Dzieci różnych światów

Dzieci różnych światów

Międzynarodowa adopcja to bezinteresowna pomoc czy biznes?

Jamie, 39-letnia dziennikarka i aktywistka społeczna z Austin w Teksasie, o swojej pierwszej adopcji dziecka spoza USA opowiada szczerze, nie wstydząc się emocji. W jednym z odcinków prowadzonego przez siebie podcastu „The Happy Hour with Jamie Ivey” zrekonstruowała nie tylko proces adopcyjny, ale przede wszystkim przemyślenia, które skłoniły ją do takiego kroku. Podobnie jak dla ponad 60% amerykańskich rodziców adoptujących dzieci spoza kraju (według danych Departamentu Stanu), decyzja o przyjęciu nowego członka rodziny była dla niej zarazem decyzją o kolejnym dziecku. Adoptowane dziecko innej narodowości najczęściej nie jest pierwszym w danej rodzinie. Tak właśnie było w przypadku Jamie, która do agencji adopcyjnej weszła z mężem i siedmiomiesięcznym wówczas biologicznym synem na rękach. Początkowo chcieli adoptować chłopca z Chin, co byłoby o tyle typowe, że kraj ten od ponad 25 lat pozostaje światowym liderem wśród państw, z których adoptuje się dzieci. Jednak konsultantka z agencji przedstawiła im kilka innych historii. Jamie wspomina, że najwięcej było teczek chłopców z krajów Afryki Subsaharyjskiej oraz dzieci z rodzin afroamerykańskich – gdyby zdecydowali się na adopcję na terenie USA.

Ostatecznie małżeństwo przyjęło do rodziny dwóch chłopców z Haiti, osieroconych po tragicznym w skutkach trzęsieniu ziemi z 2010 r. Zanim jednak to się stało, minęło 15 miesięcy skomplikowanej procedury i przepychanek z władzami obu krajów. Choć adopcji nie żałuje, Jamie kończy podcast stwierdzeniem, że biurokracja kilkakrotnie tak ją przytłoczyła, że rozważała rezygnację.

Jej historia skupia w sobie kilka elementów pojawiających się w większości relacji par, które zdecydowały się na adopcję międzynarodową. Pierwszym jest wątek chiński. Jak podaje portal InternationalAdoption.org, zajmujący się zbieraniem statystyk na temat tego procesu i pomocą w czekającym rodziców biurokratycznym maratonie, w latach 1999-2016 Amerykanie przyjęli pod swój dach ponad 78 tys. chińskich dzieci. Szczytowy pod tym względem okazał się rok 2005, kiedy nowy dom za oceanem znalazło 7905 Chińczyków. Obywatele USA nie są tu wyjątkiem. Sięgając do statystyk UNESCO, możemy zobaczyć, że we wspomnianym okresie z Chin w świat wysłano ok. 267 tys. dzieci.

Po pierwsze, chińskich dzieci zgłaszanych do adopcji do zagranicznych domów jest zwyczajnie najwięcej. Shelly Orr z University of Washington podkreśla, że to wynik na tyle skutecznego rozreklamowania tej opcji przez międzynarodowe agencje adopcyjne działające od dekad na tamtejszym rynku, że przestała ona być postrzegana jako ekstrawagancja czy egzotyka. Po drugie, Chiny są jednym z państw z bardziej przejrzystą ścieżką biurokratyczną dla adopcji międzynarodowych. W wielu innych krajach, chociażby z obszaru dawnego Związku Radzieckiego czy Ameryki Łacińskiej, przeszkody urzędowe są tak duże, że wielu kandydatów rezygnuje jeszcze w trakcie przedsięwzięcia. Po trzecie wreszcie, adopcja w Chinach jest zwyczajnie tańsza. Na sumę kosztów adoptowania dziecka składają się m.in. opłaty pobierane przez rządy, sierocińce, agencje pośredniczące z ojczyzny rodziców adopcyjnych, no i partnerów na miejscu.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 9/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. materiały prasowe

Wydanie: 9/2019

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy