Jaka piękna katastrofa…

Jaka piękna katastrofa…

„Smoleńsk” w końcu będzie miał premierę, ale to bez znaczenia, bo zdaje się, że my już widzieliśmy ten film 

Żyjemy tej wiosny pod silnym naciskiem historii i kina. Obchody okrąg­łej rocznicy chrztu Polski, choć gdzie im do tych w 1966 r.! Film „Smoleńsk” odroczony, ale pewnie chwilowo. No i czekamy, że wreszcie ruszą prace nad hollywoodzką superprodukcją sławiącą czyny oręża polskiego.

Zanim się doczekamy, przyjrzyjmy się perypetiom naszego filmu z historią. Dla porządku: film historyczny to nie rekonstrukcja przeszłości, nie „prawda historyczna” podana w formie ruchomych obrazów. To zawsze tylko jedna z interpretacji tego, co się stało. Kto chce studiować epokę króla Ryszarda Lwie Serce, nie wybiera się na „Robin Hooda”. Choć politycy lubią uprawiać myślenie magiczne: nakręcimy film, tam będzie jasno powiedziane, że było tak i tak, na to zapędzi się szkoły, przedszkola i garnizony. I temat odfajkowany.
Otóż nie. I są na to przykłady.

Ułani we mgle

„Smoleńsk” premierę będzie miał prędzej lub później, ale to bez znaczenia, bo zdaje się, że my już widzieliśmy ten film. To znaczy film, w którym Polacy giną za ojczyznę bez sensu, ale przy wzniosłej muzyce. I jeszcze należy im się za to pomnik i miejsce w podręcznikach szkolnych. Kinowy przejaw narodowego masochizmu. Uwielbiamy patrzeć na własne klęski, uwielbiamy patrzeć, jak dostawaliśmy od innych po dupie. Wtedy czujemy się zwycięzcami. Moralnymi oczywiście.

Weźmy „Lotną” (1959) Andrzeja Wajdy, która rozgrywa się w skansenie dworkowo-ułańskim w trakcie klęski wrześniowej. Jest więc biały dworek, który przygarnia żołnierzy tułaczy, jest wiekowy szlachcic, który ofiarowuje wojsku pięknego konia. Jak jego przodek powstańcom 1863 r. Żołnierz żegna się z dziewczyną jak u Grottgera, ona upozowana na „Polonię” z obrazu Matejki. Nakreślony dziecięcą ręką napis na szkolnej tablicy: „Za co kochamy ojczyznę?”. W tle wierzby w ordynku, sosny na piaszczystej, mazowieckiej glebie, krwiste jarzębiny, ciche kościółki ocienione lipą, malwy na tle bielonych chat, babie lato i welon panny młodej. Na pierwszym planie, naturalnie, kawalerzyści – w mundurach galowych, a nie polowych, ale przynajmniej wiadomo dlaczego. Idą na śmierć. A ułan na śmierć idzie jak na paradę. Szarmancki oficer prowadzi atak kawalerii jak na defiladzie – z wystudiowaną elegancją. „Zobaczy pani ładną szarżę ułanów”, obiecuje dziedziczce. Doskonale wie, że atak kawalerii na czołgi skończy się rzezią jego ludzi, ale co tam. Wajda przytomnie wyciął chociaż scenę, w której ułan w bezsilnej wściekłości wali szablą w lufę czołgu, ale i tak samobójcza rzeź konnicy prezentuje się wspaniale.

Szaleńcza odwaga, ryzykanctwo, brawura i zero refleksji, trzeźwej oceny sytuacji, kalkulacji zysków i strat. Wszak ułani – cokolwiek to słowo znaczy – są po to, by malowniczo ginąć. W myśl przyjętych wzorców. A skąd te wzorce? A choćby i z sarmackiej „śmierci przystojnej”, z „Warszawianki” Wyspiańskiego, z „Dziadów”, z „Ksiąg narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego”. Tam boski plan wobec Polski idealnie pokrywa się z szarżą ułańską. A kto nie doczytał, ten dosłucha: „Rozkwitały pąki białych róż…” i dalej o ułanach, co to jak „malowane dzieci”.

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 18/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy