Rynek sztuki, sztuka rynku

Rynek sztuki, sztuka rynku

Pieniądze włożone w zakup obrazów mogą po roku przynieść nawet 30-procentowy zysk Na rynku sztuki mamy co najmniej trzy strony: artystów, którzy tworzą produkty – dzieła sztuki, handlarzy, którzy zajmują się gromadzeniem i sprzedażą tych dzieł, oraz kupujących, którzy mają albo zadanie, albo hobby kolekcjonerskie lub traktują sztukę jako dobrą lokatę kapitału. Jest to raczej bezpieczna forma inwestowania. Wzrost na tym rynku notuje się zarówno w czasach stabilizacji gospodarczej, jak i niepokojów finansowych. Krzysztof Maruszewski, dyrektor działu Inwestycje Alternatywne w firmie Wealth Solutions, twierdzi, że pieniądze włożone w zakup obrazów przynoszą po roku zysk 25-, 30-procentowy. Takich lokat nie oferuje żaden bank. Wealth Solutions pomaga więc ludziom z grubszymi portfelami ulokować ich nadwyżki w produktach, które nie tracą, tylko zyskują. Jeśli klienci dysponują np. 20 tys. zł, kupuje dla nich droższy obraz z klasyki i tańszy z tzw. młodej sztuki, której wartość z czasem może bardzo urosnąć, ale nie musi. Po roku zatem nabywcy mogą liczyć, że odbiorą 25-26 tys. zł. Z drugiej strony każdy rynek jest bardzo delikatnym organizmem i wystarczy jakiś zły sygnał, aby przewidywany wzrost zamienił się w spadek. Rynek sztuki też jest narażony na takie przykre niespodzianki, zwłaszcza gdy któreś z ogniw zawiedzie, będzie postępować nieuczciwie itd. Dr Mieczysław Morka, historyk sztuki i znany ekspert w tej dziedzinie, mówi, że najsłabszym ogniwem są rzeczoznawcy i doradcy domów aukcyjnych zajmujący się stwierdzaniem autentyczności i ustalaniem wartości dzieł sztuki. Dla korzyści materialnych są w stanie wystawić certyfikat autentyczności i wysokiej wartości nawet ewidentnemu falsyfikatowi lub bublowi. Ponieważ prawdziwych znawców jest u nas niewielu, sporo takich oszustw uchodzi bezkarnie. Piotr Dmochowski, marszand z Paryża, dawny impresario Zdzisława Beksińskiego i właściciel największej kolekcji jego dzieł, zdaje sobie sprawę, że polskiego artystę najłatwiej sprzedać we własnym kraju. To dlatego kolekcja z Beksińskim jest zdeponowana w Miejskiej Galerii Sztuki w Częstochowie, a od czasu do czasu jeździ po kraju. Wcześniej (w 1990 r.) Piotr Dmochowski sprzedał 59 obrazów tego twórcy Japończykom za milion dolarów, a zaraz potem jeden obraz za 100 tys. dol. – To był niezwykły zbieg okoliczności, który potem już się nie powtórzył – wspomina. Na wystawy przeglądowe i niekomercyjne, pokazujące np. jakiś okres w twórczości wielu artystów, stać jedynie państwowe galerie, muzea lub pasjonatów – takich jak organizatorzy wielkiej przeglądowej wystawy młodej sztuki „Arsenał” w 1988 r. Poza tymi rzadkimi wydarzeniami wszystko kręci się wokół pieniądza. Okiem artysty Leszek Jampolski, artysta plastyk parający się też od czasu do czasu organizowaniem wystaw (np. „Arsenału”) i doradztwem w tej dziedzinie, mówi: – Chylę czoła przed tymi, którzy prowadzą galerie sztuki z zamiłowania, a nie z chęci zysku. Ale wszystko jest u nich poupychane w jakichś pakamerach, piwnicach, w prywatnych domach, więc przypomina to trochę czasy stanu wojennego. A z drugiej strony rynek sztuki jest we władaniu amatorów, którzy pobierają od państwa spore środki i tworzą towarzystwo wzajemnej adoracji, podczas gdy plastyka w zarządzanych przez nich instytucjach sprowadzona jest do popłuczyn nurtu konceptualnego lub ekspozycji organów płciowych. Nic, co nie epatuje seksualnością lub nie ma odniesień do Holokaustu, nie ma tu szans się przebić. Nikt też nie interesuje się tym, co artyści, którzy tworzą niezależnie i mają jakiś potencjał twórczy, zrobili np. przez ostatnie 30 lat. Do ministerialnych programów, na które wydaje się miliony złotych, dostęp ma tylko garstka, także ona opanowała fundusze europejskie na rozwój kultury. Zdezorientowany odbiorca sztuki nie może się w tym wszystkim połapać, więc kupuje do domu lub biura jakąś reprodukcję w IKEA za 150-200 zł ze zdjęciem Marilyn Monroe albo widoczkiem z Paryża. Artyści zaś, którzy malują, rysują itd., jeśli nie znaleźli się w „towarzystwie”, klepią biedę. – Jesteśmy mistrzami w budowaniu muzeów, ale nikt nie pomoże w prowadzeniu normalnej galerii – dodaje Jampolski. – W tej kwestii nic się nie zmieniło przez ostatnie 20 lat, bo to samo towarzystwo ma władzę, infrastrukturę i pieniądze. Nikt nie obroni artysty przed fatalną sytuacją i zalewem amatorszczyzny na tak skonstruowanym rynku. Wystarczy mieć program graficzny w komputerze, aby się uważać za plastyka, a telewizja utwierdza

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2011, 49/2011

Kategorie: Kultura