Polska Agencja Płacowa

Polska Agencja Płacowa

Firma ma się kiepsko, a prezesom rosną zarobki

Obecni szefowie Polskiej Agencji Prasowej przyznają sobie wysokie, niczym nie uzasadnione podwyżki, hojnie czerpiąc z państwowej kiesy. Jak stwierdza raport Najwyższej Izby Kontroli, w ciągu dwóch lat pensje członków zarządu agencji wzrosły trzykrotnie. W 1997 roku prezes PAP zarabiał 5800 złotych, natomiast w 1999 roku – już 18,4 tysiąca złotych. Tymczasem średnia pensja dziennikarza w PAP to obecnie ok. 2350 złotych.
PAP jest spółką Skarbu Państwa, największym dostawcą informacji dla mediów. Agencja jednak nie jest w stanie samodzielnie się utrzymać i korzysta z wysokich dotacji państwowych. W latach 1997-99 państwo zasiliło PAP gigantyczną sumą ponad 19 milionów złotych! Przychody PAP zwiększyły się zaledwie o 6 proc. W tej sytuacji tak szybkie przyznawanie sobie podwyżek przez zarząd dowodzi, delikatnie mówiąc, braku etyki.
Wiceprezes PAP, Piotr Ciompa, usiłował wyjaśniać wysokie zarobki członków zarządu agencji tym, że w 1997 należeli oni do tzw. “R”, czyli grupy najwyższych urzędników – dostali więc takie podwyżki jak urzędnicza elita, otrzymując dodatkowe wynagrodzenia z Kancelarii Premiera. To tłumaczenie nie wytrzymuje jednak krytyki. Były prezes PAP, Krzysztof Komornicki, ujawnił bowiem, że łączne sumy pobierane z Kancelarii Premiera wynosiły zaledwie 553 złotych miesięcznie. Jeżeli doliczymy tę kwotę do podstawowych zarobków członków zarządu, otrzymamy 6350 złotych. Jakkolwiek by liczyć, do 18,3 tys. zł miesięcznie jeszcze bardzo daleko.

Poza skokiem na kasę

Najwyższa Izba Kontroli zarzuciła też szefom PAP inne grzechy. Opóźniali się (nawet i o 7 miesięcy) z terminowym rozliczaniem pobranych zaliczek. Spowodowali spadek przychodów PAP, bo nie doprowadzili w porę do zwolnienia pomieszczeń wynajętych już bankowi (co przyniosło utratę prawie miliona złotych). Mimo polecenia Rady Nadzorczej PAP nie podjęli skutecznych działań, by wyraźnie zmniejszyć deficyt ośrodka wypoczynkowego w Zegrzu. Nierzetelnie informowali resort Skarbu Państwa o rozliczaniu środków na inwestycje.
Słowem, krajobraz nieudolności połączonej z łapczywością w zasilaniu własnych portfeli.
To, w jaki sposób poczynają sobie szefowie PAP, można wytłumaczyć ich rodowodem. Otóż, należą oni do pokolenia “pampersów”, prawicowych przyjaciół Wiesława Walendziaka, którzy – mimo niewielkich kompetencji fachowych – doszli do perfekcji w dbałości o interesy własne i kolegów.
Prezesem PAP jest Robert Bogdański, kiedyś w Ruchu Stu. Z AWS jest związany wiceszef agencji, Piotr Ciompa, dawniej działacz NZS. Unia Wolności obsadziła fotel drugiego wiceprezesa (Krzysztof Andracki). Wkrótce po objęciu stanowisk w 1997 r. zarząd dokonał czystki kadrowej. Zwolniono 160 osób, w tym wielu wysoko wykwalifikowanych redaktorów z długim stażem. W PAP zaroiło się od młodych dziennikarzy kojarzonych z prawicą i Wiesławem Walendziakiem. Redaktorem naczelnym serwisów informacyjnych PAP został Igor Janke, wcześniej dziennikarz “Życia Warszawy” (z czasów Tomasza Wołka). Stanowisko redaktora naczelnego Redakcji Krajowej objął Piotr Skwieciński, a jego zastępcą został Jakub Sufin. Obaj wcześniej pracowali w “Życiu”.
Dziennikarze PAP pamiętają z tamtego okresu przede wszystkim lęk, czy ich nazwiska nie znajdą się na liście osób przeznaczonych do zwolnienia. “W PAP (…) straszy

duch egzekutywy,

co dla mnie oznacza odsunięcie na drugi plan względów merytorycznych. Chodzi o życiorysy, sympatie, układy towarzysko-partyjne, a nie umiejętności. Wielu fachowców musi odejść, by zrobić miejsce osobom zaufanym, często niekompetentnym. Agencja, podobnie jak inne media publiczne, stała się łupem, którym politycy mogli się bezkarnie dzielić” – pisała w czerwcu 1998 roku w “Gazecie Wyborczej” Anna Bogusz, dziennikarka PAP z dwunastoletnim stażem, która po zmianie kierownictwa odeszła z agencji. Odpowiadając jej na łamach “Gazety Wyborczej”, Igor Janke tłumaczył zwolnienia koniecznością odchudzenia agencji. “Wszystko to spowodowane było katastrofalnym stanem finansowym agencji. Decyzja o zwolnieniach dziennikarzy była dramatyczna (…) za kształt list (osób zwolnionych – red.) biorę osobiście pełną odpowiedzialność” – pisał Janke. Nie wspomniał jednak, ile nowych osób zatrudniono w PAP od czasu, gdy objął stanowisko redaktora naczelnego.
Atmosfera w firmie była niezdrowa, dziennikarze skarżyli się na szerzące się podziały: byli “my” i “oni”.
Niewiele zmieniło się na lepsze. “Z niepokojem odnotowujemy narastającą frustrację i niezadowolenie wśród pracowników wielu komórek PAP. Niezadowolenie to nader często ma związek z dyskryminacją płacową starszych stażem pracowników Agencji i mocno zarysowanym podziałem na pracowników “nowych” i “zastanych”. Podział pracowników PAP na

dwie “kasty”

nieustannie pogłębia się w efekcie szczodrego opłacania tych pierwszych i zamrażania płac pozostałym. W tej sytuacji Komisja Zakładowa NSZZ “Solidarność” uważa za niezbędne domagać się od zarządu udzielenia odpowiedzi na kilka często zadawanych pytań, a przede wszystkim wyjaśnienia pracownikom zasad polityki płacowej, ze szczególnym uzasadnieniem kryteriów, jakimi kieruje się zarząd przy przyjmowaniu i ustalaniu pensji osób nowo przyjmowanych do pracy. Rażące dysproporcje między uposażeniami nowych pracowników i osób o wieloletnim stażu pracy w Agencji wywołują u tych ostatnich zrozumiałe poczucie krzywdy i upokorzenia” – jesienią ubiegłego roku pisała do zarządu firmy Komisja Zakładowa NSZZ “S” przy PAP.
– Od tego, jakie kto ma układy z szefami, zależy, ile zarabia – mówi dziś jeden z dziennikarzy. – Jeżeli ktoś jest znajomym jednego z nich, zarabia całkiem nieźle.
Kilka lat temu okazało się, że PAP nie jest właścicielem pomieszczeń zajmowanych w gmachu przy Alejach Jerozolimskich w Warszawie. Budynek należy do Banku Gospodarstwa Krajowego. Bank zgodził się, by PAP na razie pozostał w swojej dotychczasowej siedzibie. – Wkrótce po polubownym załatwieniu sprawy jedna z wysoko postawionych osób w PAP przeszła na dyrektorskie stanowisko w BGK – opowiada dziennikarz agencji.
PAP musiał jednak rozejrzeć się za nowym lokum na przyszłość. Zarząd spółki zdecydował o budowie nowej siedziby agencji, inwestycja będzie kosztować 24 mln dolarów. Kompleks biurowy wybuduje holenderska firma Von der Heyden, która będzie również właścicielem połowy biur i części działki. – Mój kolega opracował plany, z których wynikało, że cała agencja z łatwością pomieści się w budynku, który już stoi na Mysiej – opowiada pracownik PAP. – Kiedy szefowie dowiedzieli się o wnioskach płynących z opracowania, natychmiast zlecili przygotowanie nowych materiałów, z których wynikało, że umieszczenie PAP w gmachu na Mysiej jest wykluczone. Umowa z Holendrami musiała być podpisana, więc odpowiednie plany powstały.
PAP czerpie zyski przede wszystkim z obsługi giełdy (zamieszcza oficjalne komunikaty spółek giełdowych) oraz abonamentu, który płacą publiczne media. PAP nie chce zdradzić, jakie sumy wchodzą w grę, ale nieoficjalnie mówi się, że telewizja płaci około 100 tysięcy złotych miesięcznie. Szefowie agencji czują na karku oddech coraz bardziej dynamicznie rozwijających się portali internetowych i mówią o rozwijaniu PAP właśnie w kierunku Internetu. Na razie jednak reporterzy narzekają na swoje stare dyktafony, a większość z nich w pracy korzysta z prywatnych telefonów komórkowych. Odbiorcy natomiast coraz częściej krytykują bardzo wysokie ceny serwisów PAP-owskich. W istocie, są one kilkakrotnie droższe od serwisów Reutersa. Skądś jednak trzeba brać środki na wynagrodzenia szefów PAP.
W czerwcu zarząd PAP został wybrany na drugą kadencję.

 

Wydanie: 29/2000

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy