Gdy zakonnice się buntują

Gdy zakonnice się buntują

W zgromadzeniach każde słowo przełożonej miało być traktowane jako wola boża

Marta Abramowicz – dziennikarka, autorka książki „Zakonnice odchodzą po cichu”

Najpierw była historia Joanny i Magdaleny, które zakochały się w sobie i odeszły z zakonu. Poszukiwanie innych byłych zakonnic, które zgodziłyby się opowiedzieć o swoim życiu, trwało pół roku. Z oporami, ale mówiły o rozczarowaniach, rozbieżnościach między oczekiwaniami a skostniałymi zasadami żeńskich zgromadzeń. Wreszcie o zaczynaniu życia na nowo „na wolności”.

Znam zakonnicę, która zrobiła doktorat i wydała książkę. A ty piszesz o posłuszeństwie sióstr, ciężkiej pracy fizycznej, o mobbingu i klepaniu brewiarza…

– Piszę o tym, że decyzja, czy zrobisz maturę albo pójdziesz na studia, zależy całkowicie od przełożonej. Na pewno są zakonnice, które napisały prace doktorskie, ale ciekawe, co dzisiaj robią. Uczą innych? Pracują naukowo? Znam historię wykształconej siostry, którą skierowano do kuchni. Jedna z moich bohaterek po teologii na KUL decyzją przełożonej znalazła się w wiejskiej szkole i uczyła religii.

Co w tym złego? Pracowała zgodnie z wykształceniem.

– To była bardzo zdolna osoba, wybrana z wielkiego zgromadzenia. Ukończyła studia, a potem wylądowała w szkółce na końcu świata. Jak więc zgromadzenie wykorzystuje potencjał zakonnic? Czy umożliwia się im rozwój i służenie w ten sposób Bogu? Odnoszę wrażenie, że nikt nie bierze pod uwagę doświadczenia, przygotowania czy naturalnych predyspozycji sióstr. Kilka moich bohaterek opowiadało, że w ich zgromadzeniach była zasada: im bardziej czegoś chcesz, tym bardziej tego nie dostaniesz. W sytuacji konfliktowej mogły być nawet karane tym, że nie wykorzystuje się ich umiejętności. Jedna z byłych zakonnic służyła zgromadzeniu, wożąc dzieci mikrobusem. Kiedy popadła w niełaskę u przełożonej, usłyszała, jak ta mówi innym siostrom: „Nie ma u nas nikogo, kto ma prawo jazdy. Bierzcie taksówkę”.

Historia siostry Agnieszki (fragment)*

Wróciły jak zwykle od chorych. Dziś zeszło im wyjątkowo długo – jedna starsza pani zasłabła, poprosiła, żeby poczekać z nią na karetkę. Później były w hospicjum. Potem zmieniały opatrunki bezdomnym. W rezultacie opuściły popołudniowe obowiązki, nieszpory, kolację i kompletę. Znowu były razem, a więc postąpiły wbrew wspólnocie, pielęgnując przyjaźń partykularną. Skoro zaniedbały swoje obowiązki wobec zgromadzenia, będą je musiały odrobić bez względu na porę.

– Siostry się spóźniły. Pójdą więc teraz i odświeżą chlewik – mówi przełożona Anna o godz. 22.
– Byłyśmy u chorych – próbuje tłumaczyć Maksymiliana.
– Za długo – ucina Anna.

Praca przy chorych? Być może, ale po wszystkich obowiązkach wobec Boga i wspólnoty. Najpierw brewiarz, modlitwa, medytacja, potem sprzątanie, posiłki i rekreacja. Nie chcą się podporządkować? To odmalują po nocy klasztorną bramę albo zamiast rekreacji pomogą przy budowie nowej plebanii.

Matka Anna miała wykształcenie podstawowe i wszystko tłumaczyła opatrznością, wolą bożą.

– U wszystkich moich bohaterek wszystko tłumaczyło się tą wolą bożą.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 27/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy