Rozmiękczanie rewolucji

Rozmiękczanie rewolucji

W Egipcie co chwila wybuchają protesty przeciwko wojskowym rządom Najwyższej Rady Sił Zbrojnych.

Już ponad pół roku Egiptem włada tymczasowa Najwyższa Rada Sił Zbrojnych. Oby się nie powtórzyła historia z wielu bliskowschodnich i afrykańskich krajów, w których tymczasowe rozwiązania okazały się nad wyraz trwałe. Egipcjanie raczej na to nie pozwolą, choć armia wyraźnie gra na czas. Stosując taktykę kija i marchewki, próbuje zmęczyć zbuntowanych Egipcjan praktykujących rządy ludu na ulicach Kairu i innych miast.
Sprzyjają jej pogorszenie sytuacji gospodarczej oraz spadek poczucia bezpieczeństwa, ale też pewne sukcesy. Podniesienie wydatków socjalnych i postawienie przed sądem najwyższych figur obalonego reżimu, w tym samego Hosniego Mubaraka, członków jego rodziny i jego ministrów, to marchewki, których domaga się naród.

Rządy junty
Wojsko, które było najważniejszą instytucją reżimu Mubaraka, przejęło władzę 11 lutego 2011 r. Najwyżsi oficerowie najprawdopodobniej wypowiedzieli prezydentowi posłuszeństwo, po czym – w liczbie 20 – stanęli na czele państwa. Najwyższa Rada Sił Zbrojnych ma przeprowadzić Egipt przez trudny okres przejściowy, poprzedzający demokratyczne wybory parlamentarne i prezydenckie. Pierwsze z nich pierwotnie planowano na wrzesień, termin ten jest jednak mało prawdopodobny. Mówiono o listopadzie, ale czy do tego czasu wojskowi zdołają zabezpieczyć swoją pozycję?
Oficerowie stali na czele państwa już w 1952 r. (wskutek rewolucji Wolnych Oficerów), po czym stopniowo usuwali się na wygodną pozycję arbitra, ciesząc się zarówno przywilejami ekonomicznymi, jak i wpływem na kolejne rządy oraz na prezydenta. Zawsze był nim oficer. Ostatni z nich, Mubarak, to były dowódca sił lotniczych.
Charakter kolejnych gabinetów, podobnie jak kierownictwo Partii Narodowo-Demokratycznej, stawał się z czasem coraz bardziej cywilny. W pierwszej dekadzie XXI w. do głosu doszło młode pokolenie technokratów. Przewodził im syn obalonego prezydenta, Gamal, który drażnił nie tylko Egipcjan, lecz także wojskowych. Nie dość, że wprowadził swoich ludzi (głównie biznesmenów) do kierownictwa partii, to jeszcze obsadzał nimi kolejne rządowe resorty. Wojsko zachowało dla siebie jedno, jakże ważne, Ministerstwo Obrony, któremu przewodził marszałek Mohamed Hussein Tantawi. Dziś stoi on na czele junty zainteresowanej osądzeniem ludzi Gamala.
W tym sensie postulaty zbuntowanych Egipcjan są spełniane. Cywilni politycy, których pozycja rosła w ciągu ostatnich lat, również kosztem oficerów, już usłyszeli wyroki skazujące bądź szykują się do procesów. Nie sposób wymienić wszystkich. Warto jedynie wspomnieć o premierze Ahmedzie Nazifie („grubym kocie”, jak mawiają Arabowie z branży informatycznej), o ministrze finansów Jusufie Butrosie-Ghalim (chrześcijańskim krewnym dawnego sekretarza generalnego ONZ) czy o znienawidzonym szefie resortu spraw wewnętrznych Habibie al-Adlym. Ten ostatni kierował m.in. policją, w związku z czym odpowiada za śmierć ponad 800 protestujących.
Kilkuset oficerów służb bezpieczeństwa wewnętrznego zostało zwolnionych, niektórzy stanęli przed sądem. Powodem jest śmierć demonstrantów, choć zarzuty pod ich adresem można mnożyć bez końca. Sam Mubarak jest oskarżony nie tylko o korupcję i defraudację środków publicznych, lecz także o wydanie rozkazu strzelania do ludzi, za co grozi mu kara śmierci. Z powodu kiepskiej kondycji oskarżonego, ogromnej ilości akt i znacznej liczby świadków proces może się przeciągać w nieskończoność. Czy zły stan zdrowia pozwoli Mubarakowi uniknąć kary? Dla Egipcjan ważne jest to, że nareszcie dosięga go ręka sprawiedliwości. Mało kto wierzył, że czegoś takiego dożyje. Świat arabski doświadcza tego pierwszy raz.
Armia nie brudziła sobie rąk aresztowaniami aż do styczniowego powstania. Później – jak uważa wielu aktywistów – często zdarzało się jej zatrzymywać protestujących oraz wykorzystywać do ich sądzenia trybunały wojskowe, co samo w sobie jest praktyką tak starą jak Mubarak. Utrzymujący się od dziesięcioleci stan wyjątkowy wyposażył armię w kompetencje sądownicze. Oprócz trybunałów wojskowych do sądzenia osób politycznie niewygodnych używano sądów specjalnych, gdzie obok zawodowych (cywilnych) prawników zasiadali oficerowie.
Najwyższa Rada Sił Zbrojnych nie ma łatwego zadania. Z jednej strony, próbuje zachować wygodną pozycję arbitra, sterującego krajem z tylnego siedzenia, z drugiej – wyjść naprzeciw postulatom społecznym. Egipcjanie nie uwierzyli bowiem w obietnice. Domagają się konkretów, dlatego wciąż protestują. Im więcej ludzi wychodzi na ulice, tym większa szansa na kolejną marchewkę. Jakieś konsultacje zatem się odbywają. Jednak oficerowie mają asa w rękawie. Cieszą się cichym poparciem Stanów Zjednoczonych. Waszyngton liczy na to, że pod przewodnictwem armii demokratyzacja Egiptu przebiegnie spokojnie, a kraj nie dostanie się w niepowołane ręce.

Uliczna polityka
Ludzie nie są tak cierpliwi i domagają się szybkich zmian, dlatego wciąż protestują – zwłaszcza w piątki, kiedy odbywają się zbiorowe modły i nie trzeba iść do pracy. Żądają nie tylko osądzenia członków obalonego reżimu, ale też końca rządów junty, likwidacji stanu wyjątkowego oraz zamknięcia trybunałów wojskowych dla cywilów. Egipt dysponuje jednak profesjonalnym i względnie niezależnym sądownictwem zwyczajnym, sukcesywnie marginalizowanym przez uprzednie władze, posługujące się własnymi trybunałami.
Protestujący wykorzystują każdą okoliczność, np. rocznicę tragicznej śmierci „męczennika”. 6 czerwca 2010 r. aleksandryjska policja zabiła 28-letniego Khaleda Saida, który stał się ikoną późniejszej rewolucji. Jeden z obrazków ukazuje chłopaka trzymającego w ręku malutkiego Mubaraka. Satyra polityczna rozwija się znakomicie – Egipcjanie mają poczucie humoru, nawet w tak trudnych sytuacjach, i nigdy nie wahają się z niego korzystać. Rocznica śmierci Saida to dobry moment, aby po raz kolejny wyjść na ulice, uczcić poległego i wygłosić te same postulaty. Nie ma tygodnia, w którym nie odbywałyby się manifestacje. Różnią się tylko natężeniem.
Niekiedy dochodzi do starć z siłami bezpieczeństwa. Najpoważniejsze miały miejsce pod koniec czerwca w Kairze, kiedy na 5 tys. protestujących przypadło aż tysiąc rannych. Internauci zaczęli nawoływać do drugiej rewolucji. „Sytuacja staje się coraz gorsza – pisali na Facebooku. – Dlatego musimy ponownie zebrać się na ulicach oraz placach egipskich miast i demonstrować do czasu, aż wszystkie nasze żądania zostaną spełnione”. Tak mobilizowano do aktywnego udziału w Piątku Kary, który 1 lipca zgromadził demonstrantów w Kairze, Suezie i Aleksandrii.
W międzyczasie ktoś zaatakował rurociąg, którym do Izraela przesyłany jest za marne grosze egipski gaz. Na takie praktyki Egipcjanie też się nie godzą. – Sprzedamy Izraelowi gaz za cenę rynkową – mówią politycy związani z Braćmi Muzułmanami, którzy wystartują w wyborach jako Partia Wolności i Sprawiedliwości. Kolejny piątek to Marsz Miliona (lub Piątek Determinacji). Miliona nie udało się zgromadzić, ale manifestanci domagali się szybkiego osądzenia byłych prominentów. Obawiają się, że procesy to tylko teatrzyk dla gawiedzi, a Mubarakowi i jego synom włos z głowy nie spadnie. Nie wierzą w zły stan zdrowia byłego prezydenta, który ma nie tylko wrogów. Incydentalnie dochodzi do starć ze zwolennikami Mubaraka. Zdarzają się ofiary śmiertelne, zawsze jest dużo rannych. Podobnie wygląda cały lipiec – miesiąc poprzedzający ramadan rozpoczęty w sierpniu. Czy przyniesie wytchnienie? Przyniósł marchewkę. Egipcjanie zobaczyli faraona w więziennej klatce, ale dalej nie wierzą w obietnice. Druga odsłona procesu przypadła na 15 sierpnia, jednak chaos organizacyjny i starcia zwolenników z przeciwnikami byłego prezydenta doprowadziły do odroczenia rozprawy na wrzesień. Tym razem nie będzie już kamer.

Partie zbierają siły
Podobnie jak w Polsce na początku lat 90. XX w., w Egipcie mnożą się partyjki i komitety wyborcze, powstają nowe stacje telewizyjne i strony internetowe. Kwitnie zaangażowana politycznie sztuka uliczna. Przedwyborcza gorączka trwa już od lutego, choć jeszcze nie wiadomo, kiedy odbędą się przedterminowe wybory. Oficjalnie termin wrześniowy jest niemożliwy ze względów techniczno-logistycznych. Dopiero listopad – Inshallah (jak Bóg da). Data wyborów jest istotna. Im szybciej się one odbędą, tym większe szanse mają islamiści, co nie podoba się młodym aktywistom – sile napędowej Rewolucji 25 Stycznia. Ci potrzebują więcej czasu na przygotowanie się do wyborów.
Tymczasem islamiści też mają powody do obaw. Obalenie wspólnego wroga ujawniło wewnętrzne podziały. Bracia Muzułmanie to rodzaj społeczno-politycznej platformy, w której ramach znaleźli schronienie muzułmanie o różnych poglądach na państwo i religię. Działacze głównego nurtu chcą umiarkowanego wpływu islamu na politykę, ponadto koncentrują się na kwestiach społeczno-gospodarczych.
Na tle religijnym i organizacyjnym dochodzi do tarć międzypokoleniowych. Część młodych aktywistów nie zgadza się z sędziwymi przywódcami. Domagają się tylko symbolicznego podkreślenia wagi muzułmańskich wartości, a nie dalszego wprowadzania norm prawa islamskiego. Tym bardziej że za Anwara as-Sadata i Mubaraka w prawodawstwie zagościły elementy szarijatu.
Obok Partii Sprawiedliwości i Rozwoju istnieje inne, wywodzące się z Braci Muzułmanów, ugrupowanie – Nowa Partia Środka (Wasat), utworzona kilkanaście lat temu, ale zarejestrowana dopiero niedawno. Jej program bardziej odpowiada tym muzułmanom, którzy preferują oddzielenie państwa od religii. Dla odmiany salafici, czyli skrajnie konserwatywni muzułmanie, chcą restytucji pierwszego kalifatu, ale ich polityczne znaczenie jest niewielkie.
Poza Braćmi Muzułmanami, którzy (pomijając wewnętrzne sprzeczności) i tak mają największe szanse na zwycięstwo w wyborach, mamy gamę ugrupowań – od lewicowo-centrowych po prawicowe. Na uwagę zasługuje prawicowa Nowa Delegacja (Wafd) – jej początki sięgają pierwszych dekad XX w., kiedy Egipt zaczął praktykować parlamentaryzm. Reaktywowana w latach 80. XX w. stała się, obok innych legalnych partyjek, listkiem figowym egipskiego autorytaryzmu. W wyborach ma wystartować razem z Partią Wolności i Sprawiedliwości.
Starsze lewicowo-centrowe ugrupowania – może poza Narodową Partią Postępu (Tagammu) i Partią Jutra (Ghad) – nie będą miały znaczenia, gdyż liczny ubogi oraz średniozamożny elektorat zagłosuje na islamistów, którzy przez dziesięciolecia dostarczali pomoc materialną, budowali infrastrukturę społeczno-gospodarczą i tworzyli związki zawodowe. Otwarte pozostaje pytanie, jak zorganizują się nowe partie zrzeszające młodych rewolucjonistów oraz tych przedsiębiorców, którzy widzą dla siebie miejsce na scenie politycznej nowego Egiptu.
Z jednej strony, mamy prężną Egipską Partię Liberalną, założoną przez potentata medialnego Naguiba Sawirisa. Z drugiej zaś Partię Sprawiedliwości – platformę zrzeszającą młodzieżowych aktywistów z Ruchu 6 Kwietnia oraz innych grup tworzących tzw. koalicję młodych, którzy rozpoczęli rewolucję. Czy uda im się odnaleźć w międzypartyjnych przepychankach i politycznych targach, jakie się toczą każdego dnia? Inshallah.


Autor jest doktorantem na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Zajmuje się systemami politycznymi, stosunkami międzynarodowymi oraz procesami społeczno-gospodarczymi na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. Publicysta portalu mojeopinie.pl

Wydanie: 34/2011

Kategorie: Świat
Tagi: Michał Lipa

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy