Bez porównania nie ma kupowania

Bez porównania nie ma kupowania

Dwa tygodnie temu internautów zaalarmowała niemożność porównania cen lodówek w sieci. Objawy? Wyniki wyszukiwarki nie wskazywały popularnych porównywarek cen, gdzie można szybko sprawdzić koszt zakupu interesującego nas produktu w różnych sklepach, a także przeczytać opinie o nich.
Na początku była nieufność i nieśmiałe pytania na forach internetowych: „Nie pojawia mi się Ceneo w wyszukiwarce. Wy też tak macie?”. Szybko się okazało, że zjawisko dotknęło cały wycinek internetu między Odrą a Bugiem. Porównywarki nadal działały, można było na nie wejść, wpisując ich adres w przeglądarce. Nie można było zaś dostać się do nich z poziomu Google – a tak trafia tam większość internautów.

Taniec z algorytmami

Dość szybko okazało się, że za zawirowania w polskiej sieci odpowiada sam Google, a konkretnie porządki związane z legendarnym algorytmem wyszukiwania PageRank. Kiedyś był on modyfikowany raz na miesiąc, co nazywano Google dance, teraz aktualizuje się go na bieżąco. Jeśli jacyś administratorzy stron angażują się w działania niedozwolone przez wyszukiwarkowego giganta, może ich spotkać taka kara.
Okazało się, że polskie porównywarki cen – i nie tylko one, bo dostało się także innym witrynom (Google nie podaje jakim) – zaangażowały się w praktykę zwaną systemem wymiany linków (SWL). Jednym z 200 parametrów, jakie PageRank bierze pod uwagę w sortowaniu swoich wyników, jest to, jak często linki do danej strony pojawiają się na innych stronach. Założenie jest proste – im częściej coś jest linkowane, tym wartościowsze musi być. Trochę jak w indeksach cytowań prac naukowych – najlepsze są najczęściej cytowane.
Niestety, technika ta jest podatna na manipulację, bo na stronie można zamieścić znacznie więcej linków, niż jest to widoczne dla użytkownika pod postacią charakterystycznych niebieskich podkreśleń. To, co widać u nas na monitorach, to tylko fragment strony internetowej. Mnóstwo rzeczy można upchnąć w części niewidocznej dla użytkownika. Ale widocznej dla Google’owskiego automatu, który przeczesuje sieć w poszukiwaniu odnośników.
Czasami administratorzy dogadują się ze sobą i wymieniają się linkami do swoich stron. Powstają w ten sposób towarzystwa wzajemnej adoracji, które zamieszczają odnośniki do siebie na swoich witrynach. Obie strony na tym korzystają, pokazują się bowiem wyżej w Google’owskich wynikach. A kto jest wyżej, ten ma większą szansę na sukces, internautom bowiem rzadko kiedy chce się sięgać po wyniki zza trzeciej strony.
Technikę wymiany linków wymyślono na potrzeby przemysłu, który wyrósł na gruncie Google’owskiej rzeczywistości. Tzw. optymalizacja wyszukiwarki (ang. SEO, search engine optimization) to metody sprawiające, że PageRank uznaje daną stronę za wartościowszą od innych. Możemy tu wyróżnić dwie szkoły: spod znaku białego kapelusza (white hat) i czarnego kapelusza (black hat). Białe metody to te akceptowane przez daną wyszukiwarkę, za czarne może spotkać kara. System wymiany linków należy do tych drugich.
Firmom nie tylko w Polsce przypomina się, że angażują się w niedozwolone praktyki. Jakiś czas temu Google ukarał stronę BMW, gdzie upchnięto mnóstwo słów kluczowych, nadając im kolor tła. Były niewidoczne dla użytkownika, ale widziały je wyszukiwarkowe automaty.

Na wsi i w mieście

Porównywarki nie miały innego wyjścia, niż zastosować się do wytycznych Google. W świecie, gdzie miejsce w wyszukiwarce to być albo nie być, wybór nie był trudny. Tym bardziej że to dochodowy biznes, z którego ludzie chętnie korzystają z jednej, podstawowej przyczyny – jest wygodny.
Klimat dla zakupów przez internet w Polsce jest znakomity i porównywarki tylko na tym skorzystają. Z raportu o zakupach w internecie przygotowanego dla witryny Nokaut wynika, że ta forma cieszy się niezmiennie dobrą opinią wśród Polaków. Perspektywy na przyszłość? Wzrost, wzrost i jeszcze raz wzrost. Już teraz z usług Nokautu korzysta 83% sieciowych poszukiwaczy skarbów, z czego jedna trzecia – przynajmniej raz w tygodniu. Najaktywniejszymi kupującymi w sieci są – co nie dziwi – ludzie w przedziale wiekowym 16-24 lata, którzy w zeszłym roku dokonali 20 i więcej takich zakupów. Cieszy natomiast fakt, że przekonują się do nich osoby w coraz wyższych kategoriach wiekowych. Poza tym – jak zauważają autorzy raportu – „zależność pomiędzy wielkością miast a intensywnością internetowych zakupów zaczyna być coraz mniej oczywista”. Coraz więcej zakupów trafia więc do mniejszych miejscowości – 18,3% ankietowanych pochodziło z miejscowości o liczbie mieszkańców poniżej 20 tys. Towarami najczęściej kupowanymi przez młode osoby (18-24 lata) są odzież i obuwie. Starsi klienci poszukują przede wszystkim płyt, filmów i artykułów związanych z wyposażeniem wnętrz: mebli, sprzętu RTV i AGD oraz akcesoriów ogrodowych. Powodzeniem cieszą się również produkty związane z motoryzacją. Sceptycyzm tej grupy wiekowej wciąż budzi kupowanie w sieci odzieży, obuwia i żywności. Internet natomiast zdecydowanie dominuje w kategorii upominki – 81% respondentów nabywa w ten sposób prezenty.
Oferta wielu sklepów podana jak na dłoni w jednym miejscu mogłaby skłaniać do stwierdzenia, że z porównywarek korzystają tylko internauci świadomi swojego budżetu. Nic bardziej mylnego. Z danych udostępnionych przez porównywarkę Skąpiec wynika, że internauci poszukują w dobrej cenie przede wszystkim sprzętu wysokiej klasy.
W styczniu 2012 r. drugim najczęściej wyszukiwanym telefonem komórkowym był Samsung Galaxy S II – przyjemność posiadania go kosztuje ok. 2 tys. zł. Wielce poszukiwany był także aparat fotograficzny Nikon D90, jego ceny zaczynają się w okolicach 3 tys. zł. Internauci szukają także tabletów – cztery najczęściej wpisywane modele to wydatek rzędu 2-3 tys. zł.
Kategoria telewizorów natomiast pokazuje znane dotychczas trendy. Internauci chcą jak największych i jak najtańszych plazm (50 cali można kupić już za 3,3 tys. zł) oraz tanich telewizorów LCD – ceny trzech najpopularniejszych modeli mieszczą się w przedziale 1-2 tys. zł.
Konserwatywnie też przedstawiają się poszukiwane modele laptopów – dominują oferty od 2 do 3 tys. zł. Prawdopodobnie dlatego, że znajdujemy się w okresie poświątecznym.

Doskonała perspektywa

Historie powstania polskich porównywarek są do siebie łudząco podobne. Na początku zawsze jest pasja, idea i praktycznie brak pieniędzy na biznes. Potem oszałamiający sukces i wejście na trwałe w sieciowy krajobraz. Szlak, który, jak wielu polskim przedsięwzięciom internetowym, przetarły odpowiedniki ze Stanów – m.in. Pricewatch.com.
Założyciele Skąpca, bracia Mariusz i Tomasz Janiszewscy, mieli na dzień dobry 300 zł – mniej więcej tyle, ile było konieczne do utrzymania domeny i łącza. W ich przypadku zrealizowało się powiedzenie: potrzeba matką wynalazku. Któregoś dnia poszukiwali części komputerowych i zmęczyło ich grzebanie w kolejnych sklepach internetowych. Kiedy serwis wystartował 13 października 2004 r., wyświetlał oferty 30 sklepów i ok. 3 tys. produktów.
Ceneo miał premierę w bardziej romantycznych okolicznościach, bo w walentynki 2005 r. Dziecko Łukasza Zycha i Marcina Chwalika kupił w 2006 r. portal Allegro. Zaczynali od skromnego, pięcioosobowego zespołu. Dzisiaj ekipa liczy 80 osób.
Jeden ze współzałożycieli Nokautu, Wojciech Czarnecki, wspomina w rozmowie z „DGP”, że w wieku 13 lat przeczytał artykuł o bogaczach epoki internetu zza oceanu, zbyt młodych, aby jeździć swoimi nowiutkimi ferrari. Postanowił, że będzie tacy jak oni. Zanim w duecie z Michałem Jaskólskim stworzyli Nokaut, pracowali nad kilkoma przedsięwzięciami internetowymi. Kiedy brali się do swojego największego sukcesu, byli już znani w sieciowym światku.
Rynek porównywarek zaczął dojrzewać. Zniknęli bez echa inni pionierzy tego biznesu w Polsce, tacy jak Gemini.pl. Wielkie portale internetowe zaczęły uruchamiać własne inicjatywy: Wirtualna Polska ma Zakupy.wp.pl, O2 – Radar.pl. Swoją porównywarkę ma również Interia. Pionierzy sprzedaży w internecie początkowo odnosili się do studenckich przedsięwzięć z nieufnością. Porównywarki mogą ściągać informacje o produktach na różne sposoby – ze współudziałem sklepów internetowych lub bez niego, ale ich model biznesowy oparty jest na opłatach, które sklepy internetowe uiszczają im bądź za uwzględnienie ich oferty w danej porównywarce, bądź za kliknięcie przez użytkownika oferty danego sklepu.
Choć za jedno kliknięcie płacą kilkadziesiąt groszy, sprzedawcom i tak się to opłaca. Nawet jeśli ze 100 osób aparat fotograficzny kupi jedna, ten wydatek się zwraca. Przecież kupujący mógłby w ogóle do tego sklepu nie trafić.

Wydanie: 7/2012

Kategorie: Media

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy