Takiego zalewu kłamstw, obłudy, jaki dziś obserwuję, nigdy wcześniej nie widziałem JÓZEF HEN – (ur. w 1923 r. w Warszawie) pisarz, publicysta, dramaturg, scenarzysta. W dzieciństwie współpracował z „Małym Przeglądem” Janusza Korczaka. We wrześniu 1939 r. przebywał w oblężonej Warszawie. Dalsze lata wojny spędził w ZSRR, do kraju wrócił jako żołnierz II Armii WP. Autor powieści i opowiadań o tematyce wojennej (m.in. „Kwiecień”, „Nikt nie woła”, „Krzyż Walecznych”, „Bokser i śmierć”) i historycznej (m.in. „Crimen”, „Królewskie sny”), a także powieści współczesnych (m.in. „Mgiełka”, „Milczące między nami”, „Odejście Afrodyty”) oraz biografii („Ja, Michał z Montaigne”, „Błazen – wielki mąż” i „Mój przyjaciel król. Opowieść o Stanisławie Auguście Poniatowskim”). Szczególną pozycję stanowią trzy tomy notatek i refleksji „Nie boję się bezsennych nocy”. Niedawno ukazała się najnowsza książka pisarza – „Bruliony Profesora T.”. – O czym tak naprawdę jest pana najnowsza książka „Bruliony Profesora T.”? O nieuchronności Zła? O klęsce nadziei na lepszą przyszłość? O przeszłości, w której lepiej widać współczesność? A może po prostu o miłości? – Niedawno przeczytałem swoje notatki z „Gry oczu”, pamiętników Eliasa Canettiego, który opowiadał o tym, jak dał rękopis swojej powieści Hermanowi Brochowi. I Broch zapytał: co pan właściwie chciał przez to powiedzieć? Ale po chwili dodał: to jednak nie jest dobre pytanie, bo przecież gdyby pan wiedział, to nie napisałby pan powieści. – Broch ma oczywiście rację, że tego typu pytań nie warto kierować do pisarzy, bo na ogół wykręcają się od odpowiedzi. Ja jednak chciałem pana sprowokować do rozmowy o dzisiejszych czasach, bo moim zdaniem „Bruliony Profesora T.” sporo o nich mówią. – Ależ ja się nie wykręcam. Chciałbym po prostu od czytelnika dowiedzieć się, o czym jest moja powieść. A jeśli pan mówi, że jest o dzisiejszych czasach, to pewnie ma pan rację. Moim zdaniem, w „Brulionach Profesora T.” aktualna i łącząca się ze współczesnością jest wizja utopii, jej załamanie się i potrzeba zarazem. – Ma pan na myśli wątek rosyjskich pisarzy, m.in. Gorkiego, Mandelsztama, Achmatowej, i ich postawy wobec rewolucji? Owe „rozstrzelane nadzieje”? – Tak. Bo jeśli nie ma utopii do zrealizowania, wszystko jedno jakiej, to życie staje się miałkie. Poza tym jestem przekorny. Interesuje mnie to, co ludzie odrzucają, dlatego niechętnie patrzę na jednoznaczność ocen i opinii, co jest przecież znakiem naszych czasów. – Rosyjscy pisarze doświadczają klęski, historyczny los wypala ich pragnienia, to, co miało być piękne, kończy się fatalnie. Może to daleko idąca analogia, ale polscy intelektualiści przeżyli podobną klęskę w ostatnich latach. Mam wrażenie, że nasza „bezkrwawa rewolucja” również ich stłamsiła, bo przecież wierzyli w wolną, piękną Polskę, a mamy to, co mamy. Kłótnie, niepewność, autorytarne zapędy, rechot Europy. – Wie pan, ja nie polowałem na analogie. Również kiedy pisałem książkę o Stanisławie Auguście, o której wszyscy mówili: ach, przecież to zupełnie jak u nas. – Ale przyzna pan, że coś w tym jest, że szuka się w pańskich książkach znaków współczesności. – To na pewno nie jest moja zasługa. Ja po prostu w taki, a nie inny sposób patrzę na historię, na ludzkie złudzenia i nadzieje. Gorki, którego pan wymienił, wyczuwał, do czego to wszystko zmierza. W tym okresie, kiedy atakował bolszewików i Lenina, w najostrzejszych zresztą słowach, nie przestał być socjalistą, tylko że przez niego przemawiał humanista, bo w jego wizji socjalizm miał być zarazem humanizmem. Przywołuję taką historyjkę, kiedy rewolucjoniści układają w Londynie swój program, w którym oczywiście nie ma kary śmierci. To był 1903 r. I ktoś zapytał: a co zrobimy z Mikołajem II? No i głosując, wpisali karę śmierci. Tym samym już wydali wyrok na cara. I znów ktoś zapytał: czy rewolucjoniście wypada zachwycać się kwiatami? Takie rzeczy mnie interesują jako pisarza. No i jako człowieka wychowanego na Boyu-Żeleńskim, niekoniecznie na „Słówkach”, głównie na recenzjach, które są moją ulubioną lekturą do dziś. – Mówi pan o Boyu, a przecież tego pisarza miesza się dziś z błotem, strąca się z pomników. To, co w II Rzeczypospolitej miało jakikolwiek rys oświeceniowy, jest teraz traktowane jako największe zło. Jak pan na to patrzy? – Cóż, wygrali jego przedwojenni wrogowie. Dziedzice endecji. Będziemy mieli w Warszawie pomnik Dmowskiego, nie sądziłem, że czegoś
Udostępnij:
- Share on Facebook (Otwiera się w nowym oknie) Facebook
- Share on X (Otwiera się w nowym oknie) X
- Share on X (Otwiera się w nowym oknie) X
- Share on Telegram (Otwiera się w nowym oknie) Telegram
- Share on WhatsApp (Otwiera się w nowym oknie) WhatsApp
- Email a link to a friend (Otwiera się w nowym oknie) E-mail
- Drukuj (Otwiera się w nowym oknie) Drukuj
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety






