Serce za serce

Serce za serce

Nie możemy pomóc wszystkim, ale trzeba pomóc tym, którym możemy

Pani Alina Szewczuk, dyrektorka Domu Dziecka w Wilkowie, nie zachowała żadnego brudnopisu wystąpienia wychowanków do Kapituły Orderu Uśmiechu. Musiały być tam jednak mocne argumenty, skoro kapituła w silnej konkurencji uwzględniła kandydaturę prof. Stanisława Speczika, prezesa Zarządu KGHM Polska Miedź SA. Dyr. Szewczuk powiada, że jej zasługa nie jest wielka. Pomysł wyszedł od dzieci, poparły go okoliczne placówki. Pani Elżbieta Tylak, dyrektor Domu Dziecka w Ścinawie – będącego również pod opieką KGHM – mówi, że pomysł odznaczenia prof. Speczika Orderem Uśmiechu zrodził się po wizycie dzieci w Lubinie na uroczystościach jubileuszu kopalni miedzi i otwarciu międzynarodowego lotniska. Listy przyszły też ze Świdnicy, z Lubina, z Legnicy. „Pierwszy raz byłem na wakacjach – pisze niepełnosprawny chłopiec, Gabriel Lisowski z Legnicy. – Turnus rehabilitacyjny nauczył mnie wielu rzeczy, których poprzednio nie umiałem. Pojechałem dzięki panu Speczikowi. Chcę mu za to odwdzięczyć się Orderem Uśmiechu”. Drugi podobny list podpisany jest tylko imieniem – Michał. Kolejny – znów wyrazy wdzięczności za pomoc w zorganizowaniu wakacji. Listy z domów dziecka z rysunkami, wycinankami i wieloma podpisami. Na stoliku w foyer wrocławskiej filharmonii leżą stosy takich listów. W sali odbywa się uroczystość wręczenia prof. Stanisławowi Speczikowi Orderu Uśmiechu.
Order Uśmiechu, jedyne odznaczenie wymyślone, zaprojektowane i przyznawane przez dzieci, liczy już 35 lat. A w roku 1979 sekretarz generalny ONZ, Kurt Waldheim, nadał Orderowi Uśmiechu

rangę międzynarodową.

Do dziś Orderem Uśmiechu zostało odznaczonych ponad 700 osób z całego świata. Kapituła debatuje nad każdym dziecięcym listem, bo musi mieć pewność, że to właśnie dzieci chcą uczcić zasługi kandydata.
Trudno byłoby się domyślić, że Dom Dziecka w Wilkowie to barak wybudowany w latach bodajże jeszcze 40. po to, by górnicy miedzi mogli przeczekać w nim te kilka lat, aż powstanie pobliskie osiedle. Mieszkali tu chwilowo, zanim przeprowadzili się do nowych domów.
Potem był tu ośrodek resocjalizacyjny dla młodzieży, która poszła w złym kierunku. Od dziesięciu lat jest dom dziecka. Z zewnątrz wabi nowymi tynkami, wnętrze lśni czystością. Pani magister Alina Szewczuk. pracowała tu jeszcze w czasach istnienia Ośrodka Rehabilitacyjnego, potem była wychowawczynią w domu dziecka, a przed kilku laty została jego dyrektorką. W domu dziecka mieszka 43 pensjonariuszy. Najmłodszy skończył niedawno trzy lata. Najstarsi przygotowują się do samodzielnego życia.
Najtrudniejsze momenty zdarzają się wtedy, kiedy podopieczni domu dziecka kończą 18 lat. Powinni odejść i zacząć samodzielne życie. Tylko jak je zacząć bez pracy i mieszkania? Czasem uda się „wyłudzić” jakiś opuszczony lokal od władz miasta. Wtedy trzeba znów prosić sponsorów o pomoc. Młodzi pochodzą z Legnicy, Lubina, Głogowa, Złotoryi bądź z samego Wilkowa. Już kilkoro młodych mieszka na swoim. Teraz dyrektorka wpadła na nowy pomysł. Trzeba przygotować wyfruwających do samodzielności. W dawnym magazynie urządzono trzypokojowe mieszkanie z kuchnią i łazienką. Remont, a właściwie przebudowę, zorganizowano własnymi siłami. I znów mowa o sponsorach – w przeróbce magazynu pomógł KGHM. Szóstka najstarszych wychowanków będzie się uczyła tam samodzielności. Tak do trzech istniejących grup w domu dziecka dołączyła czwarta – przejściowa. Niby już samodzielna, ale pod czujnym okiem. Za rok, dwa lata, kiedy skończą szkoły, trzeba będzie myśleć, jak

zdobyć dla nich mieszkania

poza ośrodkiem, bo na ich miejsca w tej szkole samodzielności czekają młodsi koledzy.
– Porządek utrzymują same dzieci – zapewnia wychowawczyni. Każda grupa ma swoje sypialnie. W każdej mieszka po troje, rzadziej po dwoje albo czworo dzieci. W pokojach są tapczany, szafy, szafki nocne i stoliki z krzesłami. Najnowsze umeblowanie ma grupa III. Grupy I i II trochę im zazdroszczą i czekają na swoją kolej. I znów: „dostaliśmy od KGHM”. Nieomal w każdym pokoju są ulubieńcy mieszkańców. Najwięcej jest chomików, ale widziałem rybki akwariowe i jaszczurki w terrariach. – Dzieci uczą się opiekować słabszym – mówią wychowawcy. Każda grupa ma szatnię na okrycia wierzchnie, pokój dzienny z telewizorem i wyposażoną kompletnie kuchnię z aneksem jadalnym. Często grupa sama przygotowuje kolację. Zawsze sami pieką ciasta urodzinowe, w tym te najbardziej okazałe, na osiemnastki. Przy stołach w kuchni odrabia się lekcje, jeśli w pokoju uczy się ktoś inny. Panuje domowa atmosfera. Można podejrzewać, że często bardziej domowa niż w prawdziwej rodzinie.
Kamil ma swojego Deksa. Sympatyczny łaciaty kundel ze schroniska dla zwierząt jest zaprzyjaźniony ze wszystkimi dziećmi, ale na widok Kamila wykonuje popisowy taniec radości. Kamil jest zamkniętym w sobie 17-latkiem, bo przykrych doświadczeń życiowych zebrał tyle, że wystarczyłoby dla niejednego dorosłego. Od kilku lat przebywa w Domu Dziecka w Wilkowie i tu dopiero uczy się pogodniej patrzeć na świat.

Jego starsza siostra, Wioletta, mieszka w pokoju z dwoma maluchami. To dwaj bracia. Matkuje im. O trzylatku mówi do pani dyrektor: – On musiał być bity, bo kuli się, kiedy chcę go pogłaskać po głowie.
Każdy wychowanek ma za sobą marną przeszłość. Pochodzą

z rodzin biednych i bezradnych.

Często z problemami alkoholowymi. Uczą się żyć i się pomagać innym. Dom Dziecka w Wilkowie wziął na siebie dodatkowo troskę o biednych w sąsiedztwie. W zeszłym roku na Gwiazdkę zebrał – razem ze szkołami – od miejscowych przedsiębiorców o miękkim sercu produkty na paczki świąteczne dla emerytów. Dary rozwoził kierowca z domu dziecka. Mówił, że niektórzy obdarowani płakali ze szczęścia.
Wilków to dziwna miejscowość. Z jednej strony, typowa rolnicza wieś, z drugiej, szereg długich piętrowych domów. Kiedyś kilka kilometrów stąd znajdowała się Kopalnia Miedzi „Lena”, a w Wilkowie było osiedle górnicze. Od kilkudziesięciu lat kopalnia jest wyczerpana i nieczynna. Mieszkańcy przeważnie klepią biedę. Działała tu rolnicza spółdzielnia produkcyjna. Jeszcze na budynkach wiszą szyldy, ale wewnątrz – pustka. Zatem w wiejskiej części panuje bieda. Największy pracodawca to PGP Bazalt. Dom dziecka z kilkunastoma zatrudnionymi tu osobami – w tym 10 wychowawcami – należy do największych miejscowych pracodawców.
– To ciągła walka o szanse dla tych dzieci – zwierza się dyrektor Szewczuk – Dziś pieniędzy wszędzie jest mało, więc dostajemy ich zbyt mało i pukamy do wszystkich drzwi.
Pani dyrektor rozsyłała i rozsyła listy z prośbą o pomoc, gdzie tylko się da. List dotarł też do KGHM. Bądź co bądź firma bogata, a przecież okolica była też kiedyś częścią zagłębia miedziowego. Dostali wsparcie – w tym roku 50 tys. zł. Ale oczywiście nie tylko dlatego prezes KGHM został kawalerem Orderu Uśmiechu. Także dla osobistych zasług.
Przed rokiem w samą Wigilię jacyś państwo przywieźli do Domu Dziecka w Wilkowie

wielki kosz łakoci.

Posiedzieli, pogadali z dziećmi i pojechali. Większość wychowanków była w domach rodzinnych, na święta pozostało tylko kilkoro dzieci, które nie miały dokąd pójść, opiekowała się nimi dyżurna wychowawczyni. Nie miała pojęcia, kto to był. Sprawa pozostawała tajemnicą aż do Dnia Dziecka, kiedy przybył z wizytą prof. Speczik.
– To ten pan, który w Wigilię był tu z żoną – rozpoznała wychowawczyni.
– Myślałem, że będzie więcej dzieci – powiedział mi prof. Speczik – ale rozjechały się do domów, więc posiedziałem z tą grupką, która została. A że nie się przedstawiałem? Po co? Wiedziałem, że się spotkamy jeszcze nie raz.
– Skąd ta przyjaźń z Domem Dziecka w Wilkowie?
– Dzieci z tego domu napisały do mnie kiedyś taki z serca płynący list. Wzruszył mnie pojechałem do nich i… jeżdżę tam często. To wilkowiacy – i dzieci ze Ścinawy – były naszymi gośćmi w czasie jubileuszu kopalni miedzi. Niby niewielka rzecz, a tyle radości udało się nam dać tym dzieciom. Wiem, że nie możemy pomóc wszystkim, ale czy to znaczy, że nie mamy pomóc tym, którym możemy? Takiego spojrzenia na świat nauczyłem się w domu, w harcerstwie potem w czasie studiów. Razem z panem Krzysztofem Radliczem organizowaliśmy pomoc polskiej szkole w Rostynianach na Litwie. Kiedy zostałem członkiem Rady Nadzorczej KGHM, zobaczyłem ogrom potrzeb dzieci z tego rejonu. Ja zauważyłem ich, oni zauważyli mnie. To bardzo prosta zależność – serce za serce.
Kontakty są częste i różnorodne. O wyprawie do Lubina na jubileusz kopalń mówią wszyscy. Największą atrakcją był przelot samolotem na lotnisku w Lubinie. – Zarówno dzieci, jak i ja samolotem

lecieliśmy pierwszy raz

w życiu. Bałam się bardziej niż one – wspomina dyr. Szewczuk.
Dyrektor Domu Dziecka w Ścinawie, Elżbieta Tylak, mówi, że ten lot do dziś jest pierwszym tematem wspomnień wśród dzieci. – Miałam do Anglii jechać autobusem, ale po tym locie zmieniłam zdanie – dodaje.
Sala Filharmonii Wrocławskiej. Właśnie skończyła się pierwsza połowa finałowego koncertu Festiwalu Muzyki Wiedeńskiej. Wśród sponsorów cyklu poświęconego mistrzom operetki na czele KGHM. Więc Kapituła Orderu Uśmiechu wykorzystała ten koncert, żeby zorganizować uroczyste pasowanie kawalera Orderu Uśmiechu. Na scenę dzieci wprowadzają kandydata – Stanisława Speczika. Na sali wśród dorosłej publiczności są wychowankowie domów dziecka z Wilkowa i Ścinawy, przedstawiciele dzieci ze Świdnicy, gdzie powstaje Europejskie Centrum Przyjaźni Dziecięcej. Ich głosy zadecydowały o wyborze kandydata. Teraz czekają na najważniejszy moment: wypije cytrynę i się uśmiechnie? Tak! Brawa!
Dyr. Szewczuk właśnie stara się o to, by w dziesiątą rocznicę powstania domu, w grudniu tego roku, nadać mu imię, bo dotąd jest bezimienny. Wymyśliła sobie, by z powodu podwójnych związków Wilkowa z miedzią – byłej kopalni i dzisiejszego domu dziecka – patronem tego ostatniego uczynić doc. Jana Wyżykowskiego, odkrywcę miedzi w zagłębiu lubińskim. Starostwo sprawie przyklasnęło, odpowiedz na pismo wysłane do KGHM jeszcze nie nadeszła, ale pani dyrektor jest dobrej myśli.

 

Wydanie: 44/2003

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy