Z Sybiru za stery samolotów

Z Sybiru za stery samolotów

Wysiłek lotników Ludowego Wojska Polskiego nie ustępował oddaniu Polaków w bitwie o Anglię

„Na ułamek sekundy ogarnął mnie strach. Nie dam rady! Przecież w samolocie myśliwskim przyrządów pokładowych będzie cztery, pięć razy więcej. Dojdą do tego karabiny maszynowe, obsługa radia, będę musiał dowodzić lub wykonywać rozkazy dowódcy. W powietrzu czyhać będzie nieprzyjaciel, którego należy wykryć i zestrzelić. W słuchawkach coś zachrobotało: to mówił do mnie instruktor. Strach ustąpił. Nie od razu Kraków zbudowano, a to jest przecież mój pierwszy lot”.

Tak opisuje swój pierwszy lot treningowy pilot Edward Chromy, polski lotnik walczący na Wschodzie. Tacy jak on piloci Wojska Polskiego zostali zapomniani. A przecież walczyli o wyzwolenie ojczyzny nie na obcym niebie, ale nad Polską. W brawurowych atakach niszczyli niemieckie czołgi, linie kolejowe i parowozy, odnosili sukcesy w walkach myśliwskich. Chociaż los rzucił ich na ziemię radziecką, oddawali życie i zdrowie, by walczyć o wolność Polski. Ich wysiłek nie ustępował oddaniu Polaków w bitwie o Anglię.

Dla lotników Ludowego Wojska Polskiego ważne, jeśli nie najważniejsze, było jednak braterstwo broni, gdyż polscy piloci mieli różne życiorysy. Część walczyła jeszcze we wrześniu 1939 r., ale większość z lotnictwem nie miała wiele wspólnego, wreszcie sporą część personelu latającego i całość kadry instruktorskiej stanowili Rosjanie. Ubrani byli w polskie mundury, żartobliwie mówiono o nich PoP, czyli pełniący obowiązki Polaka. Tak jak dowódca 1. Pułku Lotnictwa Myśliwskiego „Warszawa” ppłk Iwan Tałdykin. Pilot Medard Konieczny tak go wspomina: „Świetnie wczuł się w nasz temperament narodowy i naszą narodową mentalność. Nigdy nie okazywał nam, że jesteśmy ubogimi krewnymi. Bez przesady można powiedzieć, że był Rosjaninem z polskim sposobem myślenia”. Płk Leon Szurka dodaje: „Byli z nami mechanicy i technicy lotnictwa radzieckiego. Nie było między nami lepszych i gorszych, żyliśmy jak jedna rodzina. Mechanik polski obsługiwał samolot, na którym latał pilot radziecki, a mechanik radziecki samolot, na którym latał pilot polski. Łączyła nas wielka przyjaźń”. Wspólna walka na froncie pociągała za sobą też wspólne mogiły. Na terenie Polski lotnicy obu narodów pochowani są na cmentarzach w Bydgoszczy, Radomiu, Warszawie, Kołobrzegu.

Chociaż samoloty były produkcji radzieckiej, już z daleka widać było polską biało-czerwoną szachownicę. „Iły zatoczyły krąg, by wejść na kurs bojowy, my kreśliliśmy nad nimi potężny zygzak, mając słońce z przodu, nieco z boku. I wtedy to właśnie ukazały się Focke-Wulfy. Było ich sześć lub osiem. Wyskoczyły niespodziewanie zza dymnej chmury, usiłując zaatakować nasze szturmowce z góry. (…) Wszystkie dziesięć Jaków skierowało nosy w stronę sunącej groźnie eskadry Focke-Wulfów. I prawie jednocześnie zagrało dziesięć działek. Z wylotów luf poleciały pociski, znacząc swój tor czerwonymi paciorkami. Nikt naturalnie nie celował w konkretną maszynę, na to nie było czasu, waliliśmy po prostu w środek szkopskiej eskadry. Skutek był piorunujący. Niemcy najwidoczniej nie spodziewali się tak szybkiej naszej reakcji, a jednocześnie na pewno już znali działanie 37-milimetrowych armatek. Zaledwie bowiem smugi obramowały niemiecki zespół, ten już się rozsypał. Niemcy po rozbiciu szyku nie próbowali nawet zebrać się i ponownie atakować”. To opis lotu bojowego z kwietnia 1945 r., przeprowadzonego przez mjr. Medarda Koniecznego z 9. Pułku Myśliwskiego.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 6/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. www.fundacjadywizjonu303.pl

Wydanie: 6/2019

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy