Pomożecie?

Pomożecie?

O tym, kto zostanie prezydentem, zadecydują ludzie o poglądach lewicowych

Wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich to pole startowe do wyścigu o drugą turę. Donald Tusk ma 36% poparcia, Lech Kaczyński – 33%. Kolejny Andrzej Lepper otrzymał 15% głosów, a Marek Borowski – 10%. Frekwencja wyniosła niespełna 50%, czyli była najniższa w historii wyborów prezydenckich w III RP. Na przykład pięć lat temu, gdy Aleksander Kwaśniewski wygrał w pierwszej turze, wynosiła grubo ponad 60%.
Od tygodnia sztabowcy dwóch pierwszych kandydatów nicują te dane. Dlaczego tak mało Polaków poszło do urn? Czy uda się jakieś znaczące grupy spośród tych, którzy 9 października pozostali w domach, namówić do głosowania? Jak zagłosują wyborcy Leppera i Borowskiego? Jak do nich dotrzeć? To przecież 4 mln ludzi, a Tusk wygrał z Kaczyńskim różnicą pół miliona głosów. Który sztab lepiej rozwiąże ten polityczny rebus?

Gdzie jest lewica?

Rebus ma podstawową zagadkę – czy istnieje coś takiego jak elektorat lewicy i jak on zachowa się w drugiej turze?
Dla znacznej części polityków i publicystów prawicy tego elektoratu już de facto nie ma. To jedynie te 10%, które poszło głosować na Borowskiego. Pozostali z grupy, która kiedyś głosowała na Kwaśniewskiego i SLD, przeszli do innych – przede wszystkim do Platformy i Tuska.
Rzut oka na mapę poparcia dla obu kandydatów może umocnić w tej opinii. Kaczyński wygrał pierwszą turę w województwach wschodnich i południowych, mocniej związanych z Kościołem, tradycjonalistycznych, tam gdzie wcześniej triumfowali AWS, Marian Krzaklewski i Lech Wałęsa. Na lidera PiS chętniej głosowali mieszkańcy mniejszych miejscowości, gorzej zarabiający i gorzej wykształceni. Bastiony Tuska to obszary niedawnych wpływów SLD – województwa zachodnie i północne, bardziej laickie, z ludnością napływową, otwarte na Europę. No i duże miasta, z grupą wyborców wykształconych i dobrze zarabiających.
Czy znaczy to, że Tusk wziął dawny elektorat lewicy jak swój i nic tu już nie może się zdarzyć?
I tak, i nie.
„Jeśli chodzi o kategorię lewicy, to ona ma dużo, dużo szerszy elektorat, niż wskazywałyby wyniki SLD i Marka Borowskiego – wyjaśnia prof. Janusz Reykowski. – Jest tylko kwestia niezdolności polityków lewicy do przekonania tego elektoratu do siebie. To nie jest tylko elektorat postpezetpeerowski. On jest dużo szerszy, łączy go aspekt społeczny, obyczajowy, tożsamościowy, moralny. Do wyborów nie poszło 50% Polaków. W tej grupie mieści się bardzo duży elektorat o mentalności lewicowej. Ale który nie wiąże nadziei z politykami lewicy”.

Między lewicą a centrum

Na podstawie wielu badań można wyodrębnić cechy tego elektoratu. To ludzie lepiej wykształceni, mający wykształcenie średnie bądź wyższe. W sprawach „polityki historycznej” niepotępiający PRL, widzący w niej i plusy, i minusy, choć – co istotne – przekonani, że III RP jest lepszym państwem, stwarza większe możliwości. I zadaniem polityków jest, by stwarzała możliwości dla wszystkich, a nie tylko dla garstki najbogatszych. W sprawach światopoglądowych to zwolennicy rozdziału Kościoła od państwa, ale dalecy od poglądów garstki zawziętych antyklerykałów. W sprawach społecznych zwolennicy aktywnej roli państwa, ale nietraktujący prywatyzacji jako wymysłu szatana. No i obrońcy bezpłatnego szkolnictwa oraz bezpłatnej służby zdrowia. W sprawach polityki zagranicznej to zwolennicy integracji europejskiej, pozbawieni antyrosyjskich fobii. A w sprawach obyczajów politycznych – osoby skłaniające się do postaw koncyliacyjnych, zdroworozsądkowych.
Na pierwszy rzut oka wygląda to na klasyczny elektorat środka. Ale pamiętajmy, że Polska – co widać na tle Europy – jest wychylona na prawo. Francuski prezydent Chirac czy niemiecka chadecja w sprawach społecznych i światopoglądowych (miejsce Kościoła w państwie, prawa kobiet, aborcja, kodeks pracy) byliby dziś w Polsce twardą lewicą! No i ostatnie dwa-trzy lata, festiwal komisji śledczych i oskarżeń, również przyniosły zmianę postaw.
W sumie elektorat lewicy to dziś kilka milionów Polaków. Jeżeli oszacujemy go na 20-30%, możemy mówić o grupie 3-4,5 mln wyborców (przy frekwencji 50%). Którzy w tych wyborach zachowali się bardzo nietypowo. Część poparła SLD i Borowskiego, liczna grupa w ogóle nie poszła do wyborów. To o nich mówi Reykowski, że nie przekonują ich politycy lewicy.

Wyborcy, którzy sobie poszli

Z kolei część dawnych wyborców Kwaśniewskiego i SLD poparła Tuska, a mała grupa Kaczyńskiego. Ich zachowanie tłumaczy dr Jerzy Głuszyński z Instytutu Pentor: „To, co nazywało się elektoratem lewicy, było wtedy, kiedy był kandydat, który uosabiał pewne wartości dające się sprowadzić do wspólnego mianownika, bliskie wielu wyborcom. Kiedy tego kandydata nie ma, ludzie rozglądają się za kimś, kto byłby mniejszym złem. Praktycznie demokracja tak właśnie funkcjonuje – polityka jest uzurpacją. Przedstawia się kandydata, lansuje jego wizerunek, lansuje wizerunek przeciwnika i stawia wobec wyboru. W Polsce jest to tym łatwiejsze, że my w ogóle jesteśmy politycznie niezorganizowani, brakuje tu stabilnych poglądów”.
Tę uzurpację widzimy w ostatnich dniach jak na dłoni – na tle mówiącego o IV RP Kaczyńskiego Tusk przedstawia się centrolewicowemu elektoratowi jako mniej zideologizowany, mniej groźny, bardziej obliczalny. Z kolei na tle liberała (gospodarczego) Tuska Kaczyński może się prezentować jako polityk o wrażliwości społecznej, zwracający uwagę na wykluczonych, na sprawy socjalne.
Ale to wszystko jest na tle. W rzeczywistości obaj są politykami prawicy, obaj wspólnie będą tworzyć rząd. Bez wątpienia prawicowy.
Pytanie jest więc takie: jak te wszystkie części lewicowego elektoratu zachowają się w drugiej turze?
To jest tym ważniejsze, że – jak pamiętamy – różnica w pierwszej turze między Tuskiem a Kaczyńskim była niewielka, półmilionowa. Co prawda, Kaczyński później stracił kilka punktów, głównie za sprawą skandalicznej akcji Jacka Kurskiego; co prawda, na Tuska grają największe media, a kto ma media, ten ma władzę, ale w dalszym ciągu ta różnica jest na tyle mała, że wejście do gry dużego elektoratu powinno przechylić szalę. Jedynym dużym i w miarę zdyscyplinowanym elektoratem jest elektorat lewicy. Jak zatem się zachowa?
Na razie łatwiej byłoby przewidzieć reakcję polityków lewicy. Rzecz jednak w tym, że liderzy tej strony sceny politycznej nie są dysponentami głosów swoich wyborców. Owszem, ich opinie są uwzględniane, ale nie ma tu żadnego automatyzmu, wyborcy w ostatecznym rozrachunku podejmują decyzję we własnym sumieniu. Rozważając za i przeciw. A jak będą rozważać tym razem?

Między Tuskiem a Kaczyńskim

Popularne powiedzenie głosi, że w pierwszej turze wyborcy głosują sercem, na tego kandydata, który im się podoba najbardziej. W drugiej zaś głosują rozumem, przeciwko temu, kogo bardziej się obawiają.
Spodziewać się można, że elektorat lewicy będzie głosować przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu. Z kilku przynajmniej powodów. Po pierwsze, z przekonania, że nie jest dobrym rozwiązaniem, by cała władza w Polsce trafiła w ręce braci bliźniaków. Po drugie, z obawy, że Kaczyńscy zaczną spełniać swoje zapowiedzi dekomunizacji, rozliczeń, lustracji, dzielenia Polaków na lepszych i gorszych. Patrząc na zachowania Zbigniewa „Wanny” Wassermanna czy Zbigniewa Ziobry trudno nie mieć jak najgorszych przeczuć. Tym bardziej że jednym z głównych punktów programu PiS jest powołanie do życia Komisji Prawdy i Sprawiedliwości, superkomisji śledczej, która ma wziąć pod lupę całe zło III RP. Czyli na wzór komisji orlenowskiej niszczyć i opluwać wrogów braci Kaczyńskich. Do tego jeszcze Kaczyńscy mówią o powołaniu nowej tajnej służby – Urzędu Antykorupcyjnego, na którego czele stanąć ma poseł PiS, Mariusz Kamiński. Trudno się oprzeć wrażeniu, że w ten sposób zamierzają oni zbudować własną, partyjną bezpiekę…
Ale czy Donald Tusk gwarantuje zachowanie cywilizowanych zasad?
W jego biografii nie ma momentów świadczących o tym, że potrafi zdecydowanie przeciwstawić się prawicowym pomysłom. Przeciwnie, Tusk zawsze należał do twardego, antyeseldowskiego skrzydła liberałów. Dwukrotnie domagał się delegalizacji SLD, pierwszy raz podczas apogeum sprawy Oleksego (twardo stał za Milczanowskim i jego ekipą), drugi raz parę miesięcy temu. Nawet Lech Kaczyński mówił wówczas, że jest zdumiony jego radykalizmem. Tusk z rozrzewnieniem wspomina też swoją młodość i to, jak skandował: „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści!”.
Na Tusku ciąży również afera Jaruckiej. To członkowie jego partii, pułkownicy Wojciech Brochwicz i Konstanty Miodowicz, przyprowadzili byłą asystentkę Włodzimierza Cimoszewicza, Annę Jarucką, do komisji orlenowskiej i nagłośnili jej kłamstwa. Miodowicz, którego Tusk mianował liderem listy PO w woj. świętokrzyskim, machał przed kamerami telewizji fałszywym dokumentem obciążającym Cimoszewicza.
Tusk nigdy nie zdystansował się od tych kłamstw. Co więcej, powtarzał, że dla samego Cimoszewicza byłoby lepiej, gdyby do sprawy Jaruckiej nie wracał. Insynuując (jakby coś jeszcze wiedział), że może go ona kompromitować kolejnymi oskarżeniami. A Miodowicz sugerował, że chodzi o romans Jaruckiej i Cimoszewicza.
W tej historii przynajmniej kilka wątków wymaga więc wyjaśnienia.
Oczywiste jest, że w pierwszej fazie kampanii głównym przeciwnikiem Tuska był Cimoszewicz, obaj rywalizowali o ten sam, umiarkowany elektorat. I dopiero odstrzelenie kandydata SLD otworzyło mu drogę do prezydentury. Politycy Platformy stawali na głowie, by tak się stało. Paweł Śpiewak bezpardonowo oskarżał ojca Cimoszewicza. A Miodowicz wyciągnął na światło dzienne Jarucką. I tylko najwięksi idealiści utrzymują, że Tusk nic o całej tej operacji nie wiedział.
A jeśli wiedział? A jeżeli operacja Jarucka była z nim uzgadniana? Dlaczego Miodowicza nie spotkała z powodu tej prowokacji żadna kara? Kaczyńscy natychmiast wyrzucili Jacka Kurskiego z PiS, a Tusk? Czyżby bał się Miodowicza? A może uznaje, że takie bezpieczniackie operacje to sposób na rządzenie? Może zamiast roli prezydenta wszystkich Polaków woli rolę prezydenta wszystkich pułkowników?
To są bardzo poważne wątpliwości, które Tusk powinien rozwiać, jeśli chce liczyć na poparcie znaczącej części elektoratu lewicy. Samo straszenie Kaczyńskim może nie wystarczyć. I nie chodzi w tym wszystkim o jakiś rewanż za odstrzelenie kandydata SLD, ale o gwarancję, że polskiego życia publicznego nie będą kreowały bezpieczniackie prowokacje. Bo wczoraj Cimoszewicz, a jutro każdy z nas…

Elektorat, który czeka

A jeżeli ani Kaczyński, ani Tusk nie uczynią pod adresem lewicowego elektoratu żadnego gestu? Jeżeli jeden i drugi wyjdą z założenia, że takie gesty są niepotrzebne?
W takiej sytuacji wyborcy lewicy będą mieli co najmniej trzy rozwiązania. Albo głosować na zasadzie mniejszego zła, na jednego lub drugiego kandydata, zgodnie z własną kalkulacją. Albo oddać głos nieważny lub w ogóle nie iść do wyborów. Paradoksalnie takie zachowania, jeżeli wystąpią w dużej skali, także wpłyną na wynik drugiej tury.
Rzecz w tym, czy ten elektorat zachowa się w sposób zdyscyplinowany, czy też się rozproszy. Jeżeli zachowa się w sposób zdyscyplinowany, zadecyduje, kto będzie następcą Kwaśniewskiego. Jeżeli się rozproszy, de facto zrezygnuje z własnej podmiotowości. Na to zresztą liczą sztaby obu kandydatów – bo wówczas można będzie tych ludzi „lepić”. Kaczyński będzie zachęcał swoim „socjalnym obliczem”, Tusk – „umiarkowaniem” i tym, że padł ofiarą „ohydnej napaści” ze strony Jacka Kurskiego.
Wszystko zależy od tego, co zdarzy się w tym tygodniu. Jak zachowają się kandydaci na urząd prezydencki? Jak postąpią liderzy lewicy? Czy będą mieli wpływ na „swoich” wyborców?
Zasiądźmy wygodnie w fotelu i poczekajmy…


Jak powinien się zachować elektorat lewicowy w drugiej turze wyborów?

Prof. Karol Modzelewski, historyk
Nikomu nic nie radzę. Decyzja jest trudna. Ponieważ obie formacje polityczne, które będą nami rządzić, a które teraz konkurują o urząd prezydenta, zgłaszają zamiary trudne do przyjęcia dla ludzi lewicy. Być może, będą się wzajemnie blokować i równoważyć. Może PiS potrafi nie dopuścić do ultraliberalnych szaleństw zapowiadanych przez Platformę. I może w duecie trudniej będzie przeprowadzić pomysły PiS, które mogą nas spychać w stronę państwa policyjnego. Niestety, wypowiedzi liderów PO, a zwłaszcza Rokity, choć nie tak konkretne, nie są przeniknięte wolą obrony demokracji. Oby nie stało się tak, że PiS ustąpi PO w sprawach gospodarczych, a PO pomoże mu zrealizować pomysły polityczne. Byłby to najgorszy wariant dla kraju.

Prof. Janusz Reykowski, socjolog
Mam dwie myśli. Jedna jest taka, że obaj kandydaci wykazują duży stopień nieprzychylności wobec elektoratu lewicy i elektoratu SLD. Druga, że jeśli chodzi o to, kogo SLD poprze, Sojusz powinien poczekać, czy Donald Tusk sformułuje jakieś stanowisko świadczące o tym, że on z tym elektoratem będzie się liczyć. Z pewnymi wartościami i tym, co ten elektorat sobą przedstawia. I powie, jakie działania zamierza przedsięwziąć, a jakim zapobiec.
Ze strony lewicy nie powinny więc pojawiać się wezwania do bezwarunkowego poparcia Tuska. Bo oznaczałoby to, że on bierze to jako stan naturalny, że go popierają i tyle. Z jego strony powinien być jakiś ruch, coś, co zachęciłoby do niego elektorat SLD. Owszem, Kaczyński też może coś takiego powiedzieć. Ale cała jego dotychczasowa retoryka i praktyka czynią jeszcze mniej prawdopodobnym niż w przypadku Tuska, że to będzie wypowiedź serio.
Generalnie lepiej byłoby dla sceny politycznej, żeby Donald Tusk wygrał, ale z drugiej strony popieranie go tak po prostu dlatego, że jest troszkę lepszym kandydatem, nie wydaje się rozsądnym krokiem.

Wojciech Olejniczak, lider SLD
Trzeba iść do wyborów i zagłosować zgodnie z własnym sumieniem. SLD nie popiera i nie będzie popierał żadnego z kandydatów, bo obaj są dalecy od naszych poglądów i ideałów, od sposobu patrzenia na państwo. Trzeba iść do wyborów i oddać głos ważny, trzeba słuchać kandydatów, patrzeć, obserwować. Jednak partia poważna, jak SLD, nie może oficjalnie poprzeć kogoś, kto nie spełnia naszych kryteriów. Tak się złożyło, że ani Tusk, ani Kaczyński nie mieszczą się w sposobie patrzenia na świat ludzi lewicy.
Dlatego nie będziemy się wypowiadać w sprawie poparcia dla któregoś kandydata. Będziemy tylko nawoływać do udziału w wyborach. Im bliżej drugiej tury, będziemy się silniej dystansować od udzielenia poparcia. To już się nie zmieni.

Marek Borowski, lider SdPl
Uważam, że kandydaci Tusk i Kaczyński nie są jednakowo odlegli od lewicy i wybór między nimi nie jest obojętny dla przyszłości Polski. Jeśli nie można uzyskać tego, co by się chciało, od kandydata, przynajmniej spróbujemy zablokować pomysły szczególnie szkodliwe dla ustroju Polski, jakie ma kandydat PiS na prezydenta. Donald Tusk w tym względzie nie przejawiał dotąd wielkiej aktywności. Mówił jedynie o większościowej ordynacji wyborczej, o immunitetach, o niedopuszczeniu przestępców do Sejmu. Jan Rokita chciałby zapisać, że funkcjonariuszom publicznym nie należą się żadne przywileje. To są postulaty, które już zgłaszała SdPl. Na tym pomysły Tuska na zmiany ustrojowe się kończą, natomiast u Kaczyńskich powstał projekt konstytucji dramatycznie groźny. Ogranicza bowiem wolność sumienia i wyznania, likwiduje pojęcie neutralności światopoglądowej państwa, bardzo osłabia niezawisłość wymiaru sprawiedliwości, dramatycznie rozszerza lustrację i konfliktuje Polaków. Komisja Prawdy i Sprawiedliwości wpisana do konstytucji to wendeta polityczna, grzebanie się w przeszłości. Projekt PiS poddaje władzy wykonawczej radio i telewizję, co oznacza ich upartyjnienie na stałe. Są pomysły z dziedziny praw ekonomicznych także stanowiące zagrożenie dla demokracji. Projekt PiS oznacza wprowadzenie rządów autorytarnych w demokratycznej osłonce. Istnieje więc różnica między Kaczyńskim i Tuskiem. Pytanie, czy Tusk nie proponuje takich zmian, bo nie chce, czy z innych powodów? Czy zgodzi się przyjąć taki program? W imieniu swojego elektoratu będę chciał tego kandydata zapytać publicznie o stosunek do tych ważnych kwestii ustrojowych, czy gotów byłby wraz ze swoją partią zablokować takie pomysły. Jeśli jest gotów sprzeciwić się pomysłom PiS, to przy wszystkich zastrzeżeniach warto na niego głosować, choć bez entuzjazmu. Lepiej jednak poprzeć takiego kandydata, bo wstrzymanie się od głosu może spowodować, że wygra Kaczyński, a do tego lewica nie może dopuścić. Pojawiają się też poglądy, że Kaczyński jest bardziej prosocjalny, a przez to bliższy lewicy. Uważam to za kamuflaż. Program Marcinkiewicza jest kompletnie nierealny. Uważam Lecha Kaczyńskiego za uczciwego człowieka, z pełnym szacunkiem odnoszę się do jego drogi życiowej, ale jego koncepcja państwa i ustroju, a także pewna obsesja, co także dotyczy jego brata, polegająca na ograniczaniu demokracji jest nie do przyjęcia. Dlatego uważam, że głosowanie na Lecha Kaczyńskiego przez ludzi lewicy byłoby poważnym błędem. Tusk, o ile będzie w stanie zadeklarować obronę podstawowych kanonów demokracji, może oczekiwać poparcia.

Prof. Jacek Wódz, socjolog, UŚ
W pełni świadomie nie pójdę głosować. Uważam apel pana prezydenta, bym się poczuł obywatelem i głosował, za niepoważny w tym systemie elekcyjnym. Skoro nie ma u nas – jak we Francji – „głosowania białego”, czyli wrzucania czystej kartki, która jest liczona i jest ważnym głosem, to jak mam wyrazić dezaprobatę dla obydwu kandydatów? W Polsce obowiązuje anachroniczna zasada, że kiedy się nie dokona wyboru pomiędzy dwoma kandydatami, głos jest nieważny. Nie widzę powodu, abym gwałcił swoją obywatelską świadomość i wybierał pomiędzy dwoma, którzy mi nie odpowiadają. Nie byłbym obywatelem, gdybym poszedł i zagłosował, chociaż nie mam na kogo.

Andrzej Celiński, SdPl
To trudne pytanie. Bo gdy myślę o Donaldzie Tusku, to widzę wyzierającą zza jego twarzy twarz Konstantego Miodowicza. I kiedy Tusk staje się ofiarą zupełnie karczemnego ataku prowadzonego przez Jacka Kurskiego, powinien pamiętać, jak inni obywatele tego kraju, normalni obywatele, stawali się ofiarą postępowania komisji orlenowskiej. Bo on ani się nie zająknął, kiedy jego reprezentant uczestniczył w działaniach całkowicie nieakceptowalnych w demokratycznym porządku prawnym. Myślę tu o aferze Anny Jaruckiej, o wykorzystywaniu oficerów służb specjalnych – ekspertów komisji, myślę o płk. Nowku. Od tych działań i od Miodowicza Tusk nie tylko się nie zdystansował, ale – przeciwnie – okazywał mu przyjaźń, utrzymywał bliskie kontakty. Czyli cele polityczne bliższe były od prawdy, od instytucji państwa itd.
Gdy myślę o Kaczyńskim, widzę z kolei Wassermanna. I to wcale nie z jego wanną, bo to pewnego rodzaju aberracja, ale z jego wykorzystywaniem w pracach komisji przestępców – pana Czyżewskiego, pani Daszewskiej, nawiasem mówiąc, w raporcie komisji orlenowskiej ani pół słowa o nich nie ma. I Kaczyński nawet się nie zająknął o Wassermannie i jego metodach. A teraz słyszę, że ma on być w rządzie PiS szefem służb specjalnych…
Gdy myślę o obu kandydatach, widzę też obecną kampanię prezydencką, całkowicie pozamerytoryczną, głównie wizualną. Za bardzo duże pieniądze. Pamiętamy przecież moment, kiedy Tusk się wybił, to był początek sierpnia, kiedy nagle cała Polska zakwitła jego billboardami. Podobno nie finansowano tego z pieniędzy publicznych. Więc z jakich? A jeżeli z kredytu – to kto go będzie spłacał? Też z pieniędzy publicznych? A jeżeli nie, to gdzie jest ta kolejka wierzycieli, która wystawi rachunki? Gdzie jest ta odnowa państwa, jeżeli były położone w kampanii miliony złotych? Słyszę też Kaczyńskiego, który reklamuje się jako polityk o wrażliwości społecznej. Więc radzę przeczytać projekt jego konstytucji – czytamy tam na przykład, że państwo gwarantuje wykształcenie na poziomie powszechnym i ogólnokształcącym. Czyli jednoznacznie mówi on o płatnych studiach wyższych! Tego rodzaju szczur jednoznacznie podważa wszelką jego wiarygodność odwoływania się do elektoratu lewicowego.
Słyszę też w programie telewizyjnym, że ani jeden, ani drugi nie przeczytał raportu komisji orlenowskiej. To, przepraszam, co oni czytają? Własne przemówienia? Obydwaj opowiadają, że chcą naprawiać Polskę, Kaczyński chce wręcz budować IV RP, więc przypominam, że jeszcze nie tak dawno obaj mówili, że komisja orlenowska ma być tym miejscem, w którym afery III RP miały być ujawnione. I co?
I gdy te spostrzeżenia rzucam na szalę, gdy myślę o państwie polskim, walce z korupcją, jakimś wymiarze polskiej polityki, to widzę kandydatów, którzy są po prostu kandydatami trzeciej ligi. I myślę, że cała polska lewica też to widzi.

Krzysztof Janik, SLD
I oferta Tuska, i oferta Kaczyńskiego to sfalsyfikowane oferty. Nie mają nic wspólnego z projektem programowym pod tytułem Polska 2005 i pięć lat najbliższych. Nikomu nie będę radził, co ma wybrać, w moim przekonaniu, elektorat lewicy jest w stanie dokonać sensownego wyboru, ale ryzyko błędu jest tu wyjątkowo wysokie.
Jesteśmy więc w sytuacji, w której nie ma alternatywy. Ale to nie pierwszy raz w życiu narodu, społeczeństwa się zdarza, nie ma co rozpaczać. Po prostu jesteśmy w sytuacji przymusowej i tyle. Dla lewicy ani Tusk, ani Kaczyński nie będzie dobrym prezydentem. Ale rzeczą ważniejszą jest, który z nich będzie lepszy dla Polski, czy też mniej szkodliwy. I tak naprawdę trzeba myśleć o roku 2009 i nie zapominać o roku 2006, w którym będą wybory samorządowe.

 

Wydanie: 42/2005

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy