Wąska ścieżka. Dlaczego odszedłem z Kościoła

Wąska ścieżka. Dlaczego odszedłem z Kościoła

Prof. Stanisław Obirek – antropolog kultury, teolog, historyk, publicysta, były jezuita

Zastanawiam się nad pewnym rodzimym fenomenem. Nad terminem „Polak katolik”. Doszło u nas do stopienia się Kościoła z państwem czy też z narodem. Potrafisz wytłumaczyć, jak do tego doszło, że powstała jakaś inna tożsamość niż czysto religijna czy też czysto narodowa?
– Jest to konstrukt kulturowy, z którym wielu rodaków ma uzasadniony kłopot, no bo przecież nie wszyscy są katolikami czy nawet chrześcijanami. Polacy od wieków należeli do różnych religii, byli i są też tacy, którzy swoją tożsamość określają w opozycji do wszelkiej religii. Jednak mimo tych zastrzeżeń coraz więcej socjologów religii przyjmuje, że diada „Polak katolik” trzyma się mocno. (…)

Czy ten silny niewątpliwie stop istniał u nas od zawsze, to jest od momentu zawiązania się naszej państwowości? Czy też pojawił się w jakimś konkretnym momencie?
– Jestem skłonny przyznać rację tym, którzy twierdzą, że to jednak stosunkowo nowe zjawisko. Myślę, że da się taką cezurę nawet dość precyzyjnie wskazać. Trzeba pamiętać, że w tysiącletniej tradycji naszej państwowości tożsamość była budowana z części składowych. Musimy też zwrócić uwagę na uwarunkowania geopolityczne, a więc kontekst zewnętrzny. Polska zawsze leżała na skrzyżowaniu różnych kultur, narodów. W Polsce mieszkali Ruteni, Białorusini, Litwini, Niemcy, Holendrzy, Włosi, Węgrzy, Czesi – to była duża część arystokracji, szlachty; do XIV w. te składowe kształtowały naszą tożsamość.

No tak. Polacy nie mieli problemu z tym, żeby pragmatycznie wybrać na króla Litwina, Francuza, Węgra czy Szweda.
– Zwrot zaczął się dokonywać jeszcze przed ingerencją z zewnątrz. Mam na myśli tzw. potop, czyli wojny ze Szwecją w połowie XVII w., oraz powstanie Chmielnickiego, a więc również wiek XVII. Nawiasem mówiąc, ten XVII w. i pamięć o nim ma niewiele wspólnego z historią. To czysta mitologia stworzona przez uwodzicielskie pisarstwo „ku pokrzepieniu serc” Henryka Sienkiewicza. Obawa przed obcym i specyficzna religijność przychodzą razem z ostrą retoryką kontrreformacyjną, czyli z jezuitami – choć nie w pierwszych dziesięcioleciach działalności tego zakonu, który w dużym stopniu był złożony z obcokrajowców. Dopiero gdy rodzima szlachta zastąpiła „obcych”, zakon stał się ostoją sarmatyzmu, podobnie jak cała ta grupa społeczna. W strukturze naszego mieszczaństwa dominowali Niemcy. To nikomu nie przeszkadzało, ale jezuici, chcąc umocnić katolicką tożsamość, zaczęli nimi po prostu Polaków straszyć, bo przecież Luter wyszedł z Niemiec. (…) Mniej lub bardziej świadomym prekursorem powstania określenia „Polak katolik” był kard. Stanisław Hozjusz. (…)

W jego czasach dokonał się dość zaskakujący zwrot w myśleniu Polaków.
– Oto coś, co było udziałem Polaków w dorobku myśli europejskiej, zostało wyparte i zapomniane – mam tu na myśli choćby braci polskich – stało się przedmiotem stygmatyzacji. Wpływ braci polskich na myśl europejską, choć nigdy go dokładnie nie zbadano, był znaczący. Bracia po Soborze Trydenckim mocno się zradykalizowali, poszli w kierunku odrzucenia dogmatów, jakichkolwiek autorytetów z zewnątrz. Powiadali: to mój rozum, mój umysł jest jedyną instancją krytyczną i poza tym nie ma innych granic. No i dokładnie w tym samym czasie pojawiły się w Polsce owe fundamentalistyczne tendencje głoszące, że każdy, kto podważa autorytet Kościoła, musi być odrzucony.

Radykalna zmiana wobec wizji jagiellońskiej.
– To jest właśnie ten moment, kiedy upada idea jagiellońska. Hozjusz, można się zastanawiać, z jakich powodów, zmienia wówczas front. (…)

Pojawia się kolejny wielki mit: Polaka, który broni chrześcijaństwa.
– To oczywiście historia w dużym stopniu już dzisiaj zmitologizowana, ale prawdą jest, że tak powstał mit antemurale christianitatis, Polski jako przedmurza chrześcijaństwa. To przedmurze miało ochronić Polaków czy też katolików nie tylko przed nawałą turecką, osmańską czy islamską. W myśleniu XVI-wiecznych katolików również prawosławie było zagrożeniem; potem wrogami stali się protestanci. A więc niebezpieczni mogli być niemal wszyscy.

Potop to spotęgował.
– Nie pamiętamy o tym, ale ten szwedzki zalew w dużym stopniu sprowokowała fatalna polityka Wazów, przede wszystkim Zygmunta III Wazy, który nigdy nie zrzekł się tronu szwedzkiego. I to było dla Szwedów irytujące, bo Szwecja przeszła do obozu protestanckiego i obawiała się, że jezuicki król, jak drwiąco nazywano Zygmunta III, zechce i u nich zrobić kontrreformację. Komponent polityczny patrzenia na innych przez pryzmat wyznania jak na obcych, którzy nam zagrażają, rozwinął się w drugiej połowie XVI w., a zwłaszcza w wieku XVII. Kulminacyjnym momentem było wypędzenie z Polski arian w 1658 r. pod pretekstem zdrady narodowej. (…)

To wielkie kłamstwo utrzymuje się do dziś.
– Hipokryzja tego aktu polegała właśnie na tym, że znacznie więcej kolaborowało ze Szwedami katolików niż przedstawicieli tej najmniejszej grupy protestanckich radykałów. Jednak katolików nie spotkały żadne represje. Późniejsze doświadczenia wzmocniły ten krzywdzący stereotyp. Jakiś czas potem, w wieku XVII, udziałem Polaków były wojny wywoływane przez niemądrą politykę wewnętrzną. To, że Kozacy z Chmielnickim uderzyli na Polskę, było odpowiedzią na dyskryminującą, by nie rzec: kolonizacyjną politykę królów i wschodnich królewiąt.

Pokłóciliśmy się ze wszystkimi. Do dziś niektórych polityków i duchownych mocno kręci to pozostawanie w ciągłym konflikcie.
– Niektórzy posuwają się do bardzo ostrych ocen – że katolicyzm był powodem naszych nieszczęść narodowych. Tak twierdzi np. znakomity pisarz Paweł Jasienica (…). Nie mam tak radykalnego poglądu, myślę jednak, że był na pewno czynnikiem polaryzującym i antagonizującym nas nie tylko z sąsiadami, ale i z chrześcijanami innych wyznań, którzy musieli walczyć (niestety mało skutecznie) o swoje prawa. Zresztą również w samym katolicyzmie stosunek do kontrreformacyjnego wzmożenia był zróżnicowany. (…)

W warunkach polskich zmienia się archetyp księdza.
– Tak i ma to niebagatelne znaczenie. Spory w tym udział Sienkiewicza, który w powieściach odtwarzał XVI- i XVII-wieczną atmosferę. Warto przypomnieć, że jego głównym źródłem informacji, ale też języka, był Jan Chryzostom Pasek i jego „Pamiętniki”. Pasek, mazowiecki szlachcic, był modelowym wychowankiem szkół jezuickich, a jego horyzonty myślowe nie wykraczały poza szlachecki zaścianek. Utrwala się więc w literaturze – i nie tylko – postać kapelana, który zagrzewa do walki, używa bardzo zmilitaryzowanych argumentów, żeby heretyków bić, a schizmatyków nawracać. Mamy nawet taki techniczny termin ecclesia militans, czyli kościół walczący. (…)

Trauma zaborów wyzwala jeszcze inny sposób myślenia o naszych dziejach i myślę, że rola Kościoła jest w tym niebagatelna. Nie jesteśmy niczemu winni. Winni są wszyscy dookoła. My, zdradzeni i osamotnieni, trwamy semper fidelis.
– Tak, to jest już końcówka XVIII w. i cały XIX w. Rzeczywiście pod zaborami to przekonanie mocno zakorzeniło się w mentalności. W szeroko rozumianej kulturze prym wiedzie Mickiewiczowska metafora Polski jako Chrystusa narodów z wszystkimi tego konsekwencjami: ukrzyżowania i zmartwychwstania, a więc arcydramat narodowy „Dziady”. Nie jesteśmy jedynie ofiarami. Mamy zbawić świat, wywalczyć wolność dla siebie, ale też dla innych. W „Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego” pojawia się motyw Polski cierpiącej z walorem odkupieńczym tego cierpienia. I to jest wizja, która stanowi fundament mesjanizmu. W XIX w. postrzegano wizje Mickiewicza jako rojenia oderwane od rzeczywistości. Zupełnie odszedł w niepamięć prosty fakt, że zabory w dużym stopniu dokonały się na życzenie polskiej skorumpowanej szlachty, a przede wszystkim arystokracji skonfliktowanej z ostatnim królem. Bo to przecież na ich życzenie caryca Katarzyna „zaprowadziła w Rzeczpospolitej porządek”. Bez inicjatywy samych Polaków nie doszłoby nigdy do zaborów. Mickiewicz, tworząc mesjański mit, również o tym „zapomniał”, nie dostrzegając winy w nas samych. W „Dziadach” jesteśmy tylko ofiarą.

Wydaje się, że sam sobie zaprzeczasz.
– To jest myślenie paradoksalne i nie sposób stosować do niego zasad logiki. No bo jak to jest w końcu: czy jesteśmy jako naród ofiarą, która ma odkupić świat, czy też sami jesteśmy sobie winni? Moim zdaniem Mickiewicz, podobnie jak później Sienkiewicz, pisał ku pokrzepieniu serc i dlatego nie wspominał o polskiej odpowiedzialności.

Ten utwór ciągle żyje. To była lektura naszych dziadków, rodziców i nasza. Nasze dzieci też się jej muszą uczyć na pamięć.
– I to jest jakaś osobliwość, że utwór poetycki, który postrzegano w swoich czasach jako coś odlotowego, w XX w., a zwłaszcza w okresie 20-lecia międzywojennego i komunizmu, był traktowany z powagą – nie tylko jako wspaniała poezja, ale także jako źródło historyczne. I ta idea się umocniła. Do dziś zresztą w pewnych kręgach ta mitologia trzyma się mocno, jest traktowana z pietyzmem jako ważny element polskiego dyskursu narodowego. Przecież bardzo istotna część naszego społeczeństwa uważa, że bez katolicyzmu jako nośnika tożsamości Polski nie można sobie po prostu wyobrazić. I to jest odpowiedź na pytanie, skąd się ta zbitka „Polak katolik” wzięła. Oczywiście ten mit trzeba zdekonstruować i odrzucić, jest to bowiem myślenie chore, oderwane od rzeczywistości. A co najgorsze, w skrajnych przypadkach prowadzi do umacniania się poczucia wyjątkowości, do nacjonalizmu i do wykluczania innych. (…)

Takie myślenie żyje do dziś w katolicyzmie polskim.
– Tak. Jego przykładem są kolejne pielgrzymki narodowców na Jasną Górę organizowane z wielką fanfaronadą, z gorącym błogosławieństwem ojców paulinów. Tak oto nieoczekiwanie mit Sienkiewiczowski sięgnął bruku ONR-u z jego groteskowymi hasłami „Polska dla Polaków” i nienawistnym dyskursem antyemigracyjnym.

„Zemsta, zemsta, zemsta na wroga, z Bogiem i choćby mimo Boga!”. „Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem Polska jest Polską, a Polak Polakiem”.
– To są właśnie te mity albo – jak to trafnie nazywa Maria Janion – fantazmaty romantyczne. One są wciąż obecne, nawet się umacniają. Przykładem jest grupa młodych katolików skupionych wokół różnych czasopism, jak „Pressje” czy „Fronda”. Jednym z głównych teoretyków tych neomesjańskich rojeń jest Paweł Rojek z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Z zaciekawieniem śledzę jego rozwój, bo pokazuje, jak można być absolutnie nieprzemakalnym na krytyczne uwagi takich badaczy jak Andrzej Walicki czy Jan Skoczyński.

Wracając do tych „fantazmatów romantycznych”. Zostały poddane krytyce, mam m.in. na myśli postawę papiestwa.
– Oczywiście. Krytycznie o „Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego” wypowiedział się w bulli papieskiej Grzegorz XVI. Potępił wszystko, co było tej narodowo-romantycznej tradycji bliskie (…). Nieprzypadkowo polski Kościół jest najmniej zainteresowany rzetelnym poznaniem historii i jej interpretacją. Kreuje się na jedyną ostoję polskości chrześcijaństwa.

Udaje mu się jednak tej kreacji bronić.
– Udało mu się utożsamić polskość z katolickością. Powstał mit etnicznego Polaka. Do tego walnie przyczynił się Roman Dmowski, który – nawiasem mówiąc – sam był niewierzący i uznawał społeczny darwinizm za główną i najważniejszą siłę w historii. Pozostaje dla mnie tajemnicą, jak tego rodzaju światopogląd jest do pogodzenia z Ewangelią, która staje po stronie najsłabszych, a nie najsilniejszych. Mit etnicznego Polaka jest kompletnie oderwany od realiów. Jeśli weźmiemy części składowe naszego terytorium w ujęciu historycznym, a więc Wielkie Księstwo Litewskie, Białoruś i Ukrainę, to zobaczymy, że to społeczeństwo tworzyli Litwini albo Rusini, wielkie rody, wcale przecież nie polskie. Potem one się w dużym stopniu spolonizowały, zwłaszcza arystokracja. Ale już ludność wiejska pozostała ruska praktycznie do czasów niepodległości. Ważną częścią składową byli też Tatarzy, a więc polscy muzułmanie; również Żydzi, którzy od późnego średniowiecza są bardzo istotną częścią społeczeństwa na mapie Polski.

To jest mniej lub bardziej świadomie wypierane. Mówi się, że Polska od lat była tylko katolicka, że katolickość to jej tożsamość.
– Dodajmy do tego wszystkiego Niemców i ich silną reprezentację w miastach. Ten mit etnicznego Polaka to absolutna kreacja stworzona na przełomie XIX i XX w., którą wzmocnił okres międzywojenny ze swoją syntezą myślenia endeckiego i katolickiego. Nie jest przecież tajemnicą, że Kościół katolicki znalazł wiele punktów wspólnych z ideologią narodowej demokracji. Ten wyrachowany, kontrewangeliczny alians dawał klerowi poczucie wyjątkowości, ważności. To nie jest zresztą wymysł polski. Weźmy te dzisiejsze renesanse religijności np. w Rosji. Putin, który przez większą część swojego życia był ateistą, zwalczał Kościół programowo jak każdy komunista, a już zwłaszcza działacz służb specjalnych, dzisiaj z lubością fotografuje się z patriarchą i mówi o idei „Wielkiej Rosji”.

Wyrachowanie. Podobnie jak Dmowski.
– Oczywiście Dmowski to inny kaliber, człowiek wszechstronnie wykształcony. Ale rzeczywiście, on też Kościół traktował bardzo instrumentalnie. Z jednej strony wyrachowana motywacja religijna, a z drugiej – polityczny imperializm.

Myślenie transakcyjne.
– Tak, bo politykowi opłaca się po prostu zapalać świece z patriarchą. Buduje swoją pozycję bożego pomazańca, a patriarcha ma z tego wymierne korzyści. Kościół jako instytucja nie podlega kontroli państwa. (…) Ci, którzy się nie wpisują w tę logikę przymierza ołtarza z tronem, są postrzegani jako nie do końca polscy, jako gorszy sort, jako niewystarczająco Boga kochający. Znakomitą ilustracją są cyniczne pielgrzymki polityków wszystkich opcji politycznych na Jasną Górę i fotografowanie się w pozach modlitewnych przed ikoną Matki Bożej. Ostatnio Jarosław Kaczyński wręcz zadeklarował, że będzie często bywał na Jasnej Górze, bo modlitwa w tym miejscu ma dla niego szczególne znaczenie.

Okazuje się, że to przymierze wystarczy. Zwróć uwagę, że odwoływanie się do racjonalnych argumentów nie wytrzymuje w tym przypadku konkurencji z ideologią, bo zaraz wszelką krytykę Kościół redukuje do braku patriotyzmu i walki z Bogiem.
– Rzeczywiście tak jest. Tu można pokazać szereg mechanizmów. Śledzę to, zgłębiając moje lektury amerykanistyczne. Socjolodzy amerykańscy próbują zrozumieć, jak to się stało, że w 2016 r. Ameryka wybrała tak skrajnie demagogicznego prezydenta jak Donald Trump. On też nawiązuje do Boga. W trakcie kampanii modliło się nad nim publicznie kilku liderów religijnych. Jednym z kluczy do sukcesu Trumpa jest to, że odwołuje się do poczucia frustracji i lęku. Obecny lokator Białego Domu jest wszystkim, tylko nie mężem stanu. (…) Przywołując świetne portrety z tekstów Mrożka, widzimy w nim chama, który ostatecznie ma zdolność podporządkowania sobie społeczeństwa. (…)

Podobnie jak Kaczyński.
– Niewątpliwie takie rysy mrożkowskiego chamstwa widać u Jarosława Kaczyńskiego i u wielu blisko z nim związanych polityków. Z tego chamstwa zrobili strategię. Zauważ, że wielu spośród nich to ludzie z tytułami profesorskimi. Sam Kaczyński pozbywa się wszystkich, którzy się z nim nie zgadzają, otaczając się ludźmi miernymi i uległymi.

Skoro Ameryka (…) nie radzi sobie z demagogią Trumpa, nie powinno nas dziwić, że Polacy lgną do Kaczyńskiego jak dzieci we mgle. Jesteś zdania, że to spuścizna Dmowskiego – bo taka teza jest forsowana?
– Kaczyński to człowiek z innej epoki. Nie jest pewnie darwinistą społecznym jak przywódca Narodowej Demokracji, ale to sprawny polityk. Podobnie jak w przypadku Dmowskiego możemy sprowadzić jego idee do doświadczeń, wręcz wykształcenia jakiejś antropologii. Formacja, której przewodzi, powstała po 1989 r. w tyglu konfrontacji środowiska postsolidarnościowego.

Czy uważasz, że jego myślenie zabarwiły pewne fobie i urazy?
– (…) W zasadzie większość diagnoz i ocen oparta jest na jego głębokim resentymencie i wydumanym poczuciu krzywdy. Problem polega na tym, że w takim sposobie myślenia nie jest odosobniony, na co wskazuje niesłabnące poparcie dla jego partii. Wracając do Dmowskiego. Kiedy go zestawimy z Kaczyńskim, mamy niewątpliwie pewną analogię. Proszę zwrócić uwagę, że w pewnym momencie Jarosław Kaczyński bardzo krytycznie wypowiadał się na temat Rydzyka i Radia Maryja. Jednak i tu jest podobieństwo do patrona endecji, zdał sobie sprawę, że lepiej mieć Rydzyka po swojej stronie.

Taktyczny sojusz?
– To nie przypadek, że Kaczyński i jego zwolennicy pielgrzymują nie do Rzymu, Gniezna czy Poznania, ale do Torunia. Krótko mówiąc, formacja sprawująca w tej chwili władzę obrała sobie za sojusznika ośrodek najmniej pogłębionej religijności i płytkiego intelektu. Rydzyk to człowiek, który odniósł niebywały sukces medialny i finansowy. Zaproponował pewną formę katolicyzmu przaśnego, oderwanego od korzeni chrześcijaństwa, który dziś w Polsce dominuje. Przekaz środowiska Rydzyka wykazuje pewne podobieństwa z Hozjuszem, który był patronem kontrreformacji. Oczywiście to bardzo odległa analogia. Hozjusz był jednak intelektualistą znakomicie zorientowanym w ideach swego czasu.

A jednak Rydzyk jest niebywale skuteczny. Jak to wytłumaczysz?
– Rydzyk jest sprytnym cwaniakiem, który z katolicyzmu wziął tylko magiczne rozumienie religijnych gadżetów przy jednoczesnym braku wrażliwości na jego racjonalny wymiar. Nic więcej nie można do tego dodać, może poza tym, że retoryka Radia Maryja jest kontra wszystko. To ośrodek, który prezentuje najmniej pogłębioną religijność. (…) Kaczyński od dłuższego już czasu prezentował dość agresywną retorykę, to niby były tylko słowa, a więc te słynne pasożyty i pierwotniaki przynoszone przez imigrantów, gorszy sort, kanalie i mordy zdradzieckie. Trzeba to widzieć jako pewną całość, która się układa właśnie w jedną wielką konstrukcję lękową. (…)

„W tym szaleństwie jest metoda”. Ale sam Kaczyński, w pojedynkę, nie miałby z taką retoryką szans.
– Dlatego od lat mozolnie się do tego przygotowywał. Przypomnij sobie, że kiedy wszedł na drogę kontestacji, był niszowym politykiem. W tej chwili przejął absolutną kontrolę nad mediami publicznymi. Do tego dochodzą bardzo oddani PiS hierarchowie, prym wiedzie tu wierny Kaczyńskiemu biskup krakowski Marek Jędraszewski oraz paru innych, którzy kupują ten prymitywny styl uprawiania polityki absolutnie bezkrytycznie. Kaczyński jest dla Kościoła odpowiedzią na wszystkie zagrożenia, o których mówiliśmy.

Jakie zagrożenia masz na myśli?
– Przede wszystkim strach, że Polacy zaczną myśleć samodzielnie. Nie widzę sensu, żeby bawić się tu w subtelności, trzeba jasno powiedzieć, że idzie o przekaz negatywny, pokazujący zagrożenia. Liberałowie, z których rządami mieliśmy do czynienia wcześniej, nie wypracowali wystarczającej oferty wobec potrzeb zwykłych ludzi. Ten deficyt przygotował narodowej prawicy podatny grunt i ułatwił zwycięstwo. Pierwsze twarze dobrej zmiany to często cynicy, demagodzy.

Kogo byś wymienił?
– Myślę o Tadeuszu Rydzyku, o Jacku Kurskim, o wielu europosłach, jak Ryszard Legutko, Ryszard Czarnecki czy Zdzisław Krasnodębski. To nie są przecież ludzie, którzy zostali jakoś szczególnie pokrzywdzeni przez los. Krasnodębski wykładał w Niemczech, Legutko jest wykładowcą Uniwersytetu Jagiellońskiego, stworzył Klub Jagielloński i kierował nim. A więc osiągnęli jakiś sukces i z powodów, których prześledzenie byłoby interesujące, podłączyli się do tej propagandy lęku. Zresztą obok PiS kręci się spora grupa intelektualistów, mniej lub bardziej wziętych artystów, którzy uznali, że ich misją jest stworzenie alternatywnego modelu kulturowego Polski w centrum Europy. Polski, która wstała z kolan i odgrywa jakąś wybitną rolę w Europie. Jest też oczywiście cały legion oportunistycznych dziennikarzy, którzy uznali, że wprzęgnięcie się w propagandową machinę PiS to znakomita okazja, by zrobić karierę. Trzeba przyznać, że niektórym to znakomicie się udaje. Podobnie zresztą, jak to było w stanie wojennym, na co zwrócił uwagę prawicowy publicysta Robert Mazurek. Za to porównanie spotkało go chóralne potępienie publicystów reżimowych, którzy poczuli się głęboko dotknięci w swej dziennikarskiej i „niepokornej” godności. Wszyscy głoszą bowiem swoje oddanie Bogu i ojczyźnie.

Neoromantyzm narodowy.
– Mamy rosnącą grupę polskich mesjanistów, którzy są blisko Kościoła. Przypomnę tu jeszcze raz Pawła Rojka, który napisał sporo o mesjanizmie Jana Pawła II. W ten model wpisują się również ośrodki propagujące myśl Jana Pawła II czy środowisko zebrane wokół pisma „Teologia Polityczna”. Mniej rozpoznane jest środowisko Opus Dei, które w Polsce trafiło na podatny grunt, czy Bractwo Piusa X, jawnie schizmatyckie stowarzyszenie kontestujące Sobór Watykański II. Zresztą w samym centrum katolicyzmu są ośrodki – ty się na nich lepiej znasz – promujące egzorcyzmy i mentalność żywcem przeniesioną ze średniowiecza, z paleniem książek włącznie.

Mieliśmy próbkę jakiś czas temu. Spalono, poza figurką słonia i indyjską maską, książki o Harrym Potterze. (…)
– Trzeba mieć nadzieję, że nie dojdzie do palenia czarownic! Nie wiem, czy to jest już wojna kulturowa, ale rzeczywiście – mamy pewien front, dla którego ten nowy, alternatywny wobec liberalnego projektu model polskości i polskiego katolicyzmu jest atrakcyjny. Robią wszystko, żeby cementować wspólnotę narodową wokół tej idei. Sondaże preferencji politycznych Polaków pokazują, że 30% naszych rodaków się w tym sosie odnajduje.

Gdybyś miał wymienić komponenty tego sosu? Jakie ma składniki, czym jest doprawiony?
– Łatwiej chyba mi powiedzieć, czego tam nie ma. A więc niewątpliwie jego esencja to odrzucenie postawy dialogicznej, a może nawet odrzucenie postawy poznawczej. Znajdziemy w nim oczywiście antysemityzm, lęk przed obcym, dumę narodową. Są to „antycnoty” ewangeliczne, bo to postawa, której z Ewangelii nie wywiedziemy. I można sobie oczywiście zadać pytanie, dlaczego w tym wielkim katolickim kraju tak mało ludzi potrafi się zdobyć na czytanie Ewangelii ze zrozumieniem.

A może odpowiedź jest prosta. Jesteśmy przecież społeczeństwem, w którym tradycja czytania jest dość młoda. Badania pokazują, że w porównaniu do Francuzów czy Czechów czytamy o wiele mniej.
– Tak. Zresztą jeszcze do niedawna Polacy byli w zdecydowanej części analfabetami. Dużo do życzenia pozostawia też jakość polskiego katolicyzmu. Po pierwsze, to nie jest religia wyboru, ale dobrodziejstwo kulturowe przekazywane z pokolenia na pokolenie. Ludzie, którzy nie wybierają, ale dziedziczą, nie widzą potrzeby, żeby to dziedzictwo jakoś sobie uzasadnić. I sądzę, że mało wymagający odbiorca, ten polski konsument religijny, rozleniwia Kościół, bo w żaden sposób nie problematyzuje kwestii religijnych. To wszystko sprawia, że polski katolicyzm proponuje bardzo powierzchowną ofertę religijną, która zaspokaja powierzchowne potrzeby.

Mamy też próżność. Ostatnio abp Głódź włożył na palec Jacka Kurskiego Pierścień Inki w kościele na Pomorzu, a abp Antoni Pacyfik Dydycz był obwożony karocą przy okazji Hubertusa (…). Odświętne ubrania biskupów wyglądają groteskowo. Skąd ten brak skromności? (…)
– To rzeczywiście ciekawe. Ostatnio ukazało się wiele książek na temat tożsamości Polaków. Jedną z cech, na którą zwracają uwagę socjolodzy i antropolodzy, jest to, że 90% polskiego społeczeństwa (które w 80-90% wywodzi się z klasy chłopskiej) usilnie poszukuje szlacheckich korzeni. Tak było już w PRL, że klasa z awansu, czyli dygnitarze partyjni naśladowali zachowania szlachty. Myślę, że również w polskim Kościele mamy do czynienia z przerysowaniem tego kompensowania czy też nadrabianiem braku znamienitego drzewa genealogicznego.

Biskup dorabia sobie książęcą genealogię?
– No bo biskupi to przecież książęta Kościoła. Mają książęce maniery, pałace, limuzyny, pierścienie i stroje, które przypominają kontusze szlacheckie. Na świecie księża i biskupi rzadko już chodzą w długich sutannach. Biskupi na Zachodzie zwykle noszą garnitury. Polscy księża i biskupi są soczewką, która skupia w sobie najbardziej groteskowe cechy polskiego społeczeństwa. A to społeczeństwo ciągle szuka własnej tożsamości i – zamiast upatrywać ją w intelektualnych etosach pracy, wykształcenia, solidności, uczciwości czy też wierności swoim zasadom – poszło w kierunku szlacheckiego rozpasania, takiego „zastaw się, a postaw się”; nieważne, co robię, ważne, jak mnie widzą. To byłby wręcz bardzo wdzięczny obszar badań folklorystycznych. Bo to jest folklor. Od dawna już powtarzam, że polski katolicyzm jest egzotyczny. Dobrze więc się dzieje, kiedy popkultura – film czy literatura – pokazuje tę rzeczywistość. Czasem w krzywym zwierciadle.

A społeczeństwo to zaakceptowało. Ludzie pchają księżom pieniądze z pocałowaniem ręki.
– Jest na to rzeczywiście przyzwolenie. Przecież fenomen Rydzyka na tym się właśnie upasł. On dziś dostaje miliony od rządu, ale kiedyś dostawał te przysłowiowe złotówki od zwykłych ludzi. Biedne kobiety każdy grosz by mu oddały, bo „ojciec Tadeusz potrzebuje”. On się do dziś odwołuje do tej ofiarności prostego człowieka.

Więc określenie „Polak katolik” – jakkolwiek by go oceniać – to wybór?
– Na razie na to wygląda.

Fragmenty książki Stanisława Obirka i Artura Nowaka Wąska ścieżka. Dlaczego odszedłem z Kościoła, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2020

Fot. Wojciech Olszanka/East News

Wydanie: 14/2020

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy