Rząd odchudza, czyli nikt nic nie wie

Rząd odchudza, czyli nikt nic nie wie

Tysiące ludzi może stracić pracę przez zapowiadane zwolnienia w administracji publicznej

Zwalniają? Znaczy, będą przyjmować – czy stara zasada Lejzorka Rojtszwańca zadziała i tym razem? Rząd wykoncypował, że skoro administracja działała sprawnie mimo okrojonego przez COVID-19 składu, etatów jest za dużo. Debatuje więc nad projektem stosownej ustawy. Wcześniej przyjął uchwałę, w której zobowiązał szefa KPRM „do uzgodnienia z właściwymi członkami Rady Ministrów rozwiązań związanych ze zmniejszeniem zatrudnienia w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów oraz urzędach obsługujących członków Rady Ministrów”. Dotyczy to m.in. urzędów obsługujących organy administracji rządowej w województwie, jednostek podległych i nadzorowanych przez premiera, ministra kierującego działem administracji rządowej lub wojewodę, a także ZUS, KRUS czy NFZ. W rządowym komunikacie czytamy: „Działania dotyczące zmniejszenia zatrudnienia wiążą się z negatywnymi skutkami gospodarczymi wywołanymi przez pandemię COVID-19, które wpływają na wzrost deficytu budżetu państwa”. To tłumaczenie jest niemal identyczne ze sformułowaniem zawartym w kilkakrotnie nowelizowanej Ustawie z dnia 2 marca o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych.

Nic prostszego: kiedy PKB spada, „podniesie się prestiż zawodu urzędnika państwowego”, jednym dając podwyżki, drugich zwalniając.

Zaplanowana na jesień rekonstrukcja rządu ma się zbiec z odchudzaniem administracji. Niektóre źródła mówią o zwolnieniach aż 20% urzędników, czytaj: ok. 37 tys. osób pójdzie na bruk. Inne podają, że pracę straci ok. 2,5 tys. ludzi. Oberwą też służby cywilna i dyplomatyczna. Trzykrotnie w tej sprawie głos zabierał rzecznik praw obywatelskich. Na jedno z jego pism kancelaria premiera odpowiedziała okrągłymi zdaniami, z których niewiele wynika. Analiza danych Ministerstwa Finansów pokazuje, że wydatki na administrację publiczną od lat utrzymują się na stałym poziomie, a zatrudnienie w latach rządów PiS wzrosło o niespełna 2%.

Żeby obsługa obywatela była lepsza

Administracja w całej powojennej historii nie była ulubienicą zwykłych obywateli. Siedzą i piją kawkę, na papieroska chodzą, nieroby. Internauta Nazir pod artykułem o szykujących się zwolnieniach dał upust wściekłości: „Już dawno należało zwolnić 50% nierobów w urzędach, biurach, bo mieli ciepły układ za rządów sitwy PO i PiS, gdy inni Kowalscy muszą pracować w Biedronkach i być gorzej traktowani niż emigranci ze wschodu”. Konrad zaś oczekuje, że starsi posłowie będą solidarni ze zwykłymi obywatelami: „Mam nadzieję, że jak będą zwalniać urzędników w wieku 65+, to jako pierwsze mandaty poselskie złożą osoby w tym wieku”.

Gdy tworzono więcej ministerstw, mówiono: żeby obsługa obywatela była lepsza. Dziś, kiedy mówi się o redukcjach etatów, znów sięga się po to hasło. Czy ktoś jeszcze wierzy, że zgodnie z zapowiedziami rząd zlikwiduje przerosty zatrudnienia w ministerstwach? Który dyrektor czy jego zastępca będzie do zwolnienia? Poza tym czy do tego, żeby odchudzić ministerstwa, naprawdę potrzebna była specustawa? Przerost zatrudnienia w całej administracji rządowej jest oceniany na ok. 4%. Cięcia mają objąć m.in. osoby uprawnione do emerytury. Polski rząd jest najliczniejszy w Unii Europejskiej: gabinet Mateusza Morawieckiego tworzy 23 ministrów, kierujących 21 resortami – 113 osób. Tylko o 13 mniej niż w 2018 r., kiedy premier zapowiadał uszczuplenie obsady. Tymczasem pod względem liczby zatrudnionych jest w ścisłej czołówce rządów po 1989 r. Podobnie jak gabinet Beaty Szydło, w którym również zasiadało 23 ministrów, w tym pięciu bez teki.

Za rządów PO kilkakrotnie mówiło się o reformie administracji publicznej, nie zaczęto jednak od analizy jej obowiązków i stanęło na niczym. Nikt nie zastanawia się, że w Polsce mamy manię produkowania aktów normatywnych. W Dzienniku Ustaw rocznie widnieje 2 tys. pozycji! Gdy jest taki przerost przepisów, obywatelowi żyje się trudno. Baty za to, że niczego nie można załatwić od ręki, zbierają zaś często urzędnicy. Kto by dodatkowo panował nad zakresem ich obowiązków? Warto zauważyć, że to wszystko dzieje się w kraju, w którym w szkole podstawowej nie ma ani jednej godziny prawa. Pewnie więc skończy się jak zwykle – zostaną zwolnieni urzędnicy niższego szczebla i sprzątaczki. Pójdą za tym dramaty rodzin.

Związkowcy chcą wiedzieć

Dlaczego Solidarność milczy, skoro przed wyborami prezydenckimi drukowała ulotki: „Poprzyjmy tego kandydata, który nam gwarantuje obronę naszych praw pracowniczych”, skoro dobrze oceniła tarczę 4.0? Internauta Union tłumaczy: „Związki zawodowe w służbie cywilnej to nie więcej niż 10% pracowników (a może i dużo mniej). Jak się należy do związku, trzeba by mieć kolosalnego pecha, żeby zostać zwolnionym. Dlaczego więc związki mają się bić o tych, którzy nie płacą składek, a tylko wysuwają żądania?”.

Beata Wójcik, przewodnicząca Związku Zawodowego Pracowników ZUS: – Dziwi mnie zachowanie Solidarności. U nas ludzie są zaniepokojeni i rozgoryczeni. Na przełomie maja i czerwca pracowali nawet w weekendy. I teraz za to poświęcenie, za to, że jako jedyna chyba instytucja nie baliśmy się spotykać z ludźmi mimo pandemii – skarbówka się zamknęła – ludzie mogą zostać zwolnieni. ZUS przytłacza ilość zadań nałożonych przez rząd: dodatek solidarnościowy, bon turystyczny. Ktoś to musi obsłużyć. Mimo pracy w nadgodzinach mamy zaległości np. w wypłatach zasiłków chorobowych. Ludzie czekają na nie miesiącami. W zapowiadanych zwolnieniach chodzi tylko o kasę, rząd chce zaoszczędzić na likwidacji stanowisk. W maju, przed podwyżkami wynoszącymi 350 zł brutto na etat, przeciętne wynagrodzenie u nas, bez kadry kierowniczej, wynosiło 4344 zł brutto, z kadrą – 4550 zł brutto. Nie mamy dodatku stażowego.

Beatę Wójcik denerwuje argument rządu, że w pandemii 50% załogi było na zwolnieniach. Przecież 80% pracujących w ZUS to kobiety. Na nich spoczywa obowiązek zajęcia się dziećmi. Gdzie tu polityka prorodzinna? Do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów 28 sierpnia wysłała pismo z pytaniami o konkrety. 7 września otrzymała nic niewnoszącą odpowiedź sygnowaną przez ministra Michała Dworczyka, że zwalnianie jest przedmiotem analiz i konsultacji rządowych, a ostateczne decyzje nie zostały podjęte. 3 września w ZUS zorganizowała telekonferencję z udziałem Mariusza Jedynaka, członka zarządu, z przedstawicielami organizacji związkowych. Usłyszeli, że nie ma on polecenia i nie prowadzi działań związanych z redukcją zatrudnienia, to jedynie plotki. Nie będzie też obniżek pensji, bo przyszłoroczny budżet dla ZUS jest przewidziany w dotychczasowej wysokości. W Zakładzie jednak będą robione przeglądy zatrudnienia.

Dowiedzieć się czegoś chce Leszek Miętek, członek prezydium OPZZ, przewodniczący zespołu polityki gospodarczej i rynku pracy. Dlatego zwołał ów zespół na czwartek, 10 września. Zaprosił premiera albo kogoś z jego kancelarii odpowiedzialnego za reformę. – Na razie nie wiemy nic wiążącego. Jaki będzie kierunek zwolnień? Czy chodzi o stanowiska polityczne, czy urzędnicze? Jak to wpłynie na jakość usług świadczonych przez administrację publiczną? – mnoży pytania Miętek. Na spotkaniu zespołu pojawili się ministrowie Marlena Mąlag i Michał Dworczyk. Mówili, że wszystko jest na etapie opracowania, nie ma żadnych decyzji. Reforma na pewno będzie konsultowana ze związkami. Czyli nadal nic nie wiemy.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 38/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.


Administracja publiczna dzieli się na państwową i samorządową. Państwowa rządowa to: ministerstwa, urzędy centralne i terenowe (wojewódzkie), ZUS, KRUS; państwowa nierządowa to m.in.: PIP, KRRiTV. Niezależnym organem władzy państwowej jest NIK. Także RPO nie podlega rządowi. Z danych GUS wynika, że pod koniec 2019 r. w administracji publicznej pracowało 455 505 osób. W 2014 r. – ponad 444 040 osób, w 2016 r. – 447 173. Za rządów PiS do 2019 r. wzrost zatrudnienia wyniósł 8332 osoby – 1,8%. Pracowników administracji samorządowej za rządów PiS (2016) było 181 115. Do 2019 r. zatrudnienie wzrosło o 5533, tj. o 3% – do 186 648 osób.


Sprawozdania NIK z wykonania poszczególnych części budżetu pokazują, że na 16 ministerstw istniejących w 2015 i w 2019 r. zatrudnienie w latach 2015-2019 zwiększyło się o 14%. Przeszło trzykrotny wzrost zatrudnienia widać w Ministerstwie Cyfryzacji. W Ministerstwie Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej w 2015 r. pracowało 70 osób, a w 2019 – 179.

W 2015 r. na administrację publiczną przeznaczono 4,5% budżetu, w 2019 r. – 4,4%. W 2019 r. na administrację publiczną z budżetu państwa wydano 15,4 mld zł plus 2,9 mld zł na urzędy naczelnych organów władzy państwowej, kontroli i sądownictwa, w sumie 18,3 mld zł, co stanowiło 4,4% wszystkich wydatków budżetowych. Projekt nowelizacji budżetu na 2020 r. przewiduje 18,8 mld zł (16 mld na administrację publiczną; 2,7 mld na urzędy centralne).


Fot. Piotr Kamionka/REPORTER

Wydanie: 38/2020

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. WOJCIECH KOWALSKI
    WOJCIECH KOWALSKI 14 września, 2020, 12:46

    Alchemia słowa – to znakomita książka, którą polecam wszystkim udającym dziennikarza. Słowo jest bardzo ważne – źle użyte wprowadza w błąd, a może też skrzywdzić. Otóż przy zmniejszaniu etatów w urzędach ludzie nie stracą pracy, tylko stracą zatrudnienie. Oni nie pracują – oni są zatrudnieni w wyniku działania Prawa Parkinsona i dla doraźnych korzyści wyborczych partii rządzącej, Ponieważ PIS obecnie najbardziej obawia się zapaści finansowej Polski, musi szukać pieniędzy wszędzie gdzie się tylko da. Usunięcie z urzędów różnych „znajomych królika” i innych nieudaczników żadnej szkody krajowi nie wyrządzi – stąd taka decyzja.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy