Kościół traktował nas jak kryminalistów – rozmowa z Eduardo Mendozą

Kościół traktował nas jak kryminalistów – rozmowa z Eduardo Mendozą

Kiedyś niższe klasy w ogóle nie czytały, teraz każdy w Hiszpanii chce ukończyć uniwersytet

Eduardo Mendoza (ur. w 1943 r.) – jeden z najbardziej uznanych współczesnych pisarzy. Wśród polskich czytelników zasłynął trylogią o detektywie lumpie, w której skład wchodzą: „Przygoda fryzjera damskiego”, „Sekret hiszpańskiej pensjonarki” i „Oliwkowy labirynt”. Jego twórczość to przede wszystkim postmodernistyczne komedie kryminalne. Mieszka w Barcelonie.

– Dla wielu pana czytelników było sporym zaskoczeniem, że akcję swojej najnowszej książki umieścił pan w Ziemi Świętej z czasów Jezusa. Czy inspiracją do powstania tego literackiego apokryfu była literatura pokroju książek Dana Browna? Mam wrażenie, że w „Niezwykłej podróży Pomponiusza Flatusa” momentami parodiuje pan tego typu twórczość.
– W pewnym sensie tak. Kiedy byłem dzieckiem, w mojej edukacji bardzo dużą rolę odgrywała edukacja religijna. Poza tym uczono mnie wiele o kulturze antycznej. Byłem więc zszokowany ignorancją Dana Browna i jego bezsensowną fantastyką. Znam tę tematykę nieco lepiej od niego. Ale rzeczywiście punktem wyjściowym przy pisaniu tej książki była jego twórczość. Później, podczas pisania kolejnych stron, już o tym zapomniałem.

– Wspomniał pan o swojej religijnej edukacji. W Hiszpanii uczył się pan w katolickim college’u. Czy to ze względu na traumy z tamtego okresu, zarówno w detektywistycznej trylogii, jak i w „Niezwykłej podróży Pomponiusza Flatusa” parodiuje pan postawę religijnych radykałów?
– Tak. Kościół katolicki w Hiszpanii znacznie różni się od tego w Polsce. Tutaj Kościół był zawsze z ludźmi, u nas – z władzą i bogatymi. Był też bardzo represyjny. Mam złe wspomnienia z okresu nauki w katolickiej szkole. Bardzo znieważano tam uczniów. W ogóle nie brano pod uwagę potrzeb dzieci. Za bycie szczęśliwym było się karanym. Nie było mowy o grze w piłkę, mieliśmy się wyłącznie modlić. Traktowano nas jak dorosłych kryminalistów.

– To, że zaczął pan pisać akurat komedie, było formą odreagowania poważnej pracy w ONZ?
– Praca w ONZ miała dużo akcentów komicznych. Owszem, bywało dramatycznie, ale było też komediowo. Tym bardziej że mieszkałem w tamtym czasie w Nowym Jorku, gdzie konwencja komediowa jest czymś powszechnym. Nowy Jork to mekka komedii.

– Czy to prawda, że po publikacji barcelońskiej trylogii niektórzy urzędnicy miejscy oburzali się, że przedstawił pan miasto w złym świetle?
– Zdarzały się takie głosy mało rozsądnych ludzi. A przecież te książki tworzą świetne publicity miasta, nawet, jeśli nie przedstawiają go pocztówkowo. Co prawda, Barcelona jest tam miastem szalonym i skorumpowanym, ale to tak samo, jak ktoś opowiada żarty o lekarzach czy policjantach, a te grupy zawodowe miałyby się obrażać za te dowcipy.

– W tej chwili w Polsce bestsellerem jest książka, która sprzeda się w 10-20 tys. egzemplarzy. W Hiszpanii bestseller to milionowy nakład. Mamy podobną liczbę mieszkańców, więc jak uzasadniłby pan ten fenomen?
– Fascynujące jest to, że kiedy pojedzie się do Hiszpanii, to wszystkich mieszkańców widzi się na ulicach, w pubach czy na plażach. Nie wiadomo, kiedy ci ludzie czytają… Ale jednak kupują książki. Szczególnie kobiety. Kiedyś niższe klasy w ogóle nie czytały, teraz każdy w Hiszpanii chce ukończyć uniwersytet i dużo czytać.

Eduardo Mendoza (ur. w 1943 r.) – jeden z najbardziej uznanych współczesnych pisarzy. Wśród polskich czytelników zasłynął trylogią o detektywie lumpie, w której skład wchodzą: „Przygoda fryzjera damskiego”, „Sekret hiszpańskiej pensjonarki” i „Oliwkowy labirynt”. Jego twórczość to przede wszystkim postmodernistyczne komedie kryminalne. Mieszka w Barcelonie.

Komediowo-kryminalny apokryf

Do tego, że Eduardo Mendoza lubi zaskakiwać czytelników, należy się już przyzwyczaić. Po tym, jak zasłynął z absurdalnego humoru, w który obfituje jego barcelońska trylogia, wszystkich zadziwił… dramatem politycznym „Mauricio, czyli wybory”. A gdy wspomnieć o tym, że bohaterem jednej z jego nadal nieprzetłumaczonych na polski książek jest kosmita, nie dziwi, że akcję swojej najnowszej powieści umieścił w Nazarecie z czasów Jezusa.
Do Ziemi Świętej trafia nierozgarnięty rzymski patrycjusz Pomponiusz Flatus. Z zamiłowania jest filozofem, co sprawia, że nie ma grosza przy duszy. A za noclegi w Nazarecie zapłacić musi. Podejmuje się więc śledztwa, za którego rozwiązanie ma być w miarę przyzwoicie opłacony. Śledztwo zleca mu niejaki Jezus – 12-latek, którego ojciec Józef został niesłusznie posądzony o morderstwo i skazany na ukrzyżowanie. Pomponiuszowi pozostaje zatem odnalezienie prawdziwego mordercy, zanim Józef zostanie stracony.
Na początek trzeba uprzedzić, że powieść nie powinna bulwersować nawet radykalnych katolików. Nie jest to parodia ani kolejny „Kod Da Vinci”, a raczej sympatyczny parakryminał, którego bohaterem jest prawy Józef, bystry, choć lekko niesforny Jezus i Maria, która piecze wyśmienite ciasta.
Mendoza funduje czytelnikom sporą dawkę humoru, którego zrozumienie wzrasta proporcjonalnie do znajomości Nowego Testamentu. Wystarczy wspomnieć scenę, w której Jezus spada z drzewa, po czym wykrzykuje w gniewie: „Przeklęte niech będzie to drzewo figowe! Niechże już nigdy nie rodzi się z ciebie owoc!”. Zabawne są również rozmowy 12-letniego Jezusa z Rzymianinem, w których ten pierwszy przysięga sobie, że gdy dorośnie, poślubi córkę nierządnicy. Ale i tym, którzy nie grzeszą specjalną wiedzą teologiczną, śmiało można polecić „Niezwykłą podróż Pomponiusza Flatusa” jako lekturę sprawiającą, że wakacyjne dni staną się jeszcze przyjemniejsze.

Eduardo Mendoza, pisarz hiszpański

Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa, Znak, Kraków 2009

Wydanie: 26/2009

Kategorie: Kultura, Wywiady
Tagi: Łukasz Stec

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy