosz został za granicą, paryska “Kultura” opublikowała jego oświadczenie wraz z pierwszym rozdziałem “Zniewolonego umysłu”. Polska emigracja przyjęła książkę i ucieczkę Miło­sza na ogół bez zachwytu (Lechoń, Herling-Grudziński). W kraju na ten temat milczano. Ale po Październiku o książ­ce zaczęto mówić i wówczas okazało się, że tamte pisarskie głosy potępienia gdzieś się rozmyły, na placu boju pozo­stał “karierowicz”, “dworak”, “cynik”, “socrealistyczny” poeta Gałczyński.

Krążyła opinia, że to ludowa władza zamówiła u Gałczyńskiego „Poemat dla zdrajcy”, w zamian obiecując rozmaite profity.

– To wszystko jest skłamane, łącznie z bajką o hojnym mecenasie. Przez sie­dem lat powojennych w naszym domu z trudem wiązało się koniec z końcem, a kiedy ojciec umarł, pozostało po nim 350 złotych. Nie istniały konta, oszczędności, majątki. Z mieszkania, które zajmowaliśmy, wyrzucono nas najszybciej, jak to było możliwe.

Wróćmy do roku 1951. ZLP orga­nizuje dyskusję poświęconą twór­czości Gałczyńskiego. Znów go osądzono.

– Atakował Artur Sandauer, bo “Gał­czyński oddaje w poezji nastroje lumpenproletariackie”, a dziś potrzebny jest poeta walki. Sandauer deklarował: “Do tej walki ja będę stawał ze swymi możliwościami poetyckimi i chciałbym widzieć kolegę Gałczyńskiego przy mnie”. Putrament zaś twierdził, że “Niobe”, choć jest zjawiskiem poetyckim, stoi “na uboczu naszej rzeczywistości” i to “jest dla nas szkodliwe”.

Czy to dlatego Borejsza nie chciał wydrukować „Niobe” w „Odrodzeniu”?

– Może rzeczywiście potem nie mógł, ale to było na krótko przed zamknięciem pisma. Ojcu na pociechę pozostała bardzo wysoka ocena poema­tu, jej filozoficznej i poetyckiej złożo­ności przez Konstantego Jeleńskiego w paryskiej “Kulturze”, który napisał: “To rozdzierający krzyk przeciwko ka­stracji życia, przeciw wygnaniu sztuki. To odpowiednik Norwidowskiego “Fortepianu Szopena””.

Potem przyszedł zawał, jeden, drugi. Gałczyński chyba czuł, wie­dział, że to śmiertelne zagrożenie. Gdy tworzył „Księżyc”, sprawiał wrażenie żegnającego się z tym światem: „(…) Światło moje cich­nie jak muzyka. / Ten promień niech zostanie. / Ja znikam”.

– Ale to nie był stan permanentnej re­zygnacji. Bo zdarzały się dni, gdy prze­żywał chwile prawdziwego tryumfu ar­tystycznego i zwykłego ludzkiego szczęścia (a te ostatnie ojcu nie trafiały się znów tak często). Jeszcze tworzy genialną “Balladę o trzęsących się por­tkach”, ze słynnym: ‘‘Gdy wieje wiatr historii /Ludziom jak pięknym ptakom / Rosną skrzydła / Natomiast trzęsą się portki pętakom”. No i pieśni – liryki miłosne poświęcone żonie.

Andrzej Drawicz był przekonany, że tym, co walnie przyczyniło się do ostatniego, zabójczego zawału, było ogromne, na całą kolumnę opowiadanie Józefa Lenarta, które ukazało się w „Sztandarze Mło­dych” 28 listopada 1953 roku. Niby nowelka z kluczem (rzecz dzieje się w Gałczewie), a tak naprawdę obrzydliwy paszkwil.

– Miłosz nawet na śmierci ojca starał się zbić swój interes, deprecjonując go. Napisał, że to było samobójstwo.

O twórczości Konstantego Ilde­fonsa Gałczyńskiego ciągle powstają prace magisterskie, rozprawy dok­torskie. Często mówimy Gałczyń­skim, choć nie zawsze zdajemy so­bie z tego sprawę. W Internecie pod hasłem Gałczyński znalazłam prawie 600 aktualnych odniesień. Czy nadal trwa spór o dorobek tego poety?

– Stanowiska się nie spolaryzowały, choć doszli nowi, rozszerzyła się lista entuzjastów. Wyka twierdził, że Gał­czyński jest nadal otwartą szansą współczesnej poezji. Grochowiak, że mego ojca osądzano na podstawie jaw­nych pomyłek lub przejawów grafoma­nii, której wszak zostawił po sobie spo­ro. Ale równocześnie pozostają bez oce­ny takie arcydzieła, jak “Niobe”, “Pie­śni”, “Księżyc”; zupełnie, jakby to nie Gałczyński napisał. Karl Dedecius uwa­ża, że mój ojciec potrafi leczyć poprzez skromne w “wielkich” czasach przypo­minanie małych radości. Ściągał po­etów z postumentów i wprowadzał ich z powrotem w lud. A zdaniem Francisz­ka Starowieyskiego, Gałczyński to jest jedyny poeta polski, który zasługuje na Nobla. Artur Międzyrzecki napisał, że poeta kpił z synów Ciemnogrodu.

Objawili się też nowi wrogowie. W1996 roku Jacek Trznadel oskar­żył Gałczyńskiego o to, że niefraso­bliwie kpił z polskich Hamletów. Bo gdy w Krakowie w 1947 roku zostaje ogłoszony wyrok śmierci na Franciszka Niepokólczyckiego (nawiasem mówiąc, nie wykonany) z komendy WIN, w „Przekroju” pojawia się pamflet przeciwko Ciemnogrodowi. Mam jednak wrażenie, że te głosy pozostają na marginesie zainteresowania Gałczyńskim kolej­nego już pokolenia…

– Zamiast pointy przytoczę cytowaną w mojej książce opinię Andrzeja Gronczewskiego o poecie. Pisze on, że u schył­ku stulecia, gdy wygładziły się już wiry różnych awangard, gdy doraźne kłótnie muszą ujawnić swą przelotność, (…) dzisiaj właśnie możemy ujrzeć w Gałczyńskim mistrza prawdy suwerennego, zupełnego, hojnego. Swój wór z wierszami przemycił przez czasy okrutne, skłonne do szarad, kłamstw, fałszerstw i podłości. Mieszczą się w tym bagażu bezcenne kryształy poezji. Znaleźć też można – bez trudu – wiersze i zdania skażone, smrodli­we, haniebne. O letargu albo szaleństwie wyobraźni świadczące. Czy wzorem ma­łostkowych szperaczy mamy nadal grze­bać w tym spadku? Wyłaniać z niego tyl­ko ślepe, jałowe kamienie?

 

Wydanie: 2000 43/2000

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy