Na przekór światu

Na przekór światu

Twórczość Andrzeja Kondratiuka jest oazą na pustyni powszechnego kiczu

W kinie Andrzeja Kondratiuka, który 20 lipca skończył 70 lat, jest wszystko, czego współczesny widz potrzebuje. Zwłaszcza ten zmęczony popkulturą i tęskniący za sztuką, która patrzy na świat z ukosa. Jak sam Kondratiuk kiedyś mówił, prymat cenzury został zastąpiony przez prymat rynku: „w telewizji dominuje terror oglądalności, w kinie – terror kasy. Robi się ponuro i strasznie smutno”. Twórczość Kondratiuka jest prawdziwą oazą na pustyni powszechnego kiczu i artystycznego niedbalstwa. Szkoda, że tak rzadko możemy ostatnio oglądać jego filmy.

Artysta zbuntowany
Reżyser kultowy, outsider, trochę dziwak. Tak o nim mówią i piszą ci, którzy są bezradni wobec jego wielowątkowego i obszernego dzieła. Tymczasem to przede wszystkim artysta, którego twórczość jest buntem. Przeciwko głupocie, niesprawiedliwości, absurdowi egzystencji. A jednocześnie pochwałą życia i ludzkiej wolności. To jeden z ostatnich twórców polskiego kina, który ma odwagę mówić do widza własnym głosem, nie oglądając się na mody i artystyczne obyczaje.
„To mentor, który wszystko wie lepiej, wiecznie skłonny do pouczania nas, jak żyć; a zarazem zgrywus, pilnujący, by go nie brać zbyt serio; to prorok z Pińska, enfant terrible podszyty. Jego droga twórcza to ciągłe dopasowywanie do siebie i uzgadnianie tych dwu ról” – tak historyk filmu Tadeusz Lubelski pisał w monograficznej książce poświęconej Kondratiukowi. Nic dodać, nic ująć.
Urodził się w 1936 r. w Pińsku na Polesiu w rodzinie leśniczego i nauczycielki tkactwa; jego młodszy brat Janusz również jest scenarzystą i reżyserem. Do 1945 r. wraz z rodziną przebywał na zesłaniu w Kazachstanie, potem zamieszkał w Łodzi, gdzie skończył wydział operatorski i reżyserski Filmówki. „Miałem paskudne dzieciństwo – opowiadał przed czterema laty „Przeglądowi”. – Straszliwy głód, nędza, wszy, poniewierka – wojna. Ja nie znałem innej rzeczywistości, sądziłem, że taka jest norma, że tak się żyje na tym bożym świecie. Więc żadne złe wspomnienia mnie nie prześladują”.
Na studiach współpracował z Romanem Polańskim, z którym nakręcił krótkometrażową groteskę „Ssaki”; to spotkanie z późniejszym twórcą „Noża w wodzie” bez wątpienia miało znaczący wpływ na stylistykę pierwszych filmów Kondratiuka, choć nie decydujący. Pierwsze sukcesy nadeszły już na początku kariery – za etiudę „Obrazki z podróży” uhonorowano reżysera grand prix III Festiwalu Szkolnych Etiud Fabularnych, a debiut fabularny – znakomita „Dziura w ziemi” z 1970 r. – zdobył nagrody na festiwalach w Karlowych Warach i Łagowie.

Od komiksowej „Hydrozagadki” po film rodzinny
I właśnie od „Dziury w ziemi”, naznaczonej niezwykłym klimatem opowieści o młodym geologu poszukującym na Podkarpaciu ropy naftowej, wszystko się zaczęło. Wszystko, czyli spacer po różnych stylach, środkach artystycznego wyrazu, nastrojach, który ostatecznie doprowadził reżysera i jego żonę Igę Cembrzyńską do Gzowa, małej miejscowości niedaleko Serocka, gdzie powstały najbardziej osobiste, wręcz prywatne filmy.
Zanim jednak tam dotarł, nakręcił komiksową w stylu „Hydrozagadkę”, w której główny bohater, polski superman As, toczy bój z maharadżą kradnącym wodę ze stołecznych wodociągów. Absurd, kpina, mistrzowskie popisy aktorskie, rzecz zupełnie niespotykana ani wcześniej, ani później w polskim kinie. Później był obraz „Panna, Skorpion i Łucznik” o trójce stylizowanych na postaci biblijne wędrownych fotografów parających się sztuką jarmarczną. A jeszcze później „Wniebowzięci” i „Jak to się robi”, komedie, w których główne role zagrali Jan Himilsbach i Zdzisław Maklakiewicz. Oba te filmy do dziś otoczone są prawdziwym kultem, a wiele wypowiadanych tam kwestii funkcjonuje w potocznym języku.
Z kolei główny bohater „Pełni”, otwierającej nowy etap w twórczości Kondratiuka, ucieka na wieś, szukając wewnętrznego spokoju. W „Gwiezdnym pyle” zaś Dziad i Baba żyją na odludziu, gdzie znajdują harmonię ze wszechświatem. „Cztery pory roku”, w których po raz pierwszy wystąpił sam reżyser z rodziną, opowiadają o przemijaniu i egzystencji w zgodzie z naturą. W „Big Bangu”, w którym małą wieś nawiedza UFO, reżyser odmalowuje portrety ludzi rozmyślających nad sensem i bezsensem świata. Baśniowa „Mleczna droga” wraca do problemu przemijania.

Poszukiwanie sensu w bezsensie
Kondratiuk stopniowo oddalał się od głównego nurtu filmowego, zresztą nigdy w nim tak naprawdę nie był, oddając się kameralnym, filozoficznym refleksjom. Zawsze szedł pod prąd, bo w gruncie rzeczy nigdy nie pogodził się ze światem. „Jak można było swoje dzieło – mówił „Przeglądowi” – dwójkę nieszczęsnych golasów, wyrzucić na zbity pysk z raju?! Jak można było tak surowo potraktować istotę ludzką, której daliśmy rozum, wolną wolę i równocześnie nafaszerowaliśmy ją hormonami? My nie jesteśmy do końca odpowiedzialni. Co nasz rozum ma do powiedzenia, gdy do głosu dochodzi potężny popęd?! Jako daleki krewny Adama i Ewy domagam się od stwórcy odszkodowania”.
Wydaje się, że w końcu znalazł to, czego szukał, co najwyraźniej widać zwłaszcza w drugim po „Czterech porach roku” obrazie rodzinnym, obsypanym nagrodami „Wrzecionie czasu”, a także w trzecim z tego cyklu „Słonecznym zegarze”. Miłość, uczuciowe burze, przemijanie, natura, zapomniane wartości, poszukiwanie sensu w bezsensie – Kondratiuk umie o tych sprawach opowiadać jak mało kto. I jak mało kto iść trudnym szlakiem niezależności. Widać to też w ostatnich jego dziełach, czyli „Córze marnotrawnej” oraz w telewizyjnym, utrzymanym w balladowym tonie „Barze pod młynkiem” sprzed roku, w których krytycznym okiem spojrzał na współczesną Polskę raczkującego kapitalizmu.
Dziś Andrzej Kondratiuk przechodzi rehabilitację po ciężkiej chorobie, czuje się lepiej, pracuje nad kolejnym projektem. Z okazji urodzin, i nie tylko, życzymy mu zdrowia i wytrwałości. I z niecierpliwością czekamy na kolejny film.

Wydanie: 31/2006

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy