Szczyt nieskuteczności

Szczyt nieskuteczności

Angela Merkel przeprowadziła szczyt G7, tak jak rządzi: w sprawach ważnych małe kroki, bez podejmowania ryzyka

W dniu otwarcia szczytu G7 w bawarskim Elmau niemieckie media nie ustawały w wysiłkach, żeby świat otrzymał przekaz beztroskiej atmosfery odpoczynku. Uśmiechniętym przywódcom najbogatszych gospodarek świata towarzyszyły ludowa muzyka i pejzaż Alp. Angela Merkel zaś już na początku dowiodła swoich zdolności przywódczych. Postanowiła zmienić harmonogram i zrobić tradycyjne zdjęcie grupowe jeszcze przed rozpoczęciem obrad. Niby drobiazg, ale autorów starannie przygotowanego scenariusza imprezy przyprawiło to niemal o palpitacje.
Ta z pozoru błahostka oddaje charakter wydarzenia. Merkel umiejętnie dyrygowała orkiestrą, nie podejmując większego ryzyka. Dopełnieniem tego obrazu były migawki ze wspólnego śniadania z Barackiem Obamą w bawarskiej wiosce Krün. Kanclerz RFN i prezydent USA pili piwo pszeniczne, wznosząc toast za mieszkańców. Z rzadka przeciwstawiano tej sielance zdjęcia demonstrantów, kontestujących wykluczenie Rosji ze szczytu czy umowę handlową z USA. Po szczycie w tabloidach pojawiły się tytuły: „Merkel stanowcza” i „Kanclerz potrafi”, choć w innych gazetach znalazły się również merytoryczne artykuły eksperckie. W tych z kolei nie było ani jednego pióra, które wychyliłoby się z wnioskiem odbiegającym od jedynie słusznego: z tego szczytu nic dobrego nie wynikło.

Mgliste deklaracje

Zarówno prezydenci USA i Francji, jak i premierzy Kanady, Wielkiej Brytanii, Włoch oraz Japonii, a także sama gospodyni i wysocy rangą przedstawiciele UE zajęli się głównie kwestią zmian klimatycznych. Po szczycie Merkel zapowiedziała mgliście, że wiodące gospodarki zaczną rezygnować z paliw węglowodorowych, co zmniejszy wzrost temperatury na Ziemi do jedynie 2 st. C. Niemniej jednak w Elmau oświadczono, że do 2050 r. będzie można obniżyć emisję gazów cieplarnianych o 60%. Według potwierdzonych przez niemieckie media ustaleń to właśnie kanclerz najbardziej nastawała na wspólne przyjęcie takich ograniczeń.
Czy z tych deklaracji coś formalnie wyniknie, okaże się najwcześniej w listopadzie, na konferencji ONZ w Paryżu, która poświęcona będzie zmianom klimatycznym. To wtedy prawdopodobnie zostaną podpisane dokumenty mające zastąpić protokół z Kioto.
Merkel nalegała, aby najbogatsze państwa zadeklarowały gotowość nałożenia na siebie ograniczeń. Jeszcze przed szczytem oczekiwano, że przeciwne w tej sprawie mogą być USA i Kanada. Rzeczywiście – Barack Obama i Stephen Harper stawiali największy opór. Co ciekawe, wbrew założeniom w sukurs niemieckiej kanclerz przyszedł premier Shinzo Abe, który ogłosił dobrowolne nałożenie ograniczeń klimatycznych na japońską gospodarkę, chociaż w Japonii odnoszono się do tego sceptycznie.
Przy następnym punkcie obrad role już się odwróciły. Podczas dyskusji o sposobach zwalczania terrorystów Państwa Islamskiego i Boko Haram, Merkel odniosła się z rezerwą do propozycji Obamy, nawołując do umiaru i niepodejmowania pochopnych decyzji. Prezydent USA ubiegał się o poparcie dla obecnego rządu w Iraku, zagrożonego przez oddziały bojowników ISIS. Z wyjątkiem brytyjskiego premiera Davida Camerona niemal wszyscy uczestnicy przyjęli stanowisko gospodyni, opowiedziawszy się przeciw dostawom broni do Bagdadu. Przy okazji przeciwstawili się przybyłemu do Elmau irackiemu premierowi Hajdarowi al-Abadiemu, który wołał o pomoc. Wątpliwości uczestników szczytu G7 budziły klęski wojsk rządowych w bitwie o Ramadi.

Jednolite stanowisko

Nie tylko w tej kwestii Obama i Merkel byli podzieleni. Następnym punktem spornym okazała się Grecja, która nadal wzbrania się przed jakąkolwiek deklaracją porozumienia z UE w sprawie reform gospodarczych. Fiasko kolejnych rozmów z Atenami ogłoszono właśnie w zamku Elmau. Mimo że problemy Grecji nie znalazły się w planie bawarskich obrad, Obama zaznaczył, że zwlekanie w tej sprawie obciąża również amerykańską i światową gospodarkę. Merkel zaś powtarzała, że Tsipras i Varoufakis „muszą wreszcie się nauczyć przestrzegać zasad”, czyli uznać narzucone przez UE restrykcje.
Zgodnie z oczekiwaniami dyskusję zdominowała również problematyka rosyjsko-ukraińska, jednak nie tyle rozwiązanie konfliktu w Donbasie, ile sankcje wobec Rosji, w tym wykluczenie Władimira Putina z G8. Już przed szczytem szef Rady Europejskiej Donald Tusk wezwał uczestników konferencji do utrzymania jednolitego stanowiska w sprawie sankcji po aneksji Krymu. – Jeżeli ktoś zamierza podjąć debatę o systemie sankcji, to przedmiotem dyskusji może być jedynie ich zaostrzenie – oznajmił nasz były premier.
Co jeszcze postanowiono na spotkaniu w Bawarii? Niestety, niewiele. W Niemczech opinie o szczycie G7 są podzielone. Dla jednych to kosztowna impreza, z której i tak nic nie wynika. Drudzy mówią o kamieniu milowym w polityce klimatycznej. – Nie rozumiem Niemców, którzy kwestionują koszty szczytu. Prawdziwie drogie są np. coroczne moskiewskie obchody zakończenia II wojny światowej. W przypadku szczytu wydano jedynie pieniądze na drogi hotel, ale gdzie mieli nocować przywódcy najbogatszych krajów, w namiotach? – dziwi się Eric Hansen, amerykański publicysta i satyryk. – Nie pojmuję, dlaczego Niemcy tak bardzo chcą wszystko deprecjonować, nawet swój ogromny wpływ na politykę światową – dodaje. Mieszkający w RFN dziennikarz uważa, że w polityce klimatycznej dokonano rewolucji i rodacy Merkel powinni się z tego cieszyć.
Innego zdania jest Simone Peter, szefowa Zielonych. – Jeśli ktoś mówi o rewolucji, to nie ma o niej pojęcia. Chiny dopiero w 2030 r. chcą zacząć redukować emisję dwutlenku węgla i właściwie żaden kraj na dobre nie przedsięwziął środków, które miałyby zmienić klimat. Wyznaczony cel 2 st. C jest według mnie nierealny – uważa.

Żadnych porozumień

Zdaniem wielu polityków, w Elmau nie podjęto żadnej istotnej decyzji, nie zawarto choćby jednego porozumienia. – Ten szczyt sprowadza się jedynie do wzmocnienia stanowisk i wyrażania intencji. Trzeba rozmawiać, ale to nie musi kosztować 200 mln euro. To było zwyczajne spotkanie na kawce, które można było przeprowadzić za darmo przez Skype’a – sądzi Sahra Wagenknecht, posłanka Die Linke.
Dla publicystów strona finansowa nie jest najistotniejsza. Znaczna ich część wskazuje raczej znikomą skuteczność takich rozmów. – Za czasów Schmidta i Giscarda d’Estaing takie spotkania odbywały się spontanicznie i przede wszystkim były skuteczne. Dziś zostały niepotrzebnie zrytualizowane i nie przynoszą żadnych wyników – mówi Hans-Ulrich Jörges, redaktor tygodnika „Stern”. Jego zdaniem, istotna jest konstelacja wpływowych ludzi na świecie, a w tej sprawie Zachód popełnia kardynalne błędy. – Na rubieżach UE mamy największy konflikt od II wojny światowej, tymczasem wykluczono Putina, człowieka, który może go rozwiązać. To niepojęte – twierdzi. Według Jörgesa, dzisiejsza forma szczytu to regres, cofnięcie się do czasów sprzed 1989 r. Hamburski publicysta dziwi się, że USA i Europa dokonują na naszych oczach odbudowy zachodniego bloku, wzmacniającego stare antagonizmy.
Podobny pogląd wyraża redaktor naczelny „Spiegla” Klaus Brinkbäumer: – Z trudem zburzyliśmy mury i zasiedliśmy przy wspólnym stole, a teraz znów siedzą tam sami „zachodni przyjaciele”. Jeśli już rozmawiają, to dlaczego Merkel nie podyskutowała z Obamą o inwigilacji gospodarczej w Niemczech i UE?
Po lewej stronie sceny politycznej nie od dziś słychać głosy żądające powrotu Putina do grona uczestników szczytu najbardziej wpływowych państw. – Aneksja Krymu jest naganna i Putin musi uszanować suwerenność Ukrainy, ale nie możemy zamykać wszystkich kanałów rozmów z Rosją, konflikty w innych regionach świata na to nie pozwalają. Szczyt w Elmau był kolejną zmarnowaną okazją – utrzymuje Sahra Wagenknecht. Wtóruje jej polityk Zielonych Hans-Christian Ströbele, który też twierdzi, że należało wysłać wyraźny sygnał. – Jeśli zaproszono przywódców państw afrykańskich, spośród których nie każdy słynie z szanowania demokracji, można było przecież zaprosić także Władimira Putina i Petra Poroszenkę, w kwestii klimatycznej z kolei premiera Chin. Zachód jednak nie chce nawet udawać, że ma w tych kwestiach coś do powiedzenia – oburza się.
Politycy CDU z kolei argumentują, że stosunki z Rosją nigdy nie zostały zamrożone, wciąż istnieją liczne kanały rozmów, tyle że szczyt G7 nie jest już odpowiednim adresem. – Przecież Merkel, Obama i Putin rozmawiają regularnie o konflikcie na Ukrainie, telefonują, spotykają się w Mińsku. Tu natomiast chodzi o grupę państw hołdujących wspólnym demokratycznym wartościom i nie możemy w tym gronie akceptować osoby, która bezprawnie anektuje część państwa sąsiadującego z UE – twierdzi Norbert Röttgen, zaufany kanclerz Merkel i przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Bundestagu.
Po tej wypowiedzi lewicowi publicyści zapłonęli oburzeniem. – Jak można mówić o wspólnych wartościach, kiedy Stany Zjednoczone od lat bezprawnie wkraczają do innych państw, utrzymują więzienia, w których nielegalnie zamyka się „nieokreślonych sprawców”? – pyta Jörges.
Wszystko dla Obamy

Warto zwrócić uwagę na temat, którego nie poruszono w Elmau, czyli skandal wokół niemiecko-amerykańskiej współpracy służb wywiadowczych, tym bardziej że wiąże się on pośrednio z kwestią izolacji Rosji. Wielu obserwatorów życia politycznego miało nadzieję, że na szczycie nastąpi wyczekiwany przełom, czyli przywrócenie Rosji do stołu rozmów najbardziej wpływowych krajów świata. Jeśli nie od razu, to liczono choćby na zapowiedź. Stało się inaczej. Gdyby bowiem Putin pojawił się w Bawarii, jego obecność nie tyle wywołałaby konsternację i oburzenie, ile przyćmiła uczestnictwo prezydenta USA. Zadaniem szczytu było działanie na rzecz nie Putina splamionego wojną na Ukrainie, lecz Obamy po ostatnich skandalach w Federalnej Służbie Wywiadowczej (BND). Szczyt miał być poświęcony jego rehabilitacji w Niemczech, która z perspektywy Merkel jest kluczowa, a na pewno ważniejsza od zmazania winy Putina.
Dla Merkel był to marketing we własnej sprawie, ponieważ doskonale wie, jak bardzo mogą jej zaszkodzić ostatnie przecieki. Utwierdzanie Niemców w przekonaniu, że nic się nie stało, jest fałszywym sygnałem. Znamienną ilustracją tego było wspomniane śniadanie w Krün, mające skierować reflektory na uśmiechniętego Obamę, który raczył się niemieckim piwem.
Można się obawiać, że ten niemiecki ukłon wobec Wielkiego Brata jest równoznaczny z oddzieleniem grubą kreską wywiadowczej afery podsłuchowej. Argument Amerykanów, że „tylko Niemcy są tak naiwni, żeby się oburzać, że są podsłuchiwani, bo każde państwo o tym wie”, to za mało, bo inwigilacja gospodarcza stanowi zarzut cięższego kalibru.
Niezależnie od tego skandalu show na rzecz rehabilitacji Obamy zamiast Putina ma inne skutki. USA są bowiem państwem prawa, bez którego nie sposób poradzić sobie z chaosem na świecie. Obama tak czy inaczej pozostanie „przyjacielem” UE. W przypadku Putina nie jest to takie oczywiste, ale prezydent Rosji nie obraża się na rzeczywistość polityczną. Ze sprytem wielkiego gracza walczy o rosyjskie interesy, flirtując z potencjalnymi koalicjantami na Wschodzie. To zaś grozi rozłamem w Europie, któremu zapobiec można jedynie uporczywymi zabiegami dyplomatycznymi. Tę okazję właśnie zmarnowano.
Premier Włoch Matteo Renzi jako jedyny pokazał, co o tym myśli, aranżując zaledwie dwa dni po konferencji w Elmau spotkanie z Putinem w Mediolanie. Łatwiej bowiem byłoby zrozumieć sens szczytu G7, gdybyśmy zamiast deklaracji i lawiny obietnic bez pokrycia usłyszeli z ust Angeli Merkel, jak przeciwdziałać katastrofie humanitarnej u włoskich wybrzeży. Albo coś, co rozwiałoby wątpliwości protestujących przeciwko TTIP i CETA. A zamiast unikać kwestii dozbrajania Iraku, warto by powiedzieć kilka zdań, dlaczego ISIS zdobywa coraz więcej irackiej ziemi. To w końcu też dotyczy Amerykanów – bojownicy Państwa Islamskiego strzelają z amerykańskich karabinów.

Wydanie: 25/2015

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy