Podręcznik wartości czy świecki arbiter?

Podręcznik wartości czy świecki arbiter?

Rozdział niemieckich Kościołów od państwa jest zapisany w konstytucji, ale w praktyce nie do końca się sprawdza

Korespondencja z Berlina

We wrześniu emerytowany papież Benedykt XVI wrzucił na rynek medialny temat, który wywołał duże emocje. W wyczekiwanej książce „Letzte Gespräche” („Ostatnie rozmowy”) 89-letni duchowny dał kolejnego prztyczka w nos niemieckiemu episkopatowi i skrytykował rozzuchwalonych wygodą katolików w swoim kraju.
– Niemiecki Kościół katolicki jest zbyt zbiurokratyzowany, brakuje mu zaś dynamiki i autentycznej wiary – wyznaje Ratzinger w wywiadzie rzece dziennikarzowi Peterowi Seewaldowi. – Zwiększanie się liczby hojnie opłacanych pracowników kościelnych sprawia, że instytucje katolickie zachowują się jak związki zawodowe – dodaje. Były biskup Rzymu odniósł się powtórnie do kwestii, w którą już od wieków wgryzają się historycy i która w Niemczech, przynajmniej w sferze praktycznej, pozostaje nierozstrzygnięta – rozdziału Kościoła od państwa.

Odtrutka na patologie

Pierwszym krajem, w którym pozbawiono Kościół wpływu na sprawy państwowe, była Francja. Francuski laicyzm kazał przypuszczać, że zatwierdzone konstytucyjnie zmiany będą nieodwracalne i rozleją się wkrótce na cały kontynent. Jednak nie wszędzie udało się zmobilizować zwolenników sekularyzacji tak szybko jak nad Sekwaną.
Polityczne postulaty laicyzacji były wymierzone głównie w Kościół katolicki, toteż we Francji i we Włoszech trafiały na wyjątkowo podatny grunt. Skostniały dogmatyzm dygnitarzy kościelnych urągał tam nowym prądom, zwłaszcza w edukacji. W krajach katolickich religia niebawem została uznana za sprawę prywatną. Natomiast w Prusach laicyzacja trafiłaby także w Kościół ewangelicki, uchodzący za instytucję narodową (Kirchenregiment), z której cesarz Wilhelm I i jego następcy nie chcieli zrezygnować mimo starań nieugiętego Bismarcka. Niemniej jednak już wcześniej w poszczególnych krajach niemieckich wprowadzono istniejący do dziś podatek kościelny (Kirchensteuer), by uwolnić państwo od dotowania Kościołów po szeroko zakrojonej sekularyzacji majątku, co miało zresztą utorować drogę do całkowitego rozdziału obu sfer. Wraz z powstaniem Republiki Weimarskiej, będącej kresem niemieckiej monarchii, problem protestanckiego Kirchenregimentu sam się rozwiązał, a w międzywojniu zatwierdzono (teoretycznie) rozdział państwa i religii (Es besteht keine Staatskirche, art. 137). Tak pozostało do dziś. Jednak nienaruszona w tym miejscu konstytucja weimarska kryje wiele nieścisłości, co sprawia, że status obu wielkich Kościołów w Niemczech nadal nie jest do końca przejrzysty.
Kościoły rzymskokatolicki i protestancki w Niemczech mają obecnie mniej więcej tyle samo wyznawców, gromadząc ok. 62% populacji. Niemal 34% obywateli (większość z nich to mieszkańcy byłej NRD) nie deklaruje przynależności do żadnego wyznania, 2,6% stanowią muzułmanie, 0,1% – wyznawcy judaizmu, a 1,3% wyznaje inne religie.
Na podstawie urzędowych list podatkowych obie wspólnoty chrześcijańskie są de facto korporacjami prawa publicznego. Prawie 80% budżetu Kościoła katolickiego i ewangelickiego jest pokrywane z podatku kościelnego. Oba Kościoły są częścią ogólnie finansowanych systemów publicznych, na równi z innymi prywatnymi organizacjami humanitarnymi. Na przykład szpitale prowadzone przez wspólnoty religijne są zasilane przede wszystkim ze składek na ubezpieczenie zdrowotne. Kościoły niemieckie korzystają ponadto z wielu zwolnień podatkowych. Darowizny na cele charytatywne mogą być odliczane od podstawy opodatkowania, podobnie jak w przypadku organizacji non profit. Co więcej, oba Kościoły są zwolnione z obowiązku uiszczania ceł, w zależności od przepisów danego kraju związkowego. Słowem, z jednej strony pragną być integralną częścią prawa publicznego, z drugiej życzą sobie dodatkowych przywilejów.
Pensje biskupów i sufraganów nie są wcale finansowane z podatku kościelnego, lecz z innych źródeł państwowych, a także z gruntów kościelnych, które Kościół wydzierżawił. Z samego podatku są opłacane osoby świeckie, które pracują np. w różnych wydziałach kurii, a także w przedszkolach, sierocińcach czy domach opieki.
Zgodnie z konkordatem z 1924 r. Republika Bawarska jest np. zobowiązana również do finansowania remontów świątyń, które odbywają się po oficjalnym przetargu. Kard. Reinhard Marx, szef niemieckiego episkopatu i arcybiskup Monachium, mieszka w kamienicy, która w 2013 r. została wyremontowana za 10 mln euro. A to jeszcze nic w porównaniu z wydatkami bp. Franza-Petera Tebartza-van Elsta, który po ujawnieniu nadużyć w Limburgu (Nadrenia) musiał ustąpić ze stanowiska. W 2015 r. sama Bawaria „dopłaciła” do podatku kościelnego 65,7 mln euro dla Kościoła katolickiego oraz 22 mln dla ewangelickiego Landeskirche, które zostały przeznaczone głównie na pensje duchownych. Dodatkowe 34 mln przelano na remonty świątyń i parafii.

Zanik wiary

Niemcom oczywiście daleko do klasycznego państwa wyznaniowego. Konstytucja formalnie odcina obie wspólnoty chrześcijańskie od życia politycznego, ale w niektórych kwestiach te światy nadal się zazębiają. – Podatek oraz inne świadczenia państwowe na rzecz Kościoła są właściwie jeszcze spuścizną okresu Napoleona. Ich likwidacja nie tylko nie zaszkodziłaby Kościołom, ale wręcz wzmocniła ich niezależność, uruchomiła proces ich demokratyzacji – przekonuje Ernst Dohlus, dziennikarz związany z tygodnikiem „Die Zeit”. Świadczenia te zabezpieczają byt duchownych, dzięki czemu nie trapią ich już niskie sumy z tacy lub intencji mszalnych. Mają oni emeryturę na poziomie dobrze opłacanego urzędnika państwowego.
Po skandalu limburskim obserwujemy tymczasem w Niemczech zanik praktyk religijnych, skutkujący często oficjalnym wystąpieniem z Kościoła. Niekiedy wystarczy zasłyszana gdzieś negatywna opinia o lokalnym księdzu. – Te miliony, które państwo i samorządy przelewają corocznie parafiom, zinstytucjonalizowały Kościół. Przestają funkcjonować zasady dobrowolności i ofiarności. To zabija ducha Kościoła – uważa Jochen Teuffel, ewangelicki teolog i pastor. O zniesieniu podatku można jednak na razie tylko pomarzyć.
W krajach niemieckich ukształtowała się przez wieki mentalność, której zapisy konstytucyjne tak szybko nie zmienią. Wystarczy zwrócić uwagę na kilka kluczowych spraw. W ramach postępującej sekularyzacji w XIX w. władze świeckie zawłaszczyły majątek Kościołów, ale wzięły na siebie także odpowiedzialność za ich zabezpieczenie materialne. Wraz z rozpadem wilhelmińskich Niemiec teoretycznie miało się to skończyć. Gdyby Republika Weimarska wypłaciła obu Kościołom rekompensatę, problem byłby rozwiązany, sam rozdział zaś jasny. To jednak nigdy nie nastąpiło. Kraje związkowe nowo założonej RFN nadal wypłacały więc Kościołom świadczenia. Co ciekawe, samorządy nie kierują się bynajmniej liczbą członków obu wspólnot czy choćby mieszkańców danego landu, lecz charakterem prawnym rozwiązanych klasztorów, przejętych majątków kościelnych itd.
Dlatego np. Saksonia-Anhalt wypłaciła w 2015 r. 12,82 euro na głowę, a Szlezwik-Holsztyn zaledwie 4,47 euro, mimo niemal identycznej liczby mieszkańców. Przełożywszy te wydatki na faktyczną liczbę mieszkańców, Magdeburg wypłaca corocznie 75 euro na głowę (332 tys. ewangelików), a Kilonia 9 euro mimo 1,4 mln protestantów. Podobnie wygląda sytuacja w Kościele katolickim.
W słuszność tych archaicznych kryteriów powątpiewają zatem nie tylko ateiści, zwłaszcza że można by je dość łatwo zmienić lub usunąć. Bundestag powinien jedynie przypomnieć sobie o zapisach konstytucji. Państwo niemieckie musiałoby wówczas prawdopodobnie wypłacić Kościołom jednokrotną rekompensatę, wynoszącą kilka miliardów euro. W dłuższej perspektywie byłoby to znacznie tańsze rozwiązanie niż coroczne wypłacanie świadczeń. Jednocześnie doszłoby do jasnego rozdziału państwa i Kościoła, przy czym żadna ze stron nie doznałaby uszczerbku. Wszak mimo ciągnącej się od dziesięcioleci debaty nic w tej sprawie się nie ruszyło. Główne partie ludowe boją się swoich wyborców. Z jednej strony, rządzący nie chcą oficjalnie potwierdzić, za co podatnicy tak naprawdę płacą. Z drugiej, formacje chadeckie, np. bawarska CSU, obawiają się odwetu przeciwników laicyzacji. Po obu stronach barykady są potencjalni wyborcy, dlatego elity nie będą się wychylały z poglądami jaskrawo odmiennymi. Nie chodzi tu jednak wyłącznie o kwestie finansowe.

Argumenty prawne

Dlaczego niemieccy duchowni otrzymują wynagrodzenia porównywalne z urzędnikami państwowymi? Czemu parafie nie pobierają podatku kościelnego samodzielnie, tylko obarczają tym obowiązkiem urzędy skarbowe? Bo obie wspólnoty wyznaniowe traktowały swój Kościół od zawsze jak instytucję quasi-państwową. Prawo kanoniczne, administracja – wszystko kieruje się logiką funkcjonowania państwa. Jeśli chodzi o świadczenia, niemieccy duchowni operują zatem argumentami prawnymi tak jak urzędnicy. Tyle że właściwie nie muszą. Mogliby odłączyć się od państwa i uświadomić sobie swoją wolność, co przewietrzyłoby wszystkie zatęchłe parafie od Flensburga po Pasawę. Czasem zresztą potrafią to zrobić, np. w chwilach, kiedy przyjmują w świątyniach setki uchodźców.
Niemieccy biskupi potrafili już nieraz zdobyć się na koncyliacyjne i humanitarne gesty, ku zdumieniu władz walczących o swoje elektoraty. Duchowni udzielają się w ważnych debatach społecznych, dyskutują na konferencjach o misjach pokojowych, emancypacji i ekologii. Determinacja, z jaką to robią, pozwala przypuszczać, że inny świat jest możliwy. Już niejeden polityk w kraju i duchowny w Watykanie zaciskał pięści, gdy Reinhard Marx mówił o rasizmie i przyszłości katolicyzmu.
Właśnie taki Kościół jest Niemcom potrzebny: aktywny w debatach o sprawach bieżących, ale nie jako potwornie zbiurokratyzowana instytucja. Niezależny Kościół, który pobudza państwo i je koryguje, a nie żeruje na nim. Tu można się zgodzić z Wolfgangiem Thiersem, byłym przewodniczącym Bundestagu i działaczem SPD, który twierdzi, że Kościół powinien pozostać „podręcznikiem ludzkich wartości”, a nie wchodzić w rolę „świeckiego arbitra”.
Niemal 50 mln chrześcijan to w wielokulturowych Niemczech bardzo dużo. Związki sportowe skupiają 23 mln członków, największy niemiecki automobilklub ADAC zrzesza 18 mln. Na dalszych miejscach plasują się związki zawodowe DGB (6,2 mln) i wyznawcy islamu (4 mln). Potęga Kościołów chrześcijańskich w Niemczech stanowiła niegdyś problem. Obecnie nie ma już chyba ani jednego obywatela, który w religii dostrzegałby zagrożenie dla swojej wolności. Tym bardziej że Niemiec jest demokratą kutym na cztery nogi, żadnej kościelnej propozycji nie przyjmuje bez namysłu. – Żeby Kościół pozostał wiarygodny, musi zrezygnować z kilku przestarzałych uprawnień. Trzeba jasno wskazać, że tu jest Kościół, a tam państwo – potwierdza Thierse.
Jeżeli państwo nie rozwiąże tego problemu, powinno chociaż w podobny sposób otworzyć się na inne organizacje. Urząd skarbowy pobiera od obu grup wyznaniowych podatek. Katoliccy i ewangeliccy duchowni nie muszą zatem się martwić, czy każda „wierna dusza” dopilnuje swoich powinności. Dlaczego inne związki wyznaniowe nie mogłyby pójść tą samą drogą? Natomiast jeśli niemieckie Kościoły zrezygnowałyby ze swoich przywilejów i postawiły tamę rosnącej biurokratyzacji, można by stworzyć niezależny fundusz dla uchodźców czy ofiar klęsk żywiołowych.

Wydanie: 44/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy