Polskie muzea robią show!

Polskie muzea robią show!

Do zobaczenia w gablotce

Zresztą muzykę rozrywkową można pokazać całkiem pomysłowo. Na przykład w Niepołomicach. Nie szkodzi, że na skarpie pyszni się królewskie zamczysko z XIX-wiecznym malarstwem drugiego rzutu. Niżej, w piwniczce domu kultury, przycupnęło Muzeum Fonografii. Całkiem, całkiem. Jak patefon, to od razu na tle saloniku babuni. Jak wojna, to bunkier i radiostacja (Kloss by oszalał). Jak adapter bambino, to w M-2 ze ślepą kuchnią z czasów tow. Wiesława. Jak dekada Gierka, to magnetofon ZK-120 na tle meblościanki z Wyszkowa (wysoki połysk). Jak dyskoteka lat 80., to cała w sreberkach. No i tony winylu. Można przebierać, nastawiać adapter, zapaść się w klubówce, słuchać i ocierać łezkę…

Rzeczy, które żyły dłużej niż ludzie

Władze Kalisza udają, że tego muzeum nie ma. Miasto nie chwali się nim na własnych stronach internetowych. Muzeum, galeria sztuki użytkowej, różnie je nazywają. Trafia się tam z głupia frant. W kamienicy niedaleko rynku trzeba zejść po schodkach do piwnicy. W progu wita szef, twórca i bileter w jednej osobie. Przez lata skupował od miejscowych to, co było do wyrzucenia. Jak leci: od wagi sklepowej z czasów cesarza Wilhelma II, przez tabliczkę z nazwą ulicy, która okazała się nieaktualna, po zużyte kropidła. Powstała z tego nieprawdopodobna graciarnia przedmiotów, o które potykamy się codziennie po dziesięć razy, ale ich nie zauważamy. Konkretnie – potykali się mieszkańcy Kalisza i okolic przez dwa ostatnie stulecia. W kuchni, w salonie, u szewca, na niedzielnej mszy, na promenadzie, w aptece, na masówce ZMP, zebraniu Solidarności. Tyle tego, że oko nie wie, na czym spocząć. Człowiek przyłapuje się, że wchodzi do świata, w którym rzeczy żyły dłużej niż ludzie. A my jesteśmy z czasów, w których królują jednorazówki. I zdjęcia tym starym rzeczom też strzelamy z aparatu, który za chwilę wyrzucimy, bo już jest nowsza generacja. Kiedyś – nie do pomyślenia!

Żydowska szopka

A może te frywolne ekspozycje tyczą tylko czasów nowszych? Skąd! W Muzeum Ikon w Supraślu (za Białymstokiem, w kierunku granicy z Białorusią) wprowadzają na ekspozycję jak do prawosławnej cerkwi. Wielopunktowe światło, które wydobywa z mroku raz ten, raz inny święty obraz. Jest Rublow, są cudowne ikony. W tle męskie, basowe chóry liturgiczne. Cała teologia prawosławia rozpisana na freski. Z monitorów krótki kurs pisania ikony: akurat, by zaciekawić, a nie znudzić. Wraca się jak z wycieczki do innego świata.

A synagoga w Chmielniku (między Kielcami a Pacanowem). Do niedawna były tam tylko gołe mury, nadżarte pleśnią. Dziś na środku jedyna na świecie bima (miejsce czytania Tory) cała ze szkła. Taki pomysł. Jest dynamiczna ekspozycja, z której można nasłuchać się do syta o kieleckich Żydach. Raz fakt, raz anegdota. I popatrzeć, bo zbudowali tam coś, co przypomina katolickie szopki bożonarodzeniowe: scenki, które przedstawiają a to żydowski targ, a to wesele. Wszystko z komentarzem i do klezmerskiej muzyki, a jakże! Dawno Chmielnik nie był tak żydowski jak teraz.

Hop, szklanka piwa!

No i coś, co się nadaje nie do pokazywania, lecz do picia. A jednak! W Żywcu, w historycznym browarze Habsburgów, zapraszają do „kapsuły czasu”. Goście stają w cylindrze wzorowanym na statku kosmicznym i oczekują przenosin w czasie. Chorych na padaczkę ostrzega się o hukach i wstrząsach przy starcie. I już jesteśmy w XIX-wiecznej karczmie, ilustrowanej selektywnym dźwiękiem kwadro albo i więcej. W warzelni, w kawiarni z 20-lecia, w kuchence z PRL-u. Wszędzie żywiec, żywiec, żywiec. Bo zmieniają się epoki, upadają imperia, a ludzie piwkują bez względu na wszystko. Turę z takim przesłaniem kończy degustacja (w cenie biletu). Odlot większy niż po kilku kuflach.

Foto: Wiesław Kot

Strony: 1 2 3

Wydanie: 19/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy