Premie za hucpę

Premie za hucpę

Poprzednie zarządy Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie szastały pieniędzmi ofiar III Rzeszy

Trudno rozsądzić, co jest bardziej skandaliczne: nieuzasadnione wysokie premie czy sposób, w jaki tłumaczą się ci, którzy je wzięli. NIK ujawniła przed kilkoma dniami wyniki zakończonej w ub. roku kontroli w Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie. Obejmowała ona okres od czerwca 1998 r. do listopada 2000 r., gdy prezesami fundacji byli Jacek Turczyński i Bartosz Jałowiecki. W tym czasie zarząd fundacji przyznał sobie kwartalne nagrody uznaniowe – w sumie 362.037,50 zł. Ich wysokość członkowie zarządu określali samowolnie, bez informowania ministra skarbu. Regulamin pracy zarządu fundacji w ogóle nie przewidywał premii.
Jacek Turczyński, który opuścił stanowisko przewodniczącego fundacji w kwietniu 2000 r. (aby zostać prezesem Poczty Polskiej, gdzie wkrótce doszło do lekkomyślnego zmarnowania 15,6 mln zł), wziął 79 tys. zł. Jego zastępca od spraw finansowych, Jan Parys, notabene nadal z nominacji ministra urzędujący w fundacji – 94 tys. zł premii. Jacek Pająk, który pod koniec kontroli NIK stracił stanowisko wiceprzewodniczącego, również dostał 94 tys. zł. Podobną sumę pokwitował Andrzej Tłomacki, sekretarz fundacji.
Żaden z urzędników nie tylko nie oddał pieniędzy, ale nie jest zakłopotany ujawnieniem takiej pazerności. Tłomacki odpowiada, że uzyskana premia to jego prywatna sprawa. Parys bagatelizuje problem – cóż to jest za kwota w porównaniu z sumami, jakie wypłacono poszkodowanym. Turczyński twierdzi, że premie należały się członkom zarządu za ich ciężką pracę.
Nie zarabiali mało. W 2000 r. przeciętne miesięczne wynagrodzenie członka zarządu przekroczyło 14 tys. zł i było zwolnione od podatku. Ten przywilej zarząd fundacji potraktował jako nienaruszalny, gdy więc z czasem zmieniły się przepisy, nadal nie odprowadzano do urzędu skarbowego zaliczek na poczet podatku dochodowego od wynagrodzeń.
A „ciężka praca” byłego prezesa nie tylko nie okazała się efektywna, ale znacznie uszczupliła fundusz poszkodowanych w czasie II wojny. Z inicjatywy Turczyńskiego fundacja ulokowała w banku Paribas w Zurychu 5.013.810,29 euro. (Pieniądze zostały przelane na szwajcarskie konto w wielkim pośpiechu, na 15 dni przed podpisaniem umowy). Wkrótce okazało się, że w następstwie przeliczania walut stracono prawie 5 mln zł. Były prezes odpowiada, że to wina jego następcy, Bartosza Jałowieckiego, bo niepotrzebnie przenosił pieniądze z Zurychu do ING Banku w Polsce.
Bartosz Jałowiecki zastąpił Turczyńskiego w kwietniu 2000 r. Nie zasiedział się w fotelu prezesa. Specjalna komisja powołana przez wicepremiera Janusza Steinhoffa obarczyła Jałowieckiego odpowiedzialnością za transakcje bankowe z niemiecką fundacją. Strata strony polskiej to 54 mln zł.

Niech żyje bal

Członkowie zarządu czerpali z konta fundacji, ile tylko mogli. Sekretarz zapisał się na prywatny kurs dla członków rad nadzorczych – więc wyjął z kasy na ten cel 2180 zł. Wiceprzewodniczący zarządu musiał wstawić szybę w swym prywatnym samochodzie, co kosztowało 1020 zł – rachunek wziął na fundację. Nie oszczędzano na taksówkach. Nierzetelnie rozliczane były rachunki za paliwo.
Fundacja, instytucja służebna dla tysięcy starych i zazwyczaj biednych ofiar hitleryzmu, okazała się dla zarządzających nią dogodnym parawanem, za którym można było żyć po pańsku, acz nie na własny rachunek. W 1998 r. na koszty reprezentacyjne wydano 10.302,01 zł; w 1999 r. trzy razy tyle; w 2000 r. prawie osiem razy tyle. A w pierwszym półroczu 2001 r. aż 65.059,77 zł. Ucztowano z posłami, urzędnikami MSZ, członkami Rady Fundacji, przedstawicielami organizacji kombatanckich i dziennikarzami. Z konta reprezentacyjnego fundacji zarząd kupował teczki, nesesery, torby podróżne, pióra wieczne i alkohol. Ten ostatni zwłaszcza w czasie delegacji służbowych krajowych i zagranicznych.
Nikt tego nie kontrolował. Czy dlatego, że dyrektor departamentu w Ministerstwie Skarbu nadzorujący fundację korzystał z nieodpłatnego użyczenia jej samochodu służbowego?
Wszyscy amatorzy wysokich, niczym niezasłużonych premii mieli usta pełne słów o demokracji i wywalczonej dziejowej sprawiedliwości. Na samochodzie wiceprezesa Parysa – byłego ministra obrony narodowej, lidera Ruchu Trzeciej Rzeczypospolitej – przez kilka lat widniała naklejka: „Lepiej być martwym niż czerwonym” (choć w 1980 r. wykładał na Uniwersytecie Warszawskim „aktualne problemy teorii marksistowskiej”). Jacek Turczyński, w latach 1991-1993 poseł ZChN, lubił mówić o potrzebie przestrzegania wartości chrześcijańskich. Podobnie jak związany z Antonim Macierewiczem i ROP Jacek Pająk.
Po zajęciu intratnych posad w fundacji nie zapomnieli o swoich. Turczyński za pieniądze poszkodowanych wysłał w 1999 r. w delegację służbową do Waszyngtonu Kazimierza Janiaka z AWS (miał wśród Polonii szukać poparcia dla Krzaklewskiego), choć ten nie był pracownikiem fundacji i nic dla niej nie załatwiał. Koszt pobytu w Ameryce wyniósł 1103,09 dol. oraz 4242,35 zł za bilet lotniczy.

Wszystko wróci do normy

– Przychodzi mi dzisiaj odpowiadać na zarzuty – mówi z przykrością przewodniczący fundacji, prof. Jerzy Sułek – które nie dotyczą ani mnie osobiście, ani też nie mają nic wspólnego z aktualną działalnością Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie. Jako nowy przewodniczący zarządu przyjąłem wnioski NIK i doprowadziłem do tego, że wszystkie zalecenia są realizowane. Dotyczy to także kwestii zwrotu premii. Dla takiej praktyki nie ma usprawiedliwienia i osoby te będą z tego rozliczone. 17 stycznia podjęliśmy decyzję, że pieniądze te powinni zwrócić. Pierwsze wezwanie wysłałem w lutym, a następnie ponaglenie w marcu. Jeżeli mimo to nie otrzymamy zwrotu bezpodstawnie pobranych premii, wystąpimy do sądu z powództwa cywilnego. Muszę jednak zaznaczyć, że wbrew temu, co sugerują niektóre media, premii nigdy nie wypłacano z pieniędzy przeznaczonych na wypłaty dla poszkodowanych.

Wydanie: 16/2003

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy