Prawda o Miłoszu?

Prawda o Miłoszu?

Nie czytuję „Naszego Dziennika” (wystarczą mi „Gazeta Wyborcza” i „Rzeczpospolita” oraz parę tygodników), ale zainteresowało mnie, jak pismo „prawdziwych katolików” zareaguje na depeszę papieża z 25.08 w sprawie „ortodoksji” Miłosza. Nabyłam więc „Nasz Dziennik” z 27.08, gdzie poza powściągliwie przekazaną wypowiedzią Jana Pawła II – znalazłam tekst, który mnie zaintrygował: kazanie księdza biskupa Józefa Zawitkowskiego, wygłoszone 22.08 w warszawskim kościele Świętego Krzyża w ramach mszy „radiowej”. Ponieważ nie słucham tej mszy, nie wiem, czy kazanie mieści się w przyjętej tam konwencji, czy też ma charakter wyjątkowy. Homilia utkana licznymi cytatami z Pisma Świętego i z różnych poetów – od Baczyńskiego po Wyspiańskiego – sama jest swego rodzaju poematem. W części początkowej kaznodzieja powiedział:
„Zmarł śp. Czesław Miłosz / Teraz niech Bóg będzie mu nagrodą / Ale o zmarłych trzeba mówić tylko prawdę”.
Czy było to pośrednie wezwanie, aby tym razem nie przestrzegać tradycyjnej zasady de mortuis nihil nisi bene i mówić o Zmarłym nie tylko dobrze, bo prawda z natury rzeczy obejmuje także uczynki mniej chwalebne? Wszak nie ma człowieka, który w życiu nigdy by nie zbłądził. Wyrazistym przykładem może tu być święty Maksymilian Kolbe, który umierając za współwięźnia, dowiódł heroicznej miłości bliźniego, ale za życia patronował antysemickiej publicystyce, niewątpliwie sprzecznej z fundamentalnym przykazaniem chrześcijaństwa.
Żenująca awantura, która wybuchła wokół pogrzebu Poety, niesłychanie utrudnia wszelkie dochodzenie prawdy o Nim, zastanawianie się, jak czas zweryfikuje miejsce Jego twórczości w dziejach literatury polskiej, jakim był człowiekiem, w co naprawdę wierzył, jak ewoluowały Jego poglądy polityczne. Bo chyba nikt nie zaprzeczy, że Nagrodę Nobla i związany z tym prestiż Czesław Miłosz w dużej mierze zawdzięczał par excellence politycznemu „Zniewolonemu umysłowi”, który był jego utworem najskwapliwiej tłumaczonym i najpopularniejszym. Nie darmo pewien włoski bard, otrzymawszy Nagrodę Nobla, stwierdził z budującą autoironią: „Do dziś byłem poetą nieznanym, teraz będę poetą zapomnianym”. Czy pamiętacie Państwo jego nazwisko?…
Ze „Zniewolonym umysłem” zapoznałam się dawno temu, wkrótce po wydaniu tego eseju, a może raczej pamfletu. Obecnie przeczytałam go po raz kolejny, podobnie jak przed laty – z mieszanymi uczuciami. Jestem przekonana, że ta książka z racji wpływu, jaki wywarła, zasługuje na poważną, obiektywną dyskusję: czy przedstawiona tam analiza postaw i zachowań odpowiada rzeczywistości, czy też wynikła z wyjątkowo złożonej sytuacji Autora? Po paru latach dobrowolnej pracy w dyplomacji PRL-owskiej, i to na tak eksponowanej placówce jak ambasada w USA, Poeta „wybrał wolność”. I od razu po tym rozstaniu z krajem zaprezentował nader (moim zdaniem) dyskusyjną teorię „ketmanu”, wspierając swe wyznania portretami, a raczej karykaturami pozostałych w PRL kolegów pisarzy. Znalazła się wśród nich postać tak tragiczna jak Tadeusz Borowski.
Do poważnej dyskusji na temat „prawdy o Miłoszu” chyba nie dojdzie, bo odnoszę wrażenie, że nikomu na niej nie zależy. Twórczość i osoba Miłosza stały się tematem przepychanki polityczno-ideologicznej między „prawdziwymi Polakami” (Miłosz zwał ich „Lechitami”) a „Polakami Europejczykami”. Dla tych drugich Miłosz jest rodzajem ikony, koronowanej i obwieszanej wotami – ku „pokrzepieniu serc” środowiska, które Poetę zawłaszczyło. W odpowiedzi „prawdziwi Polacy” dokładają starań, aby per fas et nefas ikonę zdeprecjonować, wykorzystując w tym celu m.in. niektóre wypowiedzi Poety, w istocie zastanawiające.
Jak na przykład zrozumieć takie oto wyznanie, zamieszczone w „Roku myśliwego” (są to zapiski prowadzone od 1.08.1987 r. do 30.07.1988 r.):
„Polska mnie przeraża. Powiedzmy, że przerażała mnie przed wojną, podczas wojny i przeraża całe te dziesięciolecia po wojnie. Jak powinien się zachować schwytany przez nią człowiek (urodzenie czy język), jeżeli chce być rozumny, trzeźwy, spokojny, a przy tym uczciwy? Jeśli uważa te bezustanne ofiary, konspiracje, powstania za zupełny nonsens, po prostu dlatego, że w „normalnych” krajach tego nie ma? I ostatecznie jeżeli 99% Francuzów żyło jak zwykle po klęsce 1940 roku, to jest normalne” („Rok myśliwego, wydawnictwo Znak, 1991, s. 268).
Jeśli chodzi o Francję, to wśród tego jednego procentu (czy istotnie tylko jednego?) Francuzów znaleźli się m.in. tacy „nienormalni” jak generał de Gaulle i André Malraux, których stać za wielu. W Polsce mieliśmy na przykład poetę i prozaika Mirona Białoszewskiego, który za okupacji wespół z Matką przechował rodaczkę-Żydówkę; nie przystąpił do Powstania Warszawskiego, ale ratował rannych; w swoim „Pamiętniku” dał świetny formalnie i rzetelny merytorycznie obraz Powstania; nie wyjechał z kraju; żył w biedzie; nie korzystał ze wsparcia żadnych zinstytucjonalizowanych struktur, a w dodatku jako „gej” (z czym się nie afiszował, ale i nie krył) – miał sytuację trudniejszą niż jurni mężczyźni „prawdziwi tacy”.
Czy nie był „rozumny, trzeźwy, spokojny, a przy tym uczciwy”? O ile mi wiadomo, nie dostał żadnej głośnej nagrody międzynarodowej i nikt nie czyni z Niego narodowej świętości.
4 września 2004 r.

 

Wydanie: 38/2004

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy