Prawicowy kulturkampf

Prawicowy kulturkampf

Jarosław Sellin, fundamentalista narodowo-katolicki, będący wiceministrem kultury w rządzie PiS, powiedział ostatnio, że dla jego środowiska politycznego Unia Europejska jest do przyjęcia jedynie jako wspólnota interesów, a nie wspólnota wartości. Polska prawica chciałaby wymazać z pamięci zbiorowej fakt, że projekt europejski powstał w zamierzeniu właśnie jako wspólnota wartości mająca zapobiec konfliktom zbrojnym na Starym Kontynencie, przeciwwaga dla bakcyla nacjonalizmu oraz skuteczny schron dla różnorodności kulturowej, świeckości i tolerancji. Sellin nie jest w stanie zaakceptować takiej wizji, choć chętnie podbierałby pieniążki z unijnych funduszy. Polska prawica może i by chciała nowoczesnych autostrad, ale pod warunkiem, że co kilka kilometrów stałyby przydrożne kaplice. Podobnie nauka może się rozwijać, jednak głównie na wydziałach teologicznych i bez wpływów „obcych ideologii”.

Koncepcja kulturkampfu (wojny kulturowej) znana była w kręgach skrajnej prawicy w Europie Zachodniej już wcześniej. Opierała się na założeniu, że niemożliwe jest obalenie porządku politycznego bez uprzedniego przejęcia władzy kulturowej, czyli uzyskania decydującego wpływu na świat idei oraz na postrzeganie i opisywanie świata społecznego z puntu widzenia nacjonalistycznej tradycji.

Postulat upolitycznienia kultury występował już wśród klasycznych narodowych socjalistów z NSDAP z okresu faszystowskich Niemiec. Joseph Goebbels w 1933 r. kreślił dwa sposoby przeprowadzenia rewolucji narodowej: „Można strzelać do opozycji z karabinów maszynowych, aż uzna wyższość strzelców. To prostszy sposób. Lecz można również przekształcić naród drogą rewolucji umysłowej i zwyciężyć opozycję, zamiast unicestwić ją. My, narodowi socjaliści, przyjęliśmy ten drugi sposób i zamierzamy go realizować”. PiS na razie też nie strzela do demonstrantów. Przejęło media publiczne, ma apetyt na kontrolę sędziów, kręgów akademickich i innych środowisk opiniotwórczych. Straszy uchodźcami, „lewacką obyczajowością” i utratą „tożsamości narodowej”.

Dla zgromadzonej wokół PiS nacjonalistyczno-klerykalnej prawicy i ich politycznych sojuszników (spora część Kościoła, kręgi faszyzujących kibiców, skrajna prawica) obszar kultury stał się areną wojny o całkowite panowanie. Dlatego symbolem zła są dla nich liberalne media, resztki lewicowych kręgów akademickich, niezależne sceny i festiwale teatralne, mniejszości kulturowe.

Owa taktyka połączyła PiS ze skrajną prawicą. Nieformalny sojusz oficjalnej prawicy z PiS z kręgami nacjonalistów wynikał nie tylko ze wspólnych dla tych środowisk uprzedzeń, lecz także z chłodnych kalkulacji Kaczyńskiego, który nie chciał mieć na prawo żadnej konkurencji politycznej. To pozwalało coraz bardziej, mówiąc językiem Michaela Billiga, „flagować” przestrzeń polityczną – naród stał się kluczową kategorią w debatach publicznych. Informacje, honor, przeszłość, historia, edukacja, interes, tożsamość, polityka – to wszystko stało się bardziej narodowe wraz z dominacją pisowskich opowieści. Paradoks strategii PiS polega na tym, że nie osłabiało to skrajnej prawicy i nie wyeliminowało jej jako konkurenta. Wręcz przeciwnie, cały klimat kulturowo-polityczny zrobił się bardziej nacjonalistyczny, a skrajna prawica tylko na tym zyskuje.

To PiS wykreowało strach przed uchodźcami i niechęć do imigrantów. To PiS pozwoliło wyjść z rasistowskiego getta narodowcom i wpuściło ich na salony polityczne. To w końcu aparat partyjny PiS legitymizuje „żołnierzy wyklętych” noszonych na koszulkach przez prawicowe bojówki i neofaszystów „hajlujących” podczas meczów piłkarskich czy koncertów zespołów z kręgów nazi rocka.
Motyw spisku antypolskiego i zdrady narodowej to kolejny element wspólny dla skrajnej prawicy i konserwatywnych prawicowców głównego nurtu z PiS. Na stronie pisowskiej młodzieżówki możemy przeczytać: „Powszechna jest w wielu tekstach opinia, iż polskie społeczeństwo charakteryzuje się dużą pobłażliwością dla zdrajców Ojczyzny. Przykładów z naszej historii można by mnożyć (…). Nie trzeba jednak zagłębiać się w odległe okresy historyczne, by dostrzec narodową zdradę. Zdrajców bowiem nie brakuje i w naszych czasach”.

Mityczni zdrajcy ojczyzny i wrogowie sprawy narodowej mogą się czaić wszędzie – wśród liberalnych mediów, w kręgach sympatyków lewicy, wśród antyfaszystów, w środowiskach zwolenników kulturowego kosmopolityzmu i różnorodności kulturowej. Im bardziej się maskują, tym są niebezpieczniejsi w opinii prawicy narodowej. Wspólnota „prawdziwych Polaków” żywi się ciągłym demaskowaniem tajnych powiązań zdrajców ojczyzny z obcymi siłami. Jej prawdziwą ojczyzną, jak się okazuje, jest „kraj zdradzony”. W społeczeństwie demokratycznym, egalitarnym i otwartym ci „prawdziwi Polacy” z pewnością nie czuliby się dobrze.

Można z pełnym przekonaniem stwierdzić, że po 1989 r. w Polsce środowiska konserwatywno-nacjonalistyczne lepiej odrobiły lekcje z marksisty Gramsciego niż polska lewica. Gramsci uważał, że sfera wartości i obszar społeczeństwa obywatelskiego stanowią miękkie podbrzusze kapitalizmu, gdzie można prowadzić w miarę wyrównaną walkę polityczną z klasą panującą. To pewien paradoks, że podpowiedzi Gramsciego realizuje skrajna prawica, a nie polska inteligencja, która zawsze była raczej lewicowa. Dziś jednak mamy w Polsce zupełną hegemonię konserwatywnej prawicy w sferze społeczno-kulturowej. Środowiska, które chcą skutecznie marginalizować prawicowe mity i uprzedzenia oraz bronić wolności i równości społecznej, nie mogą zapomnieć, że kultura, edukacja i cała sfera społeczeństwa obywatelskiego jest polem ciągłej bitwy o wartości. Bez tego nie da się ograniczyć politycznego autorytaryzmu i uprzedzeń budowanych na kulturze strachu i wykluczeń.

Wydanie: 20/2016

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy