Rozwód z separacją

Rozwód z separacją

Nieudane związki wolimy kończyć radykalnie i ostatecznie

Wśród wielu rocznic, jakie obchodzimy w tym roku, jest i okrągła rocznica separacji, którą Sejm uchwalił dziesięć lat temu, 21 maja 1999 r. Polskie małżeństwa rzadko jednak korzystają z tego rozwiązania. Wolą się rozwodzić. Przez ostatnie 10 lat rozwiodło się ponad 450 tys. par. Separację wybrało – tylko 45 tys.
– Trzy lata temu razem z obiema córkami wyniosłam się do innego mieszkania i przeprowadziłam formalną separację z mężem. Było to bezsensowne posunięcie, rok temu i tak się rozwiedliśmy, okres odseparowania w niczym nie pomógł. Teraz widzę, że jeśli już trzeba pisać wnioski i chodzić do prawników, niech będzie to po to, żeby ostatecznie rozwiązać małżeństwo, a nie dla samej separacji. Jak coś się nie układa, należy od razu z tym kończyć – mówi Halina Łechtańska, rozwiedziona po 19 latach oficjalnego małżeństwa i dwuletnim okresie separacji. – Powinnam zdecydować się na rozwód znacznie wcześniej. Dla męża, który spełniał się tylko w nauce, byłam mamusią, a nie kobietą, nie widział moich potrzeb. Kamieniem obrazy stało się dla niego to, że na jednym z dużych spotkań towarzyskich oświadczyłam – w styczniu! – że od września czekam na seks z nim.
Na separację zgodzili się wspólnie, spojrzenie z dystansu i czas refleksji miały pomóc w naprawie związku. W tym czasie pani Halina poznała mężczyznę i już nie chciała niczego naprawiać. – Nowy partner dostrzegł we mnie kobietę, córki szybko go zaakceptowały, widziały, że odżyłam, mówiły: „Lepiej, jak się rozstaniesz z tatą”. Na męża reagowałam coraz gorzej i domagałam się jak najszybszego rozwodu, o niczym nie wiedział, ale się domyślał. Na rozprawie rozwodowej jego adwokatka zapytała, czy zdradziłam męża, odpowiedziałam, że nie. Myślałam: „A guzik cię to obchodzi”. W czasie tej separacji tylko się męczyliśmy, córki dopiero po rozwodzie przyznały się ojcu, że mama od dawna kogoś ma. Separacja jest niczym, liczy się papier rozwodowy. To rozwiązanie dla „świętych” – ale takich dziś coraz mniej…
Takie opinie przeważają wśród Polaków. W istocie, wśród osób decydujących się na separację przeważają ludzie wierzący, którzy nie chcą uchybić normom religii katolickiej. Kościół bowiem na razie nie godzi się na rozwody, dopuszcza jednak separację – i ustami wielu kaznodziejów namawia, by nie wchodzić do sali sądowej, lecz decydować się na finał małżeństwa w wersji soft, bez sięgania po ostateczne, „twarde” rozwiązania. Ponieważ skutek tych starań jest żaden, Kościół idzie z duchem czasu i stopniowo łagodzi stanowisko.
Dziś księża zezwalają już wiernym na urzędowe, cywilne rozwody, pod warunkiem że są one poprzedzane kościelnym unieważnieniem małżeństwa. Katalog przesłanek niezbędnych do uzyskania unieważnienia jest zaś systematycznie rozszerzany przez Kościół.
Mimo to nawet katolicy, oficjalnie zapewniający o swej wierze, nader rzadko wybierają separację zamiast rozwodu. – Nie mam pojęcia, dlaczego tak się dzieje – mówi „Przeglądowi” Przemysław Gosiewski, jeden z liderów PiS. Sam wolał się rozwieść, zamiast skorzystać z możliwości separacji, i nie zamierza wyjaśniać powodów: – Nie będę opowiadał o swych prywatnych sprawach.
– Determinacja biologiczna czasem okazuje się silniejsza od względów moralnych, przykładem były premier Kazimierz Marcinkiewicz, z którym byliśmy w jednej diecezji – wskazuje prof. Zbigniew Izdebski, seksuolog i pedagog.
Publicysta Cezary Michalski, którego życie osobiste i rozwód wzbudziły kiedyś poruszenie w środowisku tzw. pampersów, pragnących uchodzić za ludzi głęboko przestrzegających wszystkich wartości rodzinnych, oświadcza: – Mam skłonności do życia nieformalnego. Myślę, że wielu Polaków ma takie skłonności i jak już muszą coś rozwiązać, wolą decydować się na rozwód.

Wiara i tradycja

U prof. Izdebskiego, zajmującego się poradnictwem rodzinnym, zjawiają się czasem małżeństwa wybierające separację. – To na ogół ludzie, którzy nie mają w sobie siły, by się ostatecznie rozstawać, chcą pobyć w stanie przejściowym, przemyśleć, czy z małżeństwa coś da się uratować.
Przyczyny sięgania po to rozwiązanie są zaś rozmaite. W jednym z małżeństw mąż był oskarżony o stosowanie przemocy seksualnej wobec żony. Sprawa została umorzona z braku dowodów, ale kobieta dla ostrożności wolała wystąpić o separację.
– Parę lat temu przyszło bardzo religijne małżeństwo – oboje przed pięćdziesiątką – w którym ani mąż, ani żona nie wyobrażali sobie rozwodu. Widziałem, że są mocno ze sobą związani. Mąż jednak ją zdradził, żona nie mogła pojąć, jak mógł dopuścić się czegoś takiego, nie była w stanie z nim żyć. Wcześniej ksiądz mówił jej o przebaczaniu, ale nie znalazła w sobie gotowości, by wybaczyć mężowi. Chciała wiedzieć, czy może mieć pewność, że to się nie powtórzy, prosiła, by mąż przysiągł jej absolutną wierność. Mąż również ciężko to przeżył, był wstrząśnięty całą sytuacją. Zapewniał, że nie chciał i nie chce jej zdradzać, też nie rozumiał, jak do tego doszło, zdawał sobie sprawę, że okazał się słabym człowiekiem, ale mówił, iż będąc uczciwy wobec żony, nie przysięgnie, że już nigdy w życiu jej nie zdradzi. Może przysiąc tylko, że nigdy nie będzie chciał jej zdradzić i nie godzi się na rozstanie. Ona zaś wyszła z gabinetu, utwierdzona w przekonaniu, że separacja będzie najlepszym rozwiązaniem. Dla wielu ludzi fakt, że po rozwodzie nie mogliby przyjmować komunii świętej, ma ogromne znaczenie – mówi prof. Izdebski.
Istotnym powodem wybierania separacji jest tradycja i chęć zachowania dobrego wizerunku w środowiskach nieakceptujących rozwodów: – Miałem u siebie małżeństwo, które zdecydowało się na separację z powodów majątkowych. Prowadzili sieć hurtowni, należących do rodziców żony. Ci oświadczyli zaś, że nigdy nie zgodzą się na ich rozwód, i jeśli do niego dojdzie, odbiorą im majątek. Chęć wygodnego życia przeważyła, nie odważyli się na rozwód, choć widziałem, że to małżeństwo jest w ogromnym kryzysie. Mężczyzna miał zachwiane poczucie wartości jako mąż i ojciec, kobieta ciągle kierowała do niego pretensje o wszystko, dezawuowała go w oczach dzieci, uważała, że racja jest wyłącznie po jej stronie, i nie rozumiała, dlaczego zgłasza on jakiekolwiek zastrzeżenia.

Od stołu i łoża

Separacja w Polsce istniała już w czasie rozbiorów. Zawsze dopuszczał ją Kościół, a w zaborze pruskim zezwalały na nią także przepisy prawa cywilnego. W czasach II Rzeczypospolitej nie wprowadzono jej jednak do prawa rodzinnego, również w PRL istniały tylko rozwody, uważano, iż separacja niczemu nie służy i nie rozwiązuje żadnych problemów. W 1964 r. posłowie koła „Znak” postulowali wprowadzenie instytucji separacji, ale bezskutecznie. Dopiero w 1999 r., na fali klerykalizacji norm rządzących naszym życiem, koalicja Akcji Wyborczej „Solidarność” i Unii Wolności ustanowiła w Sejmie wprowadzenie separacji do polskiego prawa.
Jak mówi kodeks rodzinny i opiekuńczy, sąd orzeka separację, „jeśli między małżonkami nastąpił zupełny rozkład pożycia”. Sąd nie jest oczywiście Duchem Świętym i o zupełności rozkładu rozstrzyga na podstawie zeznań małżonków (lub zgłoszonych przez nich świadków). Nie jest też winą sądu, gdy po jakimś czasie okazuje się, że separacja małżeńska w praktyce nie oznaczała, jak określano w dawniejszych wiekach, stałego „rozdziału od stołu i łoża”. To nawet normalne, gdyż cechą separacji powinna być jej nietrwałość. Różnica między rozwodem a separacją polega bowiem na tym, że rozwód można orzec, gdy nastąpił zupełny i trwały rozkład pożycia. Separację – gdy tylko zupełny.
Jest to więc instytucja wymyślona po to, by dać małżonkom czas na refleksję, czy jeszcze kiedyś będą chcieli i mogli żyć razem. Małżeństwo nie przestaje bowiem istnieć, mąż albo żona nie mogą wstąpić w inny związek małżeński ani wrócić do poprzednich nazwisk. Natomiast, tak jak przy rozwodzie, sąd może orzec alimenty. Ustaje także wspólnota majątkowa, więc nie można się już rozliczać razem z małżonkiem. Nie jest to jednak problemem, bo małżeństwa, które dojdą do wniosku, że jednak lepiej opodatkowywać się wspólnie, po prostu nie zawiadamiają urzędu skarbowego o orzeczeniu separacji.
Separacja jest też tańsza od rozwodu. Gdy dochodzi do niej za zgodą obojga małżonków, opłata za ich wniosek wynosi 100 zł, a za pozew rozwodowy 600 zł. Jednak w przypadku separacji spornej (gdy nie chce jej jeden ze współmałżonków) pozew także kosztuje 600 zł.

Ułomne rozwiązanie

Mec. Piotr Stączek specjalizujący się w sprawach rodzinnych nie dziwi się małej popularności separacji: – Separacja jest w istocie rozwiązaniem ułomnym, niezałatwiającym sprawy do końca. Ludzie, którzy rezygnują ze wspólnego życia, i tak potem muszą się rozwieść – twierdzi.
W istocie, większość przypadków separacji (wedle szacunków, ponad 90%) kończy się rozwodem. Sprzyja temu fakt, że w okresie separacji ludzie czują się mniej związani węzłami małżeńskimi i nie stronią od innych kontaktów. Kościół oczywiście je potępia, ale wśród prawników toczą się poważne, dotychczas nierozstrzygnięte, dyskusje, czy współżycie pozamałżeńskie w trakcie separacji może być uznane za powód późniejszego orzeczenia rozwodu z winy współmałżonka, który się go dopuścił.
– Decyzja o rozstaniu jest szalenie trudna, często bolesna. Separacja teoretycznie pozwala na refleksję, czy warto, umożliwia spojrzenie z dystansu. Jeśli jednak ludzie już rozważają tak ważny krok jak zakończenie małżeństwa, wolą radykalnie się rozstać, mieć szanse na ułożenie sobie życia w inny sposób. Nie chcą czekać – twierdzi psycholog Dorota Tuńska.
I dlatego właśnie liczba rozwodów rośnie, a separacji praktycznie pozostaje niezmienna. Polska nie jest jednak wyjątkiem, w innych krajach Europy liczba separacji jest podobna jak u nas.
– Może trochę się pośpieszyłam – dodaje Ewa Wachowicz, była Miss Polonia i rzeczniczka rządu, która jednak nie chce mówić o tak przykrym przeżyciu, jakim był dla niej rozwód.

Razem czy osobno

Katarzyna S. i jej mąż Marek nie mogą żyć bez siebie, ale nie mogą również ze sobą. Są uparci, jedno nie chce ustąpić drugiemu. Na szczęście oboje z racji obowiązków zawodowych muszą wyjeżdżać, więc dłuższe wspólne chwile należą do rzadkości. Podczas rozłąki tęsknią do siebie, codziennie rozmawiają przez telefon. Gdy przebywają razem, już na drugi dzień zaczynają się kłócić. O wszystko. – Mój mąż ma taki niezwykły dar, że kilkoma zdaniami potrafi doprowadzić mnie do ślepej furii – przyznaje Katarzyna. Marek mówi zaś, że gdy żona wpada w szał, nie liczy się ze słowami: – A ja nie widzę powodu, by pozwalać się obrażać.
Kiedy się kłócą, w powietrzu latają nie tylko grube słowa, lecz także przedmioty. Ich syn najpierw płakał, potem biegał od jednego do drugiego i próbował godzić, teraz zamyka się w pokoju bądź wychodzi z mieszkania. Wspólne urlopy okazywały się katastrofą, więc przestali razem wyjeżdżać. Dziewięć lat temu zdecydowali się na separację.
– Pomyśleliśmy, że skoro i tak nie możemy żyć razem, trzeba na jakiś czas odseparować się prawnie, może dzięki temu zastanowimy się, co i jak dalej? – wyjaśnia Katarzyna. Rozwiązanie „na jakiś czas” akurat w ich przypadku okazało się nadzwyczaj trwałe. Na początku zamiast awantur pojawiła się między nimi chłodna uprzejmość, ale po pewnym czasie wszystko wróciło do normy. Tyle że już nie kłócą się o to, że wychodzą osobno i mają własne kręgi znajomych, bo przecież separacja polega właśnie na oddzieleniu. Oddzielenie nie było zresztą tak zupełne, bo w szóstym roku separacji… urodziła im się córka. Także z powodu wspólnego dziecka nie myślą o tym, by separację zakończyć rozwodem, w końcu wciąż opiekują się synem i córką, ciągle mieszkają w tym samym mieszkaniu, nie mają dokąd się wyprowadzić. Nie chcą też mordęgi z podziałem wspólnego majątku.
Z drugiej strony – wzdrygają się na samą myśl o zakończeniu separacji i powrocie do statusu „normalnych” małżonków. I tak to trwa już dziewiąty rok…

Prawda i okoliczności

Separacja oznacza prawne rozłączenie małżonków – ale bez rozwiązywania małżeństwa. Może się okazać, że w czasie pozostawania w separacji przestaną istnieć okoliczności, które spowodowały rozstanie. Jak to pisał Norwid, „nie trzeba kłaniać się Okolicznościom, a Prawdom kazać, by za drzwiami stały”. Sąd wtedy, na wniosek małżonków, może postanowić o zniesieniu separacji. A gdy sytuacja się pogorszy, znowu można wystąpić o jej ustanowienie.
W przypadku Anny W. okolicznością, która spowodowała separację było to, że szwankowało życie intymne. – Policzyłam, że dwa lata przed separacją kochaliśmy się 14 razy, a w roku poprzedzającym separację jeszcze rzadziej, bo osiem razy – mówi. W ostatnich dwóch latach Anna szukała pomocy u innych partnerów, mąż gdy się o tym dowiedział, wystąpił o separację. Anna zalicytowała wyżej i od razu domagała się rozwodu. Prawda była jednak taka, że mąż nie chciał stracić jej ani dziecka (bo nawet w przypadku niewierności żon sądy nader rzadko po rozwodzie przyznają ojcom prawo do opieki nad dziećmi) – i wkrótce po orzeczeniu separacji ich kontakty fizyczne zaczęły być bardzo częste. Anna nie chce jednak zrezygnować z separacji: – Bo znowu będzie tak jak poprzednio, a teraz mam go czym straszyć. On wie, że jeśli się nie sprawdzi, nie zawaham się przed rozstaniem z nim.
Kwestie intymne powolutku zaczynają mieć rosnący wpływ na „decyzje separacyjne”. W 2003 r. co 11. separacja była orzekana z powodu niewierności współmałżonka (taką przyczynę podał mąż Anny). W 2007 r. – co dziesiąta. Dominują jednak nadal: niezgodność charakterów oraz nadużywanie alkoholu. Widać natomiast, że niestety pogarsza się sytuacja mieszkaniowa Polaków – w 2003 r. kłopoty mieszkaniowe były przyczyną co 137. separacji. W 2007 r. – już co 94. Wzrost o ponad 40%.

To nasza broń kobieca

Separacja to oczywiście wynalazek typowo wielkomiejski. Na wsi, w proporcji do zawieranych małżeństw, zdarza się ona prawie czterokrotnie rzadziej niż w miastach. Wpływa na to fakt, iż separacja stanowi broń kobiecą. Panie występują o nią siedem razy częściej niż panowie.
W miastach kobiety uświadomiły już sobie, że gdy mają dość mężów głupków, nieudaczników czy pijaków, nie muszą z nimi być. Na polskiej wsi w podobnych sytuacjach kobiety najczęściej dostają lanie, by przestały myśleć o takich bzdurach. Dlatego też na postindustrialnym Śląsku separacja zdarza się w 29 małżeństwach na tysiąc. W tradycyjnym Świętokrzyskiem, tylko w 11 na tysiąc.
Trwałości związków nie służy zawieranie małżeństw w młodym wieku. Najczęściej na separację decydują się małżonkowie, którzy w chwili ślubu mieli poniżej 25 lat.
Zanim sytuacja sprowokuje ich do takiej decyzji, musi minąć trochę czasu. Separację wybierają przede wszystkim osoby już dojrzałe. Kryzysowy wiek to 45-49 lat – w tym przedziale separacja jest najczęstsza. To zrozumiałe, bo dla obu stron to już ostatnia pora, by jeszcze pomyśleć o ponownym ułożeniu sobie życia – przez co należy rozumieć także doczekanie się potomstwa. Na separację szczególnie często narażone są bowiem małżeństwa bezdzietne.
Może to i dobrze, bo dzieci separację, tak jak rozwód, często odczuwają boleśnie, tracą poczucie bezpieczeństwa. Separacja jest bowiem złem – choć złem koniecznym, bo dochodzi do niej wtedy, gdy skala konfliktów przekracza zdolność tolerancji którejś ze stron. – Pary decydujące się na separację doświadczają kryzysu relacji, charakteryzującego się nierozstrzygniętymi konfliktami, frustracją, bólem, złością, żalem i gniewem – ocenia psycholog Monika Walczak.

Dlaczego? For Money!

Liczba orzekanych separacji powoli rosła w kolejnych latach, aż raptem nastąpił nagły skok: w 2004 r. było 5891 separacji, rok później zaś już 11.600! Socjolodzy wiążą ten przyrost z wejściem Polski do Unii Europejskiej i zaczynającą się falą emigracji zawodowej, co zachęcało ludzi do uregulowania sytuacji małżeńskiej przed długotrwałym wyjazdem zagranicznym.
Rzecz w tym, że tak powszechne podczas pracy w innych krajach nawiązywanie kontaktów z nowymi partnerami, przy jednoczesnym trwaniu małżeństwa, nosi odium zdrady. Gdy natomiast już nastąpiła separacja, można to, w sumieniu własnym i swego otoczenia, robić zupełnie legalnie. To ważne dla osób wierzących, pragnących uniknąć konfliktu z zasadami wiary katolickiej.
– Gdy weszliśmy do Unii, Polacy postanowili doprowadzić do końca zaległe sprawy małżeńskie. Wszystko to skumulowało się w jednym roku, bąbel pękł. Separacja nie jest jednak rozwiązaniem, które zostałoby kupione przez polskie społeczeństwo – mówi dyr. Wiesław Łagodziński z GUS.
Do chwilowego wzrostu liczby separacji przyczyniła się jednak także nowelizacja ustawy o świadczeniach rodzinnych, która weszła w życie we wrześniu 2004 r. Przyznawała ona samotnym matkom dodatkowe świadczenia pieniężne, jako rekompensatę po zlikwidowanym w maju 2004 r. Funduszu Alimentacyjnym. Polacy na potęgę zaczęli więc się fikcyjnie rozwodzić i występować o separację.

Pomoc znanych z tego, że są znani

W latach 2006 i 2007 liczba separacji już spadła (choć rozwodów dopiero w 2007 r., bo postępowanie rozwodowe trwa dłużej niż przeprowadzanie separacji i często przechodzi na następny rok). Rok ubiegły przyniósł lekki wzrost, do 5280 przypadków (dane jeszcze niepotwierdzone przez GUS).
Niewykluczone, że pewne wsparcie dla wciąż raczkującej instytucji separacji w Polsce napłynęło ze strony naszych rozmaitych celebrytów. Z lubością bowiem ogłaszają oni brukowcom, że właśnie postanowili żyć w separacji z dotychczasowym małżonkiem, by połączyć się ze swą prawdziwą miłością.
Aktorka Małgorzata Foremniak ponoć jest w separacji z reżyserem Dzikim, podobnie jak inna aktorka, Tamara Arciuch (pojawiła się w „Tańcu z Gwiazdami”), ze swoim mężem. Ba, separacją pochwalił się w jakiejś gazecie nawet nieprzesadnie znany z jakichkolwiek osiągnięć syn Daniela Olbrychskiego.
Wprawdzie przykład idzie z góry (góra to dla Polaków „gwiazdki” seriali oraz osoby, które są znane z tego, że są znane), nie należy jednak oczekiwać, że liczba separacji w naszym kraju będzie radykalnie rosnąć. Skoro bowiem i tak finałem większości separacji jest rozwód, nie chcemy dwukrotnie przechodzić przez coś, co można skończyć za jednym razem.

________________________________

Co jest mniejszym złem: rozwód czy separacja?

Tatiana Ostaszewska-Mosak, psycholog rodzinny
Pytanie, dla kogo ma być mniejszym złem. Czy dla dzieci, czy tych, którzy się rozstają, czy też tych, którzy chcą zachować związek? Ważne, w jakiej kondycji jest związek, czy małżonkowie chcą pracować nad związkiem. Jeśli są jakieś szanse na jego uratowanie, nie warto się śpieszyć, ale spróbować coś zrobić, może odczekać pewien czas, a może przyjdzie jakieś rozwiązanie. Czas potrzebny jest na refleksję, na analizę powodów konfliktu, którym może być zdrada, alkohol itd. Jeśli się okaże, iż żadne inne rozwiązanie nie wchodzi w grę, to rozwód będzie najlepszym wyjściem, bo wtedy można próbować układać życie na nowo. Separacja daje komfort przedłużenia małżeństwa, spojrzenia na nie z dystansu, pozwala też osobie, która mniej chce rozstania, znaleźć czas i sprawdzić, czy da sobie radę odzielnie. A jeśli sobie nie da rady, to przynajmniej zrozumie, czego jej potrzeba w nowej sytuacji, aby zacząć funkcjonować oddzielnie. Separacja pozwala na spokojniejszą analizę, gdy opadną już pierwsze emocje, a oddalenie przynosi jakiś efekt. Trudno powiedzieć, dlaczego separacja nie cieszy się wielką popularnością. Może chodzi o to, że dziś obserwuje się radykalizację wszelkich decyzji. Albo jest wielka miłość, albo wielka nienawiść. Często kobiety do 40. roku życia decydują dosyć szybko, gdy mężczyzna nie spełnia pokładanych nadziei, aby go „wymienić”, zastąpić innym i nie bawić się w jakieś przedłużanie, separacje.

Zuzanna Celmer, terapeuta małżeński
Narastające konflikty i nieporozumienia w związku sprawiają, że coraz częściej przynajmniej jedna ze stron mówi o rozstaniu lub też obie strony używają tego argumentu do podkreślenia niezadowolenia z pożycia. Jednak w praktyce do decyzji rozwodowej skłania się zazwyczaj tylko jedno z małżonków, natomiast drugie – nawet jeśli o tym mówi – traktuje to stwierdzenie jako rodzaj groźby, w nadziei, że skłoni to partnera do lepszej współpracy, zmiany zachowań czy większego zaangażowania na rzecz domu. Jeśli mimo to niezadowalająca sytuacja się przedłuża, dochodzi do wniesienia pozwu rozwodowego lub podjęcia decyzji o separacji. Ta druga opcja bywa najczęściej podjęta z inicjatywy sądu, podpowiedzi rodziny lub znajomych.
Teoretycznie separacja w stosunku do rozwodu jest lepszym rozwiązaniem, ponieważ daje zwaśnionym czas na ponowne przemyślenie ważkiej dla nich decyzji o definitywnym rozstaniu. Jest to szczególnie istotne, jeśli para ma dzieci, zawsze pragnące zachowania dotychczasowego status quo, chyba że jedno z rodziców stosuje wobec rodziny przemoc fizyczną czy psychiczną. Okresowe rozstanie, wyprowadzenie się ze wspólnego domu, dystans przestrzenny i fizyczny ma na celu spokojne przemyślenie słabych punktów dotychczasowego pożycia i – być może – dostrzeżenie dobrych cech małżonka i chęci naprawy mocno już nadwątlonych więzi. Separacja staje się szansą na odbudowanie związku na nowych zasadach, uwzględniających potrzeby obu stron.
Wszystko to może się zdarzyć, jeśli zachowane są dwa warunki. Pierwszy – mimo tego, co się między nimi wydarzyło, ludzie w głębi serca nadal zachowują do siebie uczucie i dlatego są skłonni pracować na rzecz jego ocalenia, i po drugie – w tle nie ma innej pani lub innego pana, dopingujących do jak najszybszego „załatwienia sprawy”. W takim przypadku separacja mija się z celem i jest tylko przedłużaniem płonnych nadziei i przysparzaniem dodatkowych cierpień tej stronie, której zależy na utrzymaniu małżeństwa. Jeśli tak właśnie jest, rozwód – przy wszystkich, znanych kosztach, psychicznych, somatycznych, a często także materialnych – wydaje się mniejszym złem niż fikcja rzekomej separacji.

Wanda Nowicka, przewodnicząca Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny
Zawsze zależy to od sytuacji, w której para nie chce być parą i decyduje się na któreś z rozwiązań. Wiemy, jaka jest geneza separacji, została ona przywrócona do systemu prawnego w wyniku nacisków Kościoła katolickiego. Dając katolikom taką możliwość, zaświecono panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Rozdzielenie małżeństwa, które jest dla Kościoła nierozwiązywalne, pozwalało zachować zasady, było swego rodzaju aktem hipokryzji, co sprawiło, że tak rzadko jest dziś wybierane. Teraz widać, że jest to nieudana próba poradzenia sobie z faktycznym rozpadem związku. Może niektórym się wydawać, że nierozwiązanie problemu raz na zawsze też jest rozwiązaniem. Praktyka życiowa pokazuje, że i tak separacja jest krokiem do rozwodu.

Ks. prof. Janusz Gręźlikowski, prawo kanoniczne, UKSW
W sensie wartości chrześcijańskich nie ma dyskusji, bo to separacja jest dopuszczalna i możliwa. Jest znana w porządku cywilno-prawnym od bardzo dawna. W sądach diecezjalnych popularniejsze od separacji są procesy o stwierdzenie nieważności małżeństwa. W porównaniu z nimi separacje stanowią tylko 5% wszystkich spraw. Orzeczenie nieważności małżeństwa, stwierdzenie, iż ono w ogóle nie zaistniało, wiąże się jednak z koniecznością uzyskania przez sądem powszechnym cywilnego rozwodu. Małżeństwa konkordatowe zawiera się w kościele, ale łączą one dwa porządki prawne. To kanoniczne ułatwienie dla katolików, że wszystkie formalności zawiera się w jednym miejscu. Kiedy następuje stwierdzenie nieważności małżeństwa, Kościół nie wchodzi w kompetencje cywilnoprawne. Procesy o separację zdarzają się głównie dla spokoju sumienia. Jeśli np. mąż zostawia żonę, zdradza ją, on chce mieć spokój i potwierdzenie, że to, co się stało, nie wynika z jej winy. Taki spokój sumienia daje separacja, ale prawnie małżonkowie nadal są małżeństwem. Separacja istniała w kodeksie II Rzeczypospolitej. W okresie PRL nie obowiązywała, ale od 1998 r. znów weszła do porządku prawnego.

Józef Sawicki, psycholog, psychoterapeuta
Myślę, że nie można zdecydowanie stwierdzić, co jest mniejszym złem, bo to sprawa osobista. Czasem małżonkowie wolą rozważyć, co byłoby dla nich lepsze, ale w takich sprawach nie zawsze da się zastosować kategorię dobra i zła. Inaczej natomiast patrzy na tę sprawę psycholog. Może zapytać, czy rozstanie będzie definitywne, czy możliwy jest jeszcze powrót. Wydaje mi się jednak, że separacja w Polsce nie ma jeszcze zbyt długiej tradycji, niewiele osób wie, że jest ona możliwa, więc w ogóle nie rozważa takiej ewentualności.
W mojej praktyce psychoterapeutycznej nie spotkałem się jeszcze z przypadkiem, by małżonkowie rozważali taki dylemat: rozwód czy separacja. Takiej sytuacji, że para szuka jakiegoś rozwiązania pośredniego, takiego, w którym coś jeszcze się może zmienić w ich wzajemnych relacjach, jeszcze nie miałem.

Dr Anna Winnicka, psycholog, psychoterapeuta
Nie można oceniać, co jest większym lub mniejszym złem dla konkretnej rodziny, zwłaszcza że każde z tych rozwiązań ma plusy i minusy, każde z nich może mieć w jakiejś sytuacji swoje uzasadnienie. Być może jednak fakt, że tak zdecydowanie przeważają rozwody, świadczy o mniejszej świadomości współmałżonków. Chcą oni bardzo kategorycznie i drastycznie oddzielić się od siebie jak najszybciej, mieć wolną drogę, i dlatego mniejszą wagę przywiązują do dbałości o działania naprawcze. Nie interesuje ich dawanie sobie czasu i przestrzeni na przyjrzenie się sobie i związkowi, bo nie mają takiej świadomości. Wskazuje im się wyłącznie łatwość ostatecznego rozwiązania, a oni są mało odporni i tolerancyjni w stosunku do trudności, co może świadczyć o niskim poziomie dojrzałości. W momencie pojawienia się problemów nie zawsze jest skłonność do ich rozwiązywania. Separacja wymaga jednak wzniesienia się nad swoją sytuacją, nad związkiem, popatrzenia z pewnego oddalenia, a rozwód to definitywne zamykanie drzwi. Separacja to jest zadanie dla obojga.

Jacek Santorski, psycholog biznesu. Brał udział w realizacji pierwszej edycji „Big Brothera”
Związki uczuciowe, także biznesowe czy np. relacje lekarza z pacjentem, podlegają pewnej dynamice, są tam zbliżenia i oddalenia. Czasem jest tak, że oddzielenie ma szansę się skończyć i dlatego jeśli to możliwe, nie trzeba zasypywać mostów. Z tego punktu widzenia, gdy mamy do czynienia ze związkiem długoterminowym, co uważam za wartość, nie należy wykluczać prawdopodobieństwa powrotu czy innych rozwiązań, na które ludzie niekiedy liczą. Dlatego jestem zwolennikiem separacji. W większości przypadków dzieci źle przeżywają definitywne rozejście się rodziców. Separacja, jako rozwiązanie bardziej wieloznaczne, jest dla nich łatwiejsza do przełknięcia, do przetrwania i przyswojenia. To lepsze rozwiązanie. Tam jednak, gdzie w grę wchodzą bardzo silne emocje, dotkliwe zranienia albo silne różnice interesów, bywa, że przecięcie samurajskim mieczem mniej boli niż dalsze szarpanie się. Wówczas lepiej oderwać od siebie małżonków. Bywa też, że dzieci stają się często zakładnikami obojga rodziców, a walka o kolejne 550 zł alimentów wynika nie tyle z palącej potrzeby, ile stanowi kolejny pretekst, by dowalić znienawidzonemu partnerowi. Dzieci są w tym przypadku najbardziej bezbronne.
Not. Bronisław Tumiłowicz

Wydanie: 21/2009

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Arletta Bolesta
    Arletta Bolesta 2 maja, 2017, 15:58

    Witam,
    nt. kościelnego procesu o nieważność małżeństwa zapraszam również na mój blog.
    dr Arletta Bolesta
    adwokat kościelny

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy