Silniejszy może więcej

Silniejszy może więcej

Retoryka uzasadniająca zagrożenie Polski ma zwiększać poparcie dla tarczy rakietowej i dla zakupów broni w USA, ale już się nie mówi, że należałoby rozliczyć umowy offsetowe

Jak ma reagować obywatel, gdy postrzega, że sprawy jego kraju idą w złym kierunku? Gdy politycy głoszą hasła, które uważa za szkodliwe? Jako minimum reakcji trzeba o tym mówić. Zwłaszcza gdy wielu podobnie myślących milczy. Chodzi o ostatnie wydarzenia, konflikt gruziński i sprawę tarczy antyrakietowej. Stały się one okazją do wprowadzenia nowych akcentów w polityce.
Celem polskiej transformacji ustrojowej było wstąpienie do NATO i Unii Europejskiej, „wejście” do Europy. I to zostało osiągnięte. A teraz w praktyce jest negowane. Przejawem tego jest, z jednej strony, brak podpisu prezydenta pod traktatem lizbońskim, a z drugiej, inne niż w krajach \”starej Europy\” widzenie Rosji w kontekście ostatnich zdarzeń w Gruzji. Wzmocniło się ciągłe nawiązywanie do historii i postrzeganie dzisiejszej rzeczywistości według kryteriów z innej epoki. Wynika to w dużym stopniu z niezrozumienia współczesnego świata. Kontekst temu nadała sprawa Gruzji. Jest to niestety jeden z licznych konfliktów rozgrywanych obecnie w świecie. Gruzja w słusznym dążeniu do integracji państwa użyła armii i zaatakowała mniejszość narodową w swoim kraju. Były liczne ofiary wśród ludności cywilnej.
Cynicznie na to patrząc, można powiedzieć, że uzbrojona przez USA armia testowała zachowanie Rosji. I Rosja odpowiedziała w typowym stylu. Przeszła do ataku i zaczęła testować reakcję Zachodu na swoją inwazję. Znów pojawiły się ofiary śmiertelne. W języku gier imperialnych, które ciągle toczą się w świecie, nie jest to nic niezwykłego. Dostępny nam opis tego zdarzenia też jest typowy. Ingerencje naszego przyjaciela w sprawy innych krajów są uzasadnione, a naszego przeciwnika niedopuszczalne. Tymczasem od zawsze w polityce obowiązuje zasada, że silniejszy może więcej. I w praktyce obserwujemy stopniowanie tego, co komu wolno. Najsilniejsi mają więc swoje interesy (i prawo do interwencji) we wszystkich regionach świata, mniej silni tylko w swoim regionie. Można przeciwko temu protestować ze szlachetnych pobudek, ale wtedy wypadałoby wszystkich agresorów traktować podobnie. A tego nie robi się.
I teraz na tym tle w Polsce pojawiły się bardzo radykalne reakcje. Prezydent prawie stwierdził, że grozi nam interwencja zbrojna Rosji. Oświadczył, że siła kraju zależy od sprawności wojska i sojuszy militarnych. W Polsce powinien to być dość anachroniczny pogląd. Przecież mamy dwóch sąsiadów, którym równocześnie nie sprostamy, jak to było w 1939 r. Ale teraz sytuacja jest radykalnie inna. W Europie jesteśmy w ścisłym sojuszu z silnymi krajami, w tym z Niemcami. Nie można więc mówić o powtórce z II wojny światowej. To są tezy głupie i szkodliwe, bo pchają nas na stare tory myślenia.
W nowoczesnym państwie europejskim siła polega na gospodarce i kulturze. Tym trzeba się zająć, choć jest to trudniejsze niż odbieranie defilad. I niestety w Polsce obiektywnie ograniczone są szanse na myślenie kategoriami współczesnego kraju europejskiego. Chodzi o to, że nie mamy silnego polskiego lobby gospodarczego. Duże firmy to przedsiębiorstwa należące do zagranicznych koncernów, mające swoje centra w innych krajach. W USA wielki biznes poprze interwencje w Iraku, bo tam jest ropa. Ale nie pozwoli na interwencje – też w imię praw człowieka – w kraju afrykańskim, gdzie nie można zrobić interesu.
W Polsce nie ma gospodarczej siły nacisku, która kazałaby w polityce uwzględniać ceny ropy lub rynki zbytu dla produkcji żywnościowej. I dlatego hasła i deklaracje patriotycznego frazesu są bardziej skuteczne. W związku z tym można oczekiwać narastania politycznej retoryki uzasadniającej zagrożenie militarne Polski, a w ślad za tym poparcia dla tarczy rakietowej i dla zakupów zbrojeniowych w USA. Nikt już nawet nie przypomina, że należałoby rozliczyć umowy offsetowe. Premier, bojąc się, że prezydent zdystansuje go w retoryce patriotycznej, powiedział, że nie będzie się targował o pieniądze, gdy chodzi o bezpieczeństwo kraju. Inni się targują zawsze. Ciekawe, co rząd odpowie jesienią protestującym pracownikom sfery publicznej. Czy z nimi też nie będzie się targował?
Wydarzenia te pokazują jeszcze jeden aspekt krajowej sytuacji. PiS i prezydent RP ciągle określają treści politycznego dyskursu. PO, bojąc się posądzenia o cokolwiek i mając w swoich szeregach zwolenników pomysłów inicjowanych przez PiS (lustracja, IPN, CBA, przywileje Kościoła), przy preferowaniu tylko innych metod działania, w kluczowych sprawach nie może się przeciwstawić poglądom przeciwnika politycznego. Dlatego będzie prawdopodobnie ścigała się z prezydentem w patriotycznych hasłach, najchętniej antyrosyjskich, i też skupi się na obronności kraju. To łatwiejsze niż reformy gospodarcze i społeczne. I pewnie część społeczeństwa to zaakceptuje. A inni będą milczeć, bo po co wdawać się w dyskusję, w której zaraz można być oskarżonym o brak patriotyzmu albo sprzyjanie wrogom.

Wydanie: 35/2008

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy