Sprawa czternastolatki

Sprawa czternastolatki

„Sprawa czternastolatki”, która w swoim jednostkowym, egzystencjalnym wymiarze ma charakter dramatyczny, odsłania problemy, które są od dawna obecne w naszej rzeczywistości społecznej, ale o których „nie mówi się”, które traktuje się jako marginalne („są ważniejsze sprawy”), które nigdy na serio nie zagościły w debacie publicznej i których „poważni politycy” boją się jak diabeł święconej wody. Bo mogą przegrać w następnych wyborach.

Problem fanatyzmu religijnego

Dzięki „sprawie czternastolatki” zjawisko fanatyzmu panoszące się obecnie u nas może być wreszcie nazwane. W Polsce, prócz Radia Maryja, kółek różańcowych i egzorcyzmujących mamy duży – jak na ogólną bierność obywateli – ruch „obrońców życia”, zgromadzonych w organizacjach społecznych i przykościelnych. Nie wiadomo, czym ten ruch zajmuje się na co dzień i jak krzewi to życie, gdy nie jest zagrożone, ale niewątpliwie posiada on ogromną zdolność organizowania się wokół cudzych problemów. Zwłaszcza że fanatycznym obrońcom „życia poczętego” chodzi nie o życie w ogólności, lecz o to, które kryje się w macicy. Interesuje ich blastocyst, embrion, płód, jednym słowem – jajo, a nie kura. Bo to płód ma najwyższą wartość. Znacznie większą niż kura. Nie interesuje ich więc kobieta, jej prawa, problemy, tragedie, lecz „macierzyństwo”, to znaczy funkcja, do której żywa kobieta jest zredukowana i która stanowi rację i wartość naczelną jej bytu.
Nigdy, przez dwa tysiące lat trwania chrześcijaństwa, katolicy nie przejawiali takiego kultu embrionów jak teraz, i nigdzie podobny kult się nie rozwinął w tak zaawansowanym stopniu jak w Polsce.

Problem aborcji

Jednak w tej samej Polsce nie ma kłopotów z aborcją. Kto ma znajomych, pieniądze, dostęp do internetu, umie podróżować, zna języki obce, jest świadomy międzynarodowego zasięgu swoich praw – aborcji dokona. Przez internet zamawia się pigułki poronne, znajomy lub dobrze opłacony ginekolog daje gwarancję bezpiecznego zabiegu, a dla tych, którzy cenią sobie prywatność, aborcja dostępna jest we wszystkich krajach Unii Europejskiej i jest tym łatwiejsza, że Polki budzą powszechne współczucie: „Ach! To u was rządzą katolicy!”. Problem z aborcją mają te kobiety, które pochodzą z małych miast, są pozbawione środków finansowych, nie mają internetu, nie znają języków obcych i boją się podróży. Co robią takie kobiety z niechcianymi ciążami, gdy nie stać ich na zabieg? Nie wiem, choć nie należę do grupy, która „woli nie wiedzieć”. Bo w przeciwieństwie do władzy politycznej i intelektualnych elit zadowolonych z aborcyjnego kompromisu chciałabym wiedzieć, dlaczego w Polsce, w której oficjalnie wykonuje się zaledwie 200 aborcji rocznie (co jest cudem na miarę dziewiczego macierzyństwa), mamy najniższy współczynnik dzietności w Europie. Co to właściwie znaczy? Albo przestaliśmy się kochać, albo genetycznie jesteśmy narodem skazanym na wymarcie, albo – jak zawsze – kobiety same dają sobie radę z tym problemem. I to w sposób tak subtelny, że sumienia polityków mogą być czyste, a kiesy lekarzy pełne.

Problem sumień w klauzulach

Bo ktoś tych aborcji dokonuje i Bogu dziękować, że robią to lekarze, a nie „babki” i „położne na opak”, o których ponure wieści krążyły w krajach, gdzie zakaz aborcji był poważnie przestrzegany. Jednak nasi lekarze będąc dobrymi specjalistami, prócz kompetencji i czystych fartuchów pragną mieć czyste sumienia. A te aborcja kala. Nieważne, czy istnieją do niej legalne podstawy. O czystości lekarskiego sumienia decyduje nie zgodność z prawem, lecz ksiądz. Jego władza na terenie szpitala jest nieograniczona, kończy się jednak w prywatnych gabinetach, gdzie lekarskie sumienie może odpocząć. I dobrze. Lekarze dają gwarancję, że aborcja w Polsce jest co prawda kosztowna, ale – dla tych, których na nią stać – w pełni bezpieczna i znacznie bardziej humanitarna niż to, co dzieje się z dziećmi niechcianymi kobiet, których na aborcję nie było stać. O podziemiu aborcyjnym jednak się nie mówi, a przypadki dzieciobójstwa rzadko się wykrywa. I tak tryby maszyny powszechnej hipokryzji działają dobrze, dopóki nie wydarzy się „wpadka” w postaci – na przykład – „sprawy czternastolatki”: dziewczynka w ciąży znalazła się w szpitalu, lekarz powiadomił księdza, ksiądz – fanatyków, obecność fanatyków zaalarmowała dziennikarzy, dziennikarze zaczęli pisać… koło się zamknęło. I teraz fanatycy triumfują, lekarze umywają ręce, ksiądz się modli (może dostanie awans?), dziennikarze piszą, dziewczynka przeżywa tragedię, a lud boży cieszy się z narodzin nowego Polaka.

Problem edukacji seksualnej

A można było tego wszystkiego uniknąć, gdyby w szkołach prowadzone były zajęcia z edukacji seksualnej, w aptekach znajdowały się refundowane środki antykoncepcyjne i szeroko dostępne pigułki wczesnoporonne, gdyby młode dziewczyny w trudnej sytuacji miały bezpłatny dostęp do poradnictwa seksualnego czy psychologicznego. Tymczasem polska „moralność” seksualna mierzona jest kryterium seksualnej ignorancji. Młode dziewczyny często nie wiedzą, dlaczego i jak zaszły w ciążę, chłopcy nie wiedzą, jak rozładować energię seksualną (o masturbacji mówi się, że jest grzeszna i szkodliwa), a cała „wiedza” o seksualności zawieszona jest między pruderyjną szkołą, rygorystycznym Kościołem a wyuzdanym, pełnym pornografii internetem. Można oczywiście cenzurować internet, powrócić do pasów cnoty, zorganizować kontrolę sypialń, tak by obywatele kochali się wyłącznie w celach prokreacyjnych, badać w miejscach pracy mocz kobiet, co pozwala na wczesne wykrycie ciąży, a więc jej ochronę, można strzelać do lekarzy, którzy wykonują zabiegi aborcji, zmienić konstytucję, ogłaszając świętą nie tylko zapłodnioną komórkę jajową, ale również plemnik… Można zrobić wiele rzeczy, by walczyć o dobro nienarodzonych. I rzeczywiście w Polsce bardzo wiele już się robi. Nie robi się natomiast nic dla ochrony praw kobiet, nic dla planowania rodziny, nic dla edukacji seksualnej. W końcu nie robi się nic… nie, nawet nie dla postępu. Dla normalności.

Autorka jest doktorem habilitowanym filozofii, pracownikiem Uniwersytetu Warszawskiego, w rządzie Marka Belki pełniła funkcję ministra pełnomocnika rządu do spraw równego statusu kobiet i mężczyzn

 

Wydanie: 25/2008

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy