Jaka piękna katastrofa…

Jaka piękna katastrofa…

Wstrzymał, ale nie ruszył

Jeżeli już o dorobku panegirycznym Petelskich mowa, wróćmy do rocznicowego „Kopernika” (1972, pięćsetlecie urodzin astronoma). Film był Gierkowi potrzebny jako wizytówka na arenie międzynarodowej, a twórcy sami się do niego zgłaszali. Tuż po 1 maja 1971 r. I sekretarz przyjął kilkudziesięcioosobową delegację artystów, którzy przyszli podziękować za „niezwykle pozytywny klimat dla wszelkiego rodzaju inicjatyw i poszukiwań twórczych”. Jednym z dziękujących był oczywiście Czesław Petelski. „Stosunek Kopernika do Krzyżaków jest dla nas ważnym miernikiem polskości i powiązania Warmii z Koroną”, zapowiadał na długo przed pierwszym klapsem. I tym się kierował. Kopernik (Andrzej Kopiczyński) angażuje się w filmie w obronę Olsztyna przed Krzyżakami, bo jest polskim patriotą. W rzeczywistości bronił grodu tylko po to, by nie uszczuplono dóbr kapituły warmińskiej, do której należał. Bronił więc swojego, nie polskiego. Żeby było śmieszniej, koproducentem filmu o (rzekomej) walce z naporem germańskim była kinematografia NRD. A sam Kopernik? Toż to święty, bez reszty oddany nauce. Jedyną jego winą jest, że kiedyś, jeszcze jako student, łyknął wina w Wielki Piątek. A po latach Anna Schilling (Barbara Wrzesińska) niekoniecznie musiała mu być wyłącznie opiekunką.

Film Petelskich wszedł na ekrany w Roku Kopernikańskim, kiedy to m.in. wzniesiono miasteczko akademickie przy uniwersytecie imienia astronoma w Toruniu czy planetarium w Olsztynie. Tysiące harcerzy pracowało społecznie na „Szlaku Kopernikańskim” w ramach Operacji 1001-Frombork. Podobizna uczonego umieszczana była na wszystkim: od znaczków przez talerze po kilimy. Film był tylko jednym z takich gadżetów. Gdzieś między banknotem a pocztówką. I tam pozostał

„Stara baśń”, nowe numery

Tak było w PRL. W III RP naciski polityczne ustały, ale twórcy kina historycznego ciągle mają pod górkę. Skupmy się z konieczności tylko na „Starej baśni” Kraszewskiego sfilmowanej przez Jerzego Hoffmana (2003). Otóż scenariusz powstał drogą niełatwych negocjacji między pisarzem Józefem Henem i reżyserem. Ten ostatni upierał się, by drętwą fabułę nieco ożywić, sugerując, że Popiel to taki prasłowiański Makbet. Z kolei pisarz uznał to za rażący anachronizm. Bo „Makbet” nie dość, że rozgrywa się co najmniej 200 lat później, to przedstawia już osobowość władcy renesansowego, a Popiel był lokalnym słowiańskim książątkiem o niepomiernie węższych horyzontach.

Ale to jakoś przeszło. Gorzej, że Hoffman wprowadził do utworu Kraszewskiego poprawność polityczną. W powieści (o wymowie antyniemieckiej) Popiela nęka żona niemiecka, imieniem Brunhilda. W filmie Niemkę zastąpiła Rusinka (bez imienia), a chłopskie chaty palą nie najeźdźcy germańscy, lecz wikingowie. To zresztą nie pierwszy podobny łamaniec Hoffmana. W „Ogniem i mieczem” (1999) – na przekór Sienkiewiczowi – lud Ukrainy jak najsłuszniej walczy o należne mu prawa. Bohdan Chmielnicki to nie dziki watażka, lecz mąż stanu formatu europejskiego, a nieszczęściom obu naszych narodów winna jest carska Rosja. Przypomnieć tylko wypada, że „Ogniem i mieczem” nakręcono pięć lat po wolnych wyborach na Ukrainie. I już jesteśmy w domu.

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 18/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy