Po powrocie nasmażymy kotletów

Po powrocie nasmażymy kotletów

Abp Miron powiedział mi, że nie chce lecieć do Smoleńska. Zrozumiałem, że jest zmęczony i chciałby, żeby ktoś młodszy go zastąpił Ks. Michał Niegierewicz, proboszcz parafii prawosławnej pw. św. Trój­cy w Hajnówce: – Powiedział mi, że nie chce lecieć do Smoleńska. Ja to zrozumiałem tak, że jest zmęczony i chciałby, żeby ktoś inny, młodszy go zastąpił. Ale przecież ani on, ani ja nie mogliśmy przypuszczać, że to nasze ostatnie spotkanie… Zaraz po katastrofie prezydenckiego samolotu na lotnisku Siewiernyj 10 kwietnia 2010 r. pojawiły się plotki, jakoby abp Miron Chodakowski, prawosławny ordynariusz Wojska Polskiego, przeczuwał własną śmierć. Jego osobisty spowiednik rzekomo mówił, że „wyczuł to w głosie władyki Mirona”. Opowiadano też dowcip, jaki miał usłyszeć arcybiskup z ust greckiego duchownego kilka dni przed katastrofą: „Dostojnik kościelny trafia po śmierci do nieba i nie rozumie, dlaczego jego mieszkańcy tak się z tego powodu cieszą. – To dlatego, że jeszcze tu żadnego biskupa nie widzieli – odpowiedział św. Piotr”. – I widzicie, co się zdarzyło! – mieli straszyć w kazaniach niektórzy księża. – Ludzkie wymysły – denerwuje się Marcin Bołtryk, były subdiakon arcybiskupa. – Znałem władykę wiele lat i raczej nie zdarzały mu się profetyczne nastroje. To był normalny, pogodny, towarzyski człowiek. A poza tym kapłan mądry i niezależny. Miał wady, jak każdy z nas, ale np. w przeciwieństwie do innych księży nigdy długo nie chował urazy. Wiem z dobrego źródła, że metropolita Sawa uważał go za swojego naturalnego następcę, nawet mu to powiedział. Jeden ze znajomych Sergiusza Martyniuka, dyrektora firmy Pronar z Narwi, wspomina natomiast, że ten miał tydzień przed tragedią dziwny sen. – Martyniuk miał w tym śnie jechać samochodem, gdy nagle naprzeciwko pojawił się arcybiskup… powożący furmanką. Władyka Miron nie odezwał się, tylko skręcił w stronę ogromnych hangarów ze złomem i tam zniknął. Dyrektor opowiedział mu o tym. – Co ma być, to będzie – skomentował kapłan. Zatrudniony w ordynariacie chłopak, który pomagał arcybiskupowi w prowadzeniu mieszkania, po jego wyjeździe na lotnisko znalazł na stole w kuchni kartkę: „Kup cebulę, to po moim powrocie nasmażymy kotletów”. Tak po prostu. Dwa zaproszenia Wbrew obiegowym opiniom teza, że abp. Chodakowskiego mogli w podróży do Smoleńska zastąpić kanclerz prawosławnego ordynariatu ks. płk Michał Dudicz lub obecny prawosławny ordynariusz Wojska Polskiego biskup siemiatycki Jerzy, jest mało prawdopodobna. Stronie prezydenckiej rywalizującej z Kancelarią Premiera również o rangę osób wchodzących w skład obu delegacji do Smoleńska zależało, aby polskie prawosławie reprezentował możliwie najwyższy hierarcha. Dlaczego zatem prezydenckim samolotem nie poleciał abp Sawa? Tajemnicą poliszynela jest to, że z Lechem Kaczyńskim łączyły go stosunki co najwyżej poprawne, żeby nie powiedzieć chłodne. Co innego abp Miron, który przyjaźnił się z posłem Michałem Kamińskim, swego czasu ministrem w Kancelarii Prezydenta. Dzięki Kamińskiemu hierarcha zaczął bywać na kameralnych kolacjach w Pałacu Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu. Z mieszkania na ul. Królewskiej nie miał zresztą daleko. Śmiało można powiedzieć, że panowie się polubili. Zaproszenie abp. Chodakowskiego na uroczystości katyńskie było tego naturalną konsekwencją. W imieniu prezydenta 25 marca 2010 r. zaproszenie wystosował szef jego kancelarii Władysław Stasiak. Metropolita warszawski i całej Polski abp Sawa zaproszenie na obchody 7 kwietnia z udziałem premierów Tuska i Putina otrzymał kilka dni później. Byli bez szans Siergiej Amielin, były dziennikarz, docent Katedry Elektroniki i Techniki Mikroprocesorowej w smoleńskiej filii Moskiewskiego Instytutu Energetyki, nie pozostawia złudzeń: „Ciężki centropłat (do wagi jego metalowej konstrukcji doszło ok. 11,5 t paliwa w zbiornikach) w momencie uderzenia znalazł się w górze i przy zetknięciu z ziemią zmiażdżył znajdującą się pod nim kabinę pasażerską. Siła bezwładności przesunęła go do przodu – przejechał po przedniej części kabiny niczym walec, zgniatając to, co nie uległo zniszczeniu podczas upadku. Pasażerowie znaleźli się między młotem a kowadłem – na dole ziemia, na górze ciężki centropłat. Przy takim upadku (z przechyłem ponad 180 st.) nieuniknione było całkowite zniszczenie samolotu. Do tego, z powodu uderzenia o podłoże częścią ogonową, pozostała część kadłuba spadła na ziemię płasko na plecy. Cienka blacha poszycia została zgnieciona, a ponadto całość przesuwała się, obracając. Jak

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 15/2016, 2016

Kategorie: Kraj