Ostatni poker Busha

Ostatni poker Busha

Prezydent zamierza wysłać do Iraku nowe dywizje. Amerykanie atakują islamistów w Somalii

Prezydent Bush zlekceważył opinię własnych generałów, doradców oraz większości narodu. Zamierza wysłać do irackiego kotła dodatkowe 21 tys. żołnierzy. Co więcej, USA otworzyły nowy front walki z terroryzmem, atakując z powietrza islamistów w Somalii.
Jak napisał brytyjski dziennik „The Guardian”, wojna z terroryzmem przeradza się w zimną wojnę XXI w., przy czym Stany Zjednoczone zwalczają „zastępczych” wrogów przy pomocy „zastępczych” przyjaciół w coraz dalszych zakątkach świata.
70% Amerykanów jest przeciwko wysłaniu nowych wojsk do Iraku. Powołana przez Kongres oficjalna komisja pod przewodnictwem doświadczonego polityka, Jamesa Bakera, zaleciła znaczną redukcję sił zbrojnych USA w Iraku w 2008 r., jak również rozpoczęcie negocjacji z Syrią i Iranem, które mogłyby pomóc w opanowaniu sytuacji nad Tygrysem. George W. Bush przyjął jednak tę rozsądną propozycję, „jakby podano mu zepsutą rybę”, jak to obrazowo ujął magazyn „Time”. Amerykański przywódca nadal nieprzyjaźnie odnosi się do reżimów w Teheranie i Damaszku, które oskarża o wspieranie rebeliantów w Iraku.
W listopadowych wyborach do Kongresu większość obywateli dała srogą odprawę Republikanom właśnie z powodu żałosnego fiaska operacji „Iracka wolność”. Dziennik „New York Times” zaczął się zastanawiać, czy prezydent rzeczywiście widział na ekranie telewizyjnym wyniki tej elekcji, czy też pokazano mu raczej sceny ze zwycięskich dla Republikanów wyborów z 2002 r. Generałowie George Casey, dowódca wojsk USA w Iraku, oraz John Abizaid, szef Centcom (liczących 300 tys. ludzi sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych na Pacyfiku), ostrzegali, że wysyłanie nowych żołnierzy na przegraną już iracką wojnę nie przyniesie sukcesu. Bush zdecydował, że obaj generałowie zostaną zastąpieni przez bardziej wojowniczych wojskowych. Na swej stronie internetowej Demokraci nazwali prezydenta USA „najbardziej upartym człowiekiem świata”.
Bush pozostał nieugięty.
Amerykański przywódca samotnie podjął potępianą właściwie przez wszystkich decyzję. W orędziu do narodu przyznał się po raz pierwszy do popełnionych w Iraku błędów i zapowiedział „nową strategię”. Obejmuje ona wysłanie do Kraju Dwurzecza dodatkowych 21,5 tys. żołnierzy (obecnie armia Stanów Zjednoczonych w Iraku liczy około 140 tys. ludzi). Z tego 17,5 tys. zostanie rozmieszczonych w pięciomilionowej metropolii, jaką jest Bagdad, pozostali zaś trafią do zachodniej prowincji Anbar, w której wrze sunnickie powstanie. Zgodnie z nowym planem, amerykańscy żołnierze w Bagdadzie nie będą już wycofywać się po stłumieniu rozruchów czy rozgromieniu rebeliantów, lecz w każdym okręgu stolicy pozostanie batalion US Army, aby zapewnić porządek. Bush wezwał też premiera Iraku, Nuri al-Malikiego, aby zaczął wreszcie współpracować w przywracaniu spokoju.
Komentatorzy zwracają uwagę, że George W. Bush przypomina hazardzistę, który przegrał prawie wszystko i rzuca na stół jeszcze kilka monet, licząc na cud w ostatniej partii. Z pewnością dla gospodarza Białego Domu to ostatnia szansa uratowania prezydentury.
Trudno jednak znaleźć eksperta, który uważa, że zapowiedziana strategia lidera Stanów Zjednoczonych ma widoki na sukces. Włoski dziennik „La Repubblica” stwierdził, że nowy kurs Białego Domu „przypomina starą zupę, która, mimo 3 tys. zabitych Amerykanów i wydanych 357 mld dol. tylko zamieniła Irak w piekło”.
Nancy Pelosi i Harry Reid, liderzy Demokratów w Izbie Reprezentantów i w Senacie, oświadczyli, że „eskalacja militarnego zaangażowania w Iraku jest fałszywym przesłaniem”. Ale nawet wśród politycznych aliantów Busha szerzy się bunt. Zdaniem wpływowego republikańskiego senatora Chucka Hagela, plany prezydenta są najniebezpieczniejszym błędem w polityce zagranicznej od czasu Wietnamu.
Zdaniem polityków i wojskowych, 21,5 tys. nowych żołnierzy to stanowczo za mało. Ich przysłanie zwiększy tylko straty wśród Amerykanów. Gdyby Stany Zjednoczone rozmieściły w Iraku dodatkową 100-tysięczną armię na co najmniej pięć lat, być może odniosłoby to jakiś skutek. Ale tak gigantyczne i kosztowne przedsięwzięcie przekracza możliwości jedynego supermocarstwa, zresztą nie ma na nie społecznego i politycznego przyzwolenia.
Amerykanie nie mają sił ani środków, aby poradzić sobie z dwoma wielkimi zagrożeniami, jakimi są rebelia sunnitów w prowincji Anbar oraz potężna szyicka milicja, Armia Mahdiego, na której czele stoi młody, ambitny i nieprzyjaźnie do Waszyngtonu nastawiony imam Muktada al-Sadr. Stany Zjednoczone wielokrotnie wzywały premiera Malikiego do przysłania rządowych sił bezpieczeństwa, które pomogłyby spacyfikować sadrystów. Maliki obiecywał kilkanaście brygad, ale dawał najwyżej parę batalionów. Iracką policję i wiele jednostek wojskowych zdominowały bowiem szyickie milicje. Maliki jest politycznym sprzymierzeńcem Muktady – tylko dzięki głosom sadrystów ma większość w parlamencie. Wątpliwe, aby premier Iraku zdecydował się szczerze wesprzeć Amerykanów. Muktada al-Sadr liczy zaś, że znużeni chaosem w Iraku „niewierni” w końcu odejdą i to on będzie mógł objąć władzę w Bagdadzie. Przywódcy szyiccy najwyraźniej nie są zainteresowani wygaszeniem pożaru, a bez ich pomocy Amerykanie niewiele mogą wskórać. George W. Bush znalazł się w sytuacji, z której nie ma dobrego wyjścia.
Stało się tak, jak przewidywali międzynarodowi przywódcy, ostrzegający na początku 2006 r. przed inwazją na Irak. USA nie potrafią ugasić irackiego ognia, który lekkomyślnie wznieciły. Obecność amerykańskich żołnierzy generuje przemoc. Jeśli jednak się wycofają, wojna domowa w Iraku może nawet rozlać się poza granice kraju. Niewykluczone, że Arabia Saudyjska interweniuje zbrojnie na rzecz irackich sunnitów, a potężny Iran wesprze wojskowo szyickich braci w wierze.
Nic dziwnego, że Zbigniew Brzeziński, były doradca prezydenta Cartera ds. bezpieczeństwa, określił inwazję na Irak jako „prawdopodobnie największą katastrofę w historii polityki zagranicznej USA”, która postawiła pod znakiem zapytania wiarygodność globalnych działań Stanów Zjednoczonych, podminowała wiarygodność Ameryki i uwikłała ją w konflikt, którego końca nie widać”. A przecież może dojść do regionalnej eksplozji, jeśli USA lub Izrael zaatakują nuklearne instalacje Iranu. Brzeziński ostrzegł, że w administracji waszyngtońskiej jest kilku jastrzębi snujących plany konfrontacji z mającym atomowe ambicje reżimem ajatollahów.
Stany Zjednoczone coraz głębiej grzęzną w irackich lotnych piaskach, w Afganistanie oddziały USA i NATO zmagają się z talibami. Na początku roku Waszyngton otworzył nowy front wojny z terroryzmem – w Somalii. Lotnictwo Stanów Zjednoczonych, w tym ogromne „statki artyleryjskie” AC-130, naszpikowane bronią maszynową i działkami, przez trzy dni atakowało somalijskich islamistów. Podobno zginęło kilku groźnych terrorystów Al Kaidy, odpowiedzialnych za zamachy na ambasady Stanów Zjednoczonych w Kenii i Tanzanii w 1998 r. Nadchodzą jednak także doniesienia o zmasakrowanych zmasowanym ogniem z powietrza pasterzach i ich stadach.
Od 1991 r., gdy z Mogadiszu uciekł prezydent Mohammed Siad Barre, w Somalii panuje chaos. W poszczególnych regionach władzę objęli „panowie wojny”, prowadzący ze sobą krwawe wojny i bezlitośnie łupiący ludność. W 1993 r. prezydent Clinton wysłał tam pod auspicjami ONZ amerykańskich żołnierzy. Misja była jednak zbyt nieliczna, a jej cele niejasne. Amerykanie ponieśli klęskę, upamiętnioną przez film fabularny „Helikopter w ogniu”. W starciach z bojówkami „pana wojny” Mohammeda Aidida zginęło 18 amerykańskich żołnierzy, ich zmasakrowane ciała rozjuszony tłum włóczył po ulicach Mogadiszu. Clinton szybko wycofał swe oddziały. Somalia stała się dla Amerykanów symbolem niepotrzebnej, nieudanej interwencji.
„Panowie wojny” mogli panoszyć się bez przeszkód. W końcu przepędzili ich muzułmańscy radykałowie, którzy zjednoczyli się w Unię Sądów Islamskich. W czerwcu 2006 r. zdobyli Mogadiszu, wkrótce potem poddali swej władzy niemal cały kraj. Zabronili obywatelom oglądać transmisje z piłkarskich mistrzostw świata, a kobietom sprzedawać mirrę, ale wprowadzili coś w rodzaju porządku. Cena kałasznikowa na stołecznym bazarze spadła do 15 dol. za sztukę. W Wigilię 2006 r. do Somalii wkroczyła jednak armia etiopska, zaproszona przez cieszący się międzynarodowym uznaniem, lecz bezsilny tymczasowy rząd federalny. Z pewnością także Waszyngton zachęcał Addis Abebę do interwencji. Uzbrojone po zęby oddziały etiopskie bez trudu zmiażdżyły Unię Sądów Islamskich. Stany Zjednoczone skorzystały z okazji, aby wysłać lotnictwo przeciwko uciekającym muzułmańskim radykałom i liderom terrorystycznej sieci. Zwycięstwo przyszło bardzo łatwo, może za łatwo. Wielu mieszkańców muzułmańskiej Somalii uważa Etiopię, państwo o starych chrześcijańskich tradycjach, za wroga, któremu nie można ufać. Oba kraje stoczyły niedawno dwie wojny. Jeśli armia etiopska pozostanie dłużej, może wybuchnąć przeciwko niej podsycana przez islamistów rebelia. Jeśli zaś Etiopczycy, zgodnie z zapowiedzią, powrócą do domu, znów zapanuje anarchia. Może dojść do sytuacji, w której Stany Zjednoczone będą musiały wysłać do Somalii także wojska lądowe, czego za wszelką cenę pragną uniknąć. W obliczu coraz bardziej ponurego rozwoju wydarzeń na frontach wojny z terroryzmem Pentagon postanowił zwiększyć siły zbrojne o 92 tys. ludzi. Eksperci wątpią, czy to wystarczy.

 

Wydanie: 3/2007

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy