Runda dla Kerry’ego

Runda dla Kerry’ego

Z dwóch absolwentów Uniwersytetu Yale w przedwyborczej debacie lepszy okazał się kandydat Demokratów

Fahrenheit 451 to temperatura, w której papier zaczyna dymić i płonie. Tak Ray Bradbury zaczął swój kultowy bestseller wydany w 1951 r. Taki jest też jego tytuł. Jeśli od 451 odejmiemy 32, pomnożymy przez 5 i podzielimy przez 9, wyjdzie 232,77. Wynik w stopniach Celsjusza. Fahrenheit 64 to temperatura, w której mogą debatować ze sobą dwaj kandydaci na prezydenta Stanów Zjednoczonych, tak aby na twarzy żadnego z nich nie pojawił się pot. 17,77 stopni C. Tyle na regulatorze klimatyzatora. W świetle telewizyjnych jupiterów więcej o jedną trzecią.
Kampania prezydencka w USA weszła nieuchronnie w etap bezpośrednich pojedynków telewizyjnych. Nikt nie wątpi, że to faza decydująca od 1960 r., czyli od pierwszej debaty pokazywanej na ekranach. Prowadzący wówczas w sondażach Richard Nixon stracił w telewizyjnym przekazie przewagę na rzecz Johna F. Kennedy’ego. Co ciekawe, słuchacze radiowi tego samego pojedynku wyżej oceniali Nixona. Do Białego Domu wprowadził się JFK. Był bardziej „wizualny”. Odtąd telewizja panuje w polityce amerykańskiej jak królewna Śnieżka pośród krasnoludków.

Plan amerykański

John Kerry w oczywisty sposób nie mógł się doczekać na pierwszą debatę. Po pierwsze dlatego, że jest bardzo dobry w bezpośrednich starciach polemicznych, czego dowodził już w szkole średniej, potem na Uniwersytecie Yale i na wszystkich szczeblach kariery politycznej. Wyzywanie do szermierki na argumenty przeciwników i zmiatanie ich stało się jego specjalnością. Sukcesem szczególnie spektakularnym były popisy Kerry’ego w pracach komisji kongresowej zajmującej się aferą Iran-contras, gdzie przyczynił się do licznych przetasowań kadrowych w ekipie Reagana, nie mówiąc o międzynarodowym nagłośnieniu tego skandalu. Podobnie skuteczny był w komisji zajmującej się sprawą Noriegi. Kandydat demokratyczny jest „studyjnie telewizyjny”. O ile w sytuacjach wiecowych Bush nabiera siły „spontanu” i jego lapsusy argumentacyjne mniej rażą, o tyle bliskie plany studyjne nie pracują na jego korzyść. Można powiedzieć, że w planie amerykańskim, od pasa w górę, jak się widzi rozmówcę, stojąc trzy kroki od niego, lepiej wypada Kerry.
Można powiedzieć: marzenie Kerry’ego ciałem się stało. Pierwsze badanie opinii przez Gallupa dla CNN i USA Today pokazało, że wypadł dużo lepiej od przeciwnika. 53% ankietowanych powiedziało, że wykonał lepszą robotę niż Bush, podczas gdy przeciwną opinię wyraziło tylko 37%. 60% odpytywanych było zdania, że kandydat demokratyczny klarowniej prezentował swoje poglądy i myśli.

Wojna iracka

Pierwszą debatę zdominowała wojna w Iraku. Kerry – na co zwrócili uwagę wszyscy widzowie – już się nie bawi w eufemizmy, ale nazywa decyzję Busha o interwencji „kolosalnym błędem w ocenie”. 11 września Amerykę zaatakował bin Laden, a nie Husajn, w Iraku też bin Ladena nie było – argumentował Kerry, dodając obrazowo, że rozkaz ataku miał takie samo uzasadnienie, jak po zaatakowaniu przez Japończyków bazy Pearl Harbor miałoby uderzenie na Meksyk. Podkreślił, że Irak z kontrolą dwóch trzecich jego przestrzeni powietrznej, sankcjami ekonomicznymi i skuteczną działalnością inspektorów szukających broni masowego rażenia oraz narastającą presją społeczności Narodów Zjednoczonych znajdował się na dobrej drodze do rozbrojenia i żadna wojna nie była potrzebna.
Skrytykował doktrynę wojny wyprzedzającej, dającą prezydentowi USA niespotykaną władzę decydowania, kogo, gdzie i kiedy można „ukarać” militarną pięścią, i zapowiedział, że jako prezydent koncepcję tę natychmiast porzuci jako niebezpieczną. Zadba też o zbudowanie rzeczywistej koalicji opartej na ONZ, która zajmie się stabilizacją sytuacji w Iraku. Obecna nie jest reprezentatywna i nie ma legitymacji społeczności międzynarodowej. Linia obrony Busha polegała na zapewnieniach, że wszystko, co robił, robił dla dobra i bezpieczeństwa Ameryki. Jednak po debacie 54% ankietowanych stwierdziło, że Bush jest „lepszy na Irak” niż Kerry (55% – przed). Można zaryzykować twierdzenie, że o ile Kerry jest wyraźnie lepszy w autoprezentacji i odbiorze, o tyle niekoniecznie może to rzutować na zmianę decyzji głosujących.

1:0 i co dalej?

Pierwszą rundę wygrał Kerry, pokazując się jako logiczniejszy i efektowniejszy medialnie argumentator. Historia ostatnich pięciu elekcji prezydenckich w USA pokazuje, iż ten, który wygrywał pierwszą rundę, wygrywał listopadowe wybory. Poza jednym wyjątkiem. Cztery lata temu w pierwszym starciu George Bush junior też przegrał z Albertem Gore’em, ale to on trafił do Białego Domu.
Następna debata, 8 października br. w St. Louis, będzie dotyczyć ekonomii i gospodarki. Ostatnia, 13 października – spraw wewnątrzamerykańskich. Z niewątpliwie silnym akcentem na świadczenie socjalne i zdrowotne, edukację i bezpieczeństwo. Tematy te zawsze uchodziły za mocne punkty Demokratów.
Analiza elektoratu niezdecydowanego – w różnych ocenach od 7% do 10% przez silniejsze szkło powiększające – pokazuje, że grupa ta jest zdominowana przez ludzi młodych (do 25 lat) i kobiety. John Kerry powinien zatem jak najwięcej czasu spędzać z młodymi dziewczynami. Co jednak powiedziałaby na to Teresa Heinz Kerry, zdaniem „New York Post”, najlepsza inwestycja w życiu kandydata Demokratów, która przywiodła go tam, gdzie dziś jest? Dla kontrastu w przypadku Busha jest to… drużyna bejsbolowa Texas Rangers. W roli jej właściciela stał się znany w całych Stanach, co zachęciło go do polityki, najpierw teksaskiej, potem – globalnej.
Po pierwszej rundzie (dalej za „New York Post”) Bush uda się na rancho w Crawford, by uspokoić nerwy przy… wyrębie lasu. Kerry na ekskluzywną wyspę Nantucket, by oddać się surfingowi. Co komu w duszy gra… Ciekawe, co zagra Amerykanom.

Waldemar Piasecki, Nowy Jork

Wydanie: 41/2004

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy