Puenta w wiadomościach

Puenta w wiadomościach

Stand up, czyli dziennikarski komentarz, jest najbardziej krytykowanym elementem programów informacyjnych

W jaki sposób zakończyć telewizyjny materiał o zniszczeniach w zabytkowym Babilonie w Iraku? Sposobów jest zapewne kilka. Ale w „Panoramie” Danuta Dobrzyńska relację wypełnioną ujęciami Babilonu i rozważaniami, czy winni są polscy żołnierze, czy też amerykańscy, podsumowała obrazkiem z warszawskiej ulicy wieczorową porą z samą sobą w roli głównej.
Dziennikarka zastosowała w relacji manewr, który w ostatnich latach stał się niebywale popularny w programach informacyjnych. Jest obecny w „Wiadomościach”, „Faktach”, „Informacjach” i „Panoramie”. Fachowcy nazywają go „stand up” (z angielskiego wstać, podnieść się). Dla zwykłego telewidza to komentarz lub puenta dziennikarza wygłaszane na stojąco pod koniec materiału. Dlaczego stand up zrobił taką karierę?

Spójrz na mnie

Stand up stał się popularny dzięki „Faktom” i Tomaszowi Lisowi, ówczesnemu szefowi tego programu. Gdy Lis był korespondentem w USA, przyglądał się amerykańskiemu stylowi dziennikarstwa. Szybko stał się on dla Lisa wzorem. Nic dziwnego, że gdy Mariusz Walter, szef TVN, pozwolił mu na przygotowanie autorskiego dziennika, Lis szybko wprowadził podobne zasady.
Prof. Wiesław Godzic pisze w książce „Telewizja i jej gatunki”, że to reporter „Faktów” stojący przed gmachem Urzędu Rady Ministrów bardzo dobitnie wprowadził upowszechnioną w następnych latach strategię komentowania wydarzeń politycznych przez dziennikarzy. „To, co zaproponował TVN, było krótkie, dowcipne, wpadało w ucho, lecz jednocześnie wymykało się oczywistości”, stwierdza prof. Godzic.
Właśnie w ucieczce od utartych schematów tkwiło sedno sprawy. Widzowie, przyzwyczajeni do tego, że program informacyjny musi być nudnawy, popadający w sztampę, nagle zetknęli się z czymś innym. Nowy element mógł im się podobać albo nie, ale wzbudzał kontrowersje. I o to chodziło. „Pojawienie się reportera to jak klaśnięcie w dłonie, to jakby powiedzenie: Widzu, spójrz na mnie, posłuchaj, co ci mam do powiedzenia”, wyjaśnia Włodzimierz Grzelak w analizie opublikowanej na łamach wydawanego przez TVP pisma „Zeszyty Telewizyjne”.
Na udany stand up nie ma jednej dobrej recepty. Choć podlega pewnym regułom, w uprawianiu go panuje spora dowolność. Wiele zależy od reportera i jego inwencji twórczej. Czasem końcowe wystąpienie to podsumowanie całej wcześniejszej wiadomości. Kiedy indziej może zawierać dodatkowe informacje. Bywa, że kończy się pytaniem retorycznym.
Ale słowa to nie wszystko. Uzupełnia je sceneria, która sama w sobie może stanowić informację. Reporterzy dbają, by była ona jak najbardziej atrakcyjna. Z różnym efektem.
W Polsacie Małgorzata Ziętkiewicz odwiedziła siłownię. Na zakończenie materiału o nadprogramowych kilogramach złapanych w czasie świąt Bożego Narodzenia można było ją zobaczyć na tle sali ćwiczeń, z butelką wody w ręku. Dziennikarka przekonywała, że niezbędnik każdej damy to dwie butelki – perfum i niegazowanej wody mineralnej.
Agnieszka Mosór w materiale o tym, że polskie firmy nie wygrywają przetargów w krajach Unii Europejskiej, pouczała: „Następnym razem trzeba przygotować się tak, by wygrać”.
W TVN, w relacji na temat podsłuchów, Paweł Płuska stwierdził: „Podsłuchu i podsłuchiwania nie muszą bać się ci, którzy nie mają nic do ukrycia”. W relacji o ołtarzu księdza Jankowskiego Jan Błaszkowski przekonywał: „Gdyby ołtarz nie wywoływał takich kontrowersji, nikt by o nim nie chciał mówić, a na pewno budować”. W „Wiadomościach” tego dnia nie pokazano ani jednego materiału typu stand up. Było to nietypowe, bo przez kilka wcześniejszych tygodni reporterzy często pokazywali się na ekranie. Szefowie „Wiadomości” chcieli w ten sposób wypromować nowych dziennikarzy o nieznanych twarzach.

Zbyt banalne?

Z dziennikarskiego punktu widzenia stand up ma wiele pozytywnych cech. Uwiarygodnia przekaz (bo zaznacza bezpośrednie uczestnictwo dziennikarza w opisywanych wydarzeniach), pozwala na nawiązanie bezpośredniego kontaktu z widzem, daje też wiele możliwości technicznych. Lansuje również dziennikarzy, którzy poprzez częstą obecność na ekranie wyrabiają sobie nazwiska.
Korzyści odnosi także widz – by z informacyjnego szumu cokolwiek pozostało w jego głowie, przydaje się kilka zdań, które pozwolą mu zatrzymać się i ustosunkować do tego, co widzi. Dziennikarz zaś zazwyczaj wypowiada się w jego imieniu, broniąc interesu statystycznego Kowalskiego.
Ale jest druga strona medalu. Bo to, co świetnie udawało się Lisowi, mimo licznych prób naśladownictwa niekoniecznie wychodzi innym.
„Grzechem polskich standupów jest to, że są zbyt banalne i moralizatorskie. Taka maniera zaczęła się kilka lat temu i pozostała”, narzeka Wojciech Giełżyński, rektor Wyższej Szkoły Komunikowania i Mediów Społecznych. – W dodatku niektórzy reporterzy mają skłonność do wielosłowia. Zamiast dwóch słów używają dziesięciu. Poza tym jakich słów używają! Nie ma już katastrof czy wypadków. Są tylko „zdarzenia”. Psuje się więc jakość relacji dziennikarskich.
Coraz częściej zamiast rzeczowości i wyważonej oceny sytuacji albo podsumowania wydarzeń mamy do czynienia z komentarzami narzucającymi opinię. „Popularność łatwo uderza do głowy. Może się komuś wydać, że jest osobiście nie tylko czwartą, lecz wręcz pierwszą władzą. Zaczyna się mądrzyć na każdy temat. Popisuje się „celnymi” powiedzonkami, przykłada złośliwie temu i owemu”, przestrzega Włodzimierz Grzelak.
Kiedyś jeden z reporterów w materiale na temat postu posypał sobie głowę popiołem. Włodzimierz Grzelak w Polsacie zetknął się z przypadkiem, gdy pod koniec materiału dotyczącego kłopotów mieszkańców Krakowa z wodą reporter ukazał się w wannie pełnej wody, dzierżąc mikrofon w ręku. „Okazuje się, że w naszym kraju przejawem luksusu może być także kąpiel. Warto o tym pamiętać, gdy narzekając na wszystko dookoła, napełniamy po brzegi wannę”, brzmiał komentarz.
Często jednak reporterom brak pomysłu (a czasem po prostu czasu) na znalezienie ciekawego tła. W efekcie choć stand up ma się trzymać daleko od sztampy, zaczyna popadać w pewne utarte schematy. Jeżeli relacja dotyczy rządu, reporterzy ustawiają się przed budynkiem Kancelarii Premiera. Gdy mowa o Sejmie – przed jego siedzibą.
Przez długi czas ulubionym miejscem reporterów „Faktów” do nagrywania końcowych słów, gdy poruszali w relacjach sprawy społeczne, była kładka dla pieszych nad jedną z miejskich arterii. Dlaczego akurat tam lubili puentować swoje materiały? Przyczyna była banalna – z wygody. Niedaleko kładki mieści się bowiem siedziba TVN. Podobne zabiegi stosują również dziennikarze „Wiadomości” czy „Informacji”.
Cóż, nie każdy jest Tomaszem Lisem.

 

Wydanie: 4/2005

Kategorie: Media

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy