Skąd się bierze potęga Bollywood?

Skąd się bierze potęga Bollywood?

Rocznie filmy indyjskie ogląda nawet 4 miliardy widzów, ponad miliard więcej niż filmy amerykańskie

Do polskich kin coraz śmielej wkracza kinematografia indyjska. Od początku sierpnia możemy oglądać „Rebelianta” („Mangal Pandey”) z wybitnym aktorem Bollywoodu, Aamirem Khanem w roli głównej. Khan był zresztą niedawno w Tatrach, gdzie realizowano górskie (kaszmirskie) sekwencje filmu „Fanaa” pokazywanego podczas tegorocznego festiwalu Era Nowe Horyzonty. Drugi film, „Bunty i Babli”, genialny, oszałamiający muzyką masala movie o parze uroczych oszustów robiących coraz większe przekręty, sięgające w końcu Tadż Mahalu, i szukających swego miejsca w świecie, wchodzi do kin i na DVD 15 września. W rolach głównych Rani Mukherji, właścicielka zachwycającego przydymionego głosu, oraz Abhishek Bachchan, pieszczotliwie zwany przez polskich bollymaniaków Apsikiem, syn najpopularniejszego (według BBC) aktora na naszej planecie, Amitabha Bachchana.
Bollywood to największe centrum indyjskiej produkcji filmowej znajdujące się w Bombaju (Mumbaju). Powstają tam filmy w hindi. Oprócz tego jest jeszcze wiele innych ośrodków, m.in. tamilskie Kollywood, Tollywood w Hajdarabadzie, gdzie kręci się w telugu, w stanie Kerala kręci się w języku malajalam, w Karnatace w kannada, Kalkuta czyli Kolkata i Dhaka to ośrodki kina bengalskiego. Szacuje się, że rocznie na te wszystkie filmy sprzedawanych jest nawet 4 mld biletów, grubo ponad miliard więcej niż na filmy amerykańskie. Największy udział w rynku mają filmy bollywoodzkie, kręcone w języku hindi. Według różnych szacunków statystyczny film bollywoodzki ogląda znacznie więcej widzów niż jego odpowiednik hollywoodzki.
Indyjskie kino jest zjawiskiem fenomenalnym i fascynującym, za jego globalnym sukcesem oraz za potężnym znaczeniem, jakie ma ono w indyjskiej kulturze (większym niż gdziekolwiek indziej na świecie), stoją filozoficzne i antropologiczne podstawy indyjskiej kultury. My, Polacy, wiele możemy się z niego nauczyć. I wcale nie tego, co by powiedziała większość polskich żurnalistów, czyli „tradycyjnych wartości”, a raczej czegoś wręcz przeciwnego: że wartości obce i nowe są tak samo ważne jak wartości „tradycyjne”.

Łzy Śahrukha, czyli emocja w stanie czystym
Początkujący bollywidz może być wstrząśnięty rzewnymi łzami Shah Rukha Khana (u nas znanego z „Czasem słońce, czasem deszcz”, „Jestem przy tobie” i „Gdyby jutra nie było”) czy innej gwiazdy. To wcale nie znaczy, że oni nie potrafią grać „lepiej”. Indyjska cywilizacja ma własną filozofię sztuki, odrębną od zachodniej, opartą na własnych założeniach i kategoriach. Wykłada je już starożytny traktat „Natjaśastra”. I to na nich oparte jest indyjskie kino.
Dwa pojęcia są szczególnie ważne w indyjskiej koncepcji sztuki: rasa i dhvani. Pierwsze oznacza „smak”, a kryje się pod nim doświadczenie estetyczne rozumiane jako przeżycie emocji w stanie możliwie czystym. Drugie to „znaczenie”. Indyjski aktor (artysta w ogóle) często nie odzwierciedla rzeczywistości, bo rzeczywistość w kształcie, jaki postrzegamy zmysłowo, nie jest dla Hindusa prawdziwa. Jego mimika i gesty niczego nie naśladują, one oznaczają – oznaczają emocję w stanie czystym, nieskażoną defektami, jakie właściwe są temu, jak (wskutek ograniczeń swojego położenia w świecie) odbieramy rzeczywistość. To samo wyjaśnia też, dlaczego te filmy jako całość nie są realistyczne w naszym rozumieniu tego słowa. Przedstawiają emocje spotęgowane, wyklarowane do stanu swego rodzaju pełni, esencji.

Czas jako trwanie, świat jako mnogość
Kraje, na których ekranach króluje Bollywood (a stanowią one jakieś pół świata), łączy jedno: inne niż zachodnie podejście do czasu, nastawienie na trwanie, brak skłonności do wydzierania czasowi każdej chwili. Trzy godziny seansu to w Indiach nic dziwnego. Kino jest jednym ze środków, za pośrednictwem których indyjska kultura dokonuje afirmacji samej siebie i sposobu, w jaki postrzega świat. Długość seansu afirmuje trwanie świata. Ale dzięki żywiołowości, wewnętrznej dynamice i skłonności do mnożenia bodźców i najróżnorodniejszych atrakcji, nie sposób się na tych filmach nudzić. Kto złapie bakcyla, będzie w stanie chodzić na dwa takie filmy dziennie.
Trwanie to jednak nie jedyne, co afirmuje indyjskie kino. Jego skłonność do ozdobników, eksplodowanie mnóstwem wszystkiego, właściwe od zawsze indyjskiej sztuce (w estetyce i historii sztuki nosi to nazwę horror vacui, „strach przed pustym miejscem”), wynika z tego, że kieruje się ono do jak największej ilości grup społecznych. Ale horror vacui indyjskiego kina (i sztuki w ogóle) wyraża też jedno z najgłębszych założeń indyjskiej cywilizacji. Indie to najbardziej pluralistyczna kultura, jaka kiedykolwiek istniała. Za podstawową zasadę swojej integralności uznaje ona to, że jest konstelacją tysięcy zupełnie niepodobnych składników i form życia, które obok siebie współistnieją, bo każda istota ludzka i grupa ma prawo być tym, kim jest, i żyć w zgodzie z tym, kim jest. Dlatego Indie nazywa się „kulturą tysiąca kultur”. Dla indyjskiej kultury świat jest mnogością. W Indiach wszystkiego jest więcej, nawet płci (mianowicie kobieta, mężczyzna i hidźra). Kino jest jednym ze spoiw tych tysięcy sposobów życia i ekstatycznym wyrazem tego nastawienia na mnogość przez swoje wizualne rozbuchanie. W tych filmach wszystkiego jest mnóstwo: postaci, wątków, tancerzy w układach choreograficznych, zwrotów akcji, atrakcji, ozdobników.

Sześć palców Hrithika i kultura otwarta
Jednym z najbardziej kluczowych wyznaczników każdej kultury jest to, gdzie wytycza ona granicę między tym, co sama uznaje za pełnoprawną kulturę, a tym, co uznaje za nie-kulturę. Kultura, która wytycza ją bardzo ciasno, to kultura zamknięta. Typowym przykładem kultury zamkniętej jest obecnie kultura polska. Poza tą granicą pełnoprawności umieszcza nie tylko obcych, ale już nawet połowę własnych przedstawicieli („komuchów”, tzw. zboczeńców, feministki, Żydów prawdziwych i wyimaginowanych, „agentów”, tych, co nie kochają papieża albo są za prawem do aborcji etc.). Otóż indyjska kultura jest tego biegunowym przeciwieństwem. Postanowiła ona odsunąć tę granicę (między sobą jako kulturą a tym, czego za kulturę nie uznaje) tak daleko, że aż zrezygnowała z udzielenia definitywnej odpowiedzi, gdzie ta granica przebiega. Na wszelki wypadek woli małpę potraktować jak człowieka i wsadzić ją za kradzież do więzienia, niżby miała człowieka jakiegoś przegapić. Jest to prawdopodobnie najbardziej otwarta kultura, jaka kiedykolwiek istniała.
Bollywoodzki supergwiazdor, Hrithik Roshan, ma u prawej dłoni sześć palców (dwa kciuki). Nigdy mu tego nie zoperowano, choć pochodzi z bogatej, filmowej rodziny, ani też tego w żaden sposób nie ukrywa. W internecie dostępna jest tapeta na pulpit komputera, na której wyciąga on te sześć palców w stronę widza. Co więcej, można sądzić, że ten szósty palec jest nieodzownym elementem uwielbienia, jakim Hrithik Roshan jest darzony na subkontynencie.
Ta niezwykła właściwość umieszcza go bowiem na specyficznej pozycji z punktu widzenia tejże granicy między kulturą a nie-kulturą. Żadna kultura europejska, nawet te otwarte, nie mówiąc już o polskiej, nie umieszcza tej granicy aż tak daleko jak indyjska. Taka odmienność w oczach kultury europejskiej wymaga przywrócenia do „normy”, by delikwent znalazł się obiema nogami w obrębie kultury, nie powodując konsternacji otoczenia. Otóż w Indiach ktoś taki znajduje się gdzieś na tym nieokreślonym przejściu, gdzieś nieopodal tej granicy, ale na pewno już wewnątrz. W Indiach nie oznacza to konieczności przywrócenia do normy. Indyjska kultura ma nawet porywy do sakralizacji wszystkiego, co się znajduje w tej newralgicznej okolicy. A kult aktorów, w tym Hrithika Roshana, ma coś wspólnego z sacrum. Funkcja aktora miała tam zawsze znaczenie równorzędne kapłaństwu, a aktor, który wcielał się w teatrze w rolę któregoś z bogów, był nosicielem sakralnego pierwiastka cechującego przedstawianą postać także po spektaklu i poza sceną.

Obcy i permanentna zmiana
Obcy, czyli przedstawiciel innej kultury, ktoś z zewnątrz, również znajduje się na owym pograniczu. W Indiach jednak nie całkiem poza kulturą. Obcy i wszystko, co ze sobą przynosi, budzi w indyjskiej kulturze spontaniczną fascynację. Wśród sław Bollywoodu roi się od muzułmanów (np. wszyscy o nazwisku Khan), innych mniejszości (John Abraham pochodzi z rodziny chrześcijańsko-zoroastryjskiej), a także osób mających coś „obcego” w wyglądzie, np. bardzo jasną cerę (cenioną w Indiach jako piękną od tysięcy lat) czy egzotyczne (z punktu widzenia Hindusów, czyli np. europejskie) rysy twarzy. Turyści przybywający na lotnisko w Mumbaju są często niemal na schodach z samolotu witani przez łowców statystów do filmu.
Indyjska kultura definiuje siebie jako konstelację tysięcy form wszystkiego. W połączeniu z niezwykłym otwarciem na Obcego powoduje to, że ma ona najdalej posuniętą zdolność do błyskawicznego wchłonięcia każdego impulsu z zewnątrz, każdego elementu obcej kultury, a nawet samej osoby Obcego, i uczynienia z nich części samej siebie. Jest w nominowanym do Oscara filmie „Lagaan” (reż. Ashutosh Gowariker) taka scena, w której Hindus bez chwili wahania stawia kropkę na czole stojącej pomiędzy Hindusami Angielki, która przybyła do chłopów, by im pomóc i przy okazji poznaje ich zwyczaje. Ta kropka (bindi) to znak przynależności. Przyszła do nich jako obca, ale natychmiast została przyjęta. 30 lat temu ktoś przywiózł do wioski Bammarbettu w Karnatace dwa saksofony. Tamtejsi Hindusi natychmiast uczynili je integralną częścią liczących kilka tysięcy lat obrzędów bhuta kola i dziś już nikt nie wyobraża ich sobie bez saksofonu.
Indyjska kultura włącza wszystko, co przychodzi z zewnątrz, w obręb własnej mnogości. Dokonuje nieustannej korekty samej siebie przez włączanie nowych elementów, przez permanentną zmianę, co gwarantuje jej trwanie i integralność. Jest to paradoks, ale dzięki temu indyjska kultura istnieje już tyle tysięcy lat, wciąż będąc sobą. I jeśli istnieje gdzieś kultura, która nigdy się nie skończy, to właśnie Indie mają wszelkie dane po temu, by być tą kulturą.
To jedna z najważniejszych treści indyjskiego kina popularnego. Spotkanie z kulturą Obcego jest składnikiem obowiązkowym tego kina, czy to będzie Zachód, czy islam, czy dla Pendżabczyka Gudżaratczyk, czy na odwrót, czy Pakistan, czy feminizm, czy cokolwiek innego. Co prawda, zdarzają się filmy nacjonalistyczne (np. niezmiernie nudny „LOC Kargil”), bo w tak ogromnej kinematografii można znaleźć przykłady na wszystko, ale w Bollywood są to jednak wyjątki. Regułą jest afirmacja otwarcia na Obcego. I przejawia się ona także w samej formie tych filmów.
Jest to kino niezwykle nowoczesne, pomysłowo wykorzystujące wszelkie środki wyrazu, wątki, rozwiązania wypatrzone u innych i włączające je w obręb samego siebie. Zdarza się, że przenosi na indyjski grunt nawet całą story, czasem pewne narracyjne struktury. We Francji jeden z bollywoodzkich filmów wszech czasów, „Sholay”, zwany jest westernem curry. Czasem czerpie tylko motywy, jak aluzje do „Matriksa”, „Mission Impossible” i cytaty z „Grease” w „Jestem przy tobie” („Main Hoon Na”). Podobnie jest z muzyką. To kino, które niezwykle dynamicznie się zmienia. Dzisiaj różni się bardzo od tego, jakie było 10 czy tym bardziej 20 lub 30 lat temu, a zarazem wciąż stosuje się do reguł, które w XVI w. rządziły spektaklem kathakali czy w starożytności – kudijattam (obydwie te formy teatru istnieją zresztą do dzisiaj). To wciąż ten sam paradoks sposobu, w jaki Indie pozostają sobą przez permanentną zmianę.

Komunikat i odpowiedź, czyli co z tego dla nas wynika
A więc z czego wynika potęga Bollywood?
Częścią odpowiedzi jest na pewno to, że sztuki widowiskowe zawsze znajdowały się w Indiach w centrum życia społecznego. Znaczenie tego kina w samych Indiach (filmy zagraniczne to tylko 5% indyjskiego rynku) wynika z tego, że jest ono obecnie jednym z najważniejszych czynników integrujących „kulturę tysiąca kultur” oraz z tego, że specyfika jego odbioru jest echem sakralnego niegdyś znaczenia teatru.
Nie wyjaśnia to jednak, dlaczego oglądają te filmy, w kinach, telewizji i z płyt, miliardy ludzi poza Indiami, również takich, którzy nie wiedzą o Indiach zupełnie nic. Największy dar do sztuk widowiskowych powinien przecież na chłopski rozum potknąć się o fakt, że te filmy wprost roją się w każdej scenie od symboli, gestów i zwyczajów, w których nawet zawodowi indolodzy nie łapią się do końca. Trzeba być Indusem, żeby to wszystko odcyfrować. Polscy inteligenci lubią tymczasem tłumaczyć sobie klęski własnego kina na arenie światowej i jego zupełne nieistnienie w świadomości widza zagranicznego, nawet bardzo wykształconego, rzekomymi uwikłaniami historyczno-kulturowymi nieczytelnymi dla kogoś z zewnątrz. Kiepskie to wyjaśnienie, jak widać. Czy Indusom zdarzył się cud?
Nie, to żaden cud. Kultura otwarta otrzymuje od świata zewnętrznego taką samą odpowiedź, jaki mu wysyła komunikat: spontaniczne zainteresowanie, fascynację. Zainteresowanie to jest tak wielkie, bo otwarcie na Obcego i permanentną zmianę daje indyjskiej kulturze siłę, dzięki której przemawia nawet pomimo niezrozumiałości detali, choćby nie wiadomo jak wiele tych tajemniczych detali w każdym jej utworze było.
Polska kultura jest obecnie całkowitym przeciwieństwem indyjskiego otwarcia. Dlatego też popełnia właśnie na naszych oczach, rękami prawicowego rządu, samobójstwo. Żeby się przed nim jeszcze w ostatniej chwili uchronić, powinna dobrze się przyjrzeć kulturze indyjskiej. Tamtejsze kino popularne jest kwintesencją wszystkiego, co w tej kulturze najlepsze, i jest to akurat to, czego najbardziej brakuje dziś kulturze polskiej.

Wydanie: 35/2006

Kategorie: Kultura

Komentarze

  1. Ania L.
    Ania L. 14 marca, 2017, 23:34

    O Panie, jakże głęboko autor tego tekstu nie rozumie Indii i ich kultury… Otwartość na inność? Bzdura. Powierzchowne uśmiechy, a w gruncie rzeczy nie ma żadnej otwartości. Albo się dostosujesz do nich, albo będzie kuku. Mogą ci zrobić bindi, ale za gwałt na tobie jako kobiecie i tak jesteś „sama odpowiedzialna” i nawet jako biała nie masz takich praw jak mężczyzna. Można cię pobić za bluzkę na ramiączka. Ach, tak, otwartość na „białość” to żadna otwartość, oni mają po prostu kompleks ciemnej skóry i hindus ciemnoskóry jest po prostu gorszym rodzajem człowieka od jasnoskórego, dla samych Hindusów. Stąd jasna skóra to prestiż, i wyłapywanie turystów to środek do osiągnięcia prestiżu filmu, w którym za tło robią „białasy” za 150 zł za 12godzinny dzień pracy w statystowaniu. Tolerancja religijna jest tylko wobec największych ichnich gwiazd, traktowanych jak bóstwa, a w realnym życiu zakazane i karalne prawnie jest np przejście z hinduizmu na jakąkolwiek inną religię. Homoseksualiści nie mają racji bytu, niepełnosprawni i chorzy też nie, króluje brud, korupcja i bałagan, a umierający z biedy na ulicach nie są rzadkim widokiem. Swoją drogą, szósty palec Hrithika nigdy nie został usunięty bo w tej kulturze akurat ten element to znak wybrania przez bogów a jego usuniecie byłoby sprowadzeniem zagrożenia na bluźnierców. Gdyby miał zeza, znamię na policzku lub odstające uszy momentalnie by mu to chirurgicznie wyprostowali. A gdyby utykał to w życiu nie trafiłby do filmu. Widzieliście kiedyś kogoś na wózku w masali? Mówiąc o tym palcu – własny ojciec Hrithika kazał mu nosić specjalne rękawiczki, zasłaniające ten szósty palec, gdy produkował jego film.I w większości filmów specjalnie tak go ustawiają, żeby nie było tego widać.
    A filmy bolly oglądam nie dla pluralizmu i kultury, tylko dla kolorów, tańca i melodii, to takie bajki dla dorosłych.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy