Kiedy cyrk zwalnia klauna

Kiedy cyrk zwalnia klauna

Wreszcie doszło do dymisji Borisa Johnsona. Szkoda, że tak późno

W czasie długiej i barwnej kariery w życiu publicznym – najpierw jako dziennikarza, potem komentatora, wreszcie zawodowego polityka – do odchodzącego szefa brytyjskiego rządu przylgnęło wiele określeń. Bywał nazywany bezczelnym, infantylnym, bezwstydnym, ale też błyskotliwym, ambitnym, skutecznym. Przez ostatnie kilkanaście miesięcy najczęściej jednak w kontekście Borisa Johnsona wracały słowa, które na jego temat wypowiedział wybitny brytyjski historyk i publicysta Max Hastings, przełożony popularnego BoJo w „The Observer”, jednej z najważniejszych lewicowych gazet na Wyspach. Johnson był tam korespondentem z Brukseli, publikował też na poły satyryczne felietony. Hastings miał z nim wiele problemów, bo podwładny niekoniecznie słuchał poleceń, ignorował też linię redakcyjną gazety. Mimo to nikt nigdy nie podniósł na niego ręki, nie imała się go krytyka czytelników i niechęć reszty zespołu. Było tak, bo – jak twierdził Hastings – Boris Johnson ma wiele cech, ale przede wszystkim jest teflonowy.

Lepkie ręce Pinchera

Do 6 lipca wieczorem wydawało się, że i tym razem przetrwa. Brytyjską polityką wstrząsał właśnie kolejny skandal, trudno już nawet zliczyć, który w ostatnich miesiącach. Po tzw. PartyGate, aferze związanej z imprezami odbywającymi się w biurach premiera na Downing Street 10 w czasie ścisłego pandemicznego lockdownu, ledwo odbitym przez rząd w parlamencie wotum nieufności i kompletnie zignorowanej przez media oraz opinię publiczną podejrzanej serii spotkań jeden na jeden premiera z rosyjskim oligarchą Aleksandrem Lebiediewem na jaw wyszło tuszowanie oskarżeń o napaść na tle seksualnym jednego z politycznych nominatów Johnsona.

Chodziło o Chrisa Pinchera, polityka torysów, którego odchodzący premier nominował na stanowisko zastępcy tzw. Chief Whipa, a więc osoby odpowiedzialnej za egzekwowanie dyscypliny partyjnej w czasie głosowań parlamentarnych. Jak pod koniec czerwca doniósł brukowiec „The Sun”, Pincher imprezował w jednym ze stołecznych klubów, gdzie pod silnym wpływem alkoholu miał według relacji ofiar i świadków napastować dwóch młodych mężczyzn. Pomimo wyraźnych sprzeciwów dotykał ich miejsc intymnych i kładł ręce na pośladkach. Już to było powodem do dyscyplinarnego usunięcie z urzędu, ale raczej Pinchera, niekoniecznie Johnsona. Wina premiera leżała gdzie indziej. Okazało się bowiem, że Pincher dopuścił się podobnego zachowania już po raz drugi.

W 2017 r. w identycznie ordynarny sposób zalecał się do Alexa Story’ego, działacza Partii Konserwatywnej i popularnego na Wyspach sportowca, byłego członka kadry olimpijskiej w wioślarstwie. Story sprawę zgłosił, a wobec Pinchera wszczęto postępowanie etyczne. Również z powodu podejrzenia o płatną protekcję – mężczyzna miał wprost sugerować, że może wpłynąć na „przyszłość Story’ego w Partii Konserwatywnej”, czyniąc w tym samym momencie niewybredne awanse seksualne. Sprawę przebadano, złamania zasad etycznych obowiązujących w partii nie stwierdzono. Nie znaczy to jednak, że Pincher został wybielony. Komisja nie decydowała o zasadności zarzutów, tylko o ich powadze. Puszczenie go bez konsekwencji nie było więc tożsame z uznaniem, że wspominanych czynów się nie dopuścił.

Wówczas Pincher został zmuszony do odejścia, co ciekawe, z tej samej instytucji, z biura Chief Whipa. Na chwilę znalazł się w politycznym niebycie, ale pomocną dłoń podał mu Boris Johnson, już wtedy premier Wielkiej Brytanii. Znalazł mu pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, potem zatrudnił znowu do pilnowania partyjnej dyscypliny. Dalszy ciąg historii historii już znamy, 30 czerwca Pincher ponownie rezygnował ze stanowiska.

Rząd w płomieniach

Warto przekierować wektor na samego premiera. Sprawa na jaw wyszła dzień później, 30 czerwca. Dziennikarze, ale też niektórzy politycy Partii Konserwatywnej natychmiast zwrócili się do Johnsona z pytaniem, czy wiedział o historii Pinchera, gdy wręczał mu nominację. Johnson najpierw zdecydowanie zaprzeczył, potem zaczął kluczyć i udzielać wymijających odpowiedzi. Przeciwko niemu świadczyły jednak dowody. Simon McDonald, były wiceminister spraw zagranicznych, który współkierował resortem w czasie, gdy Pincher był tam zatrudniony, poinformował BBC, że Johnson o zarzutach wobec Pinchera został poinformowany drogą formalną. Potwierdził to Dominic Cummings, były spin doktor i najbliższy współpracownik odchodzącego premiera. Według niego Johnson miał na spotkaniu w zamkniętym gronie zignorować przestrogi o potencjalnych konsekwencjach zatrudniania Pinchera, a także trywializować zarzuty wobec niego. Brytyjskie media dotarły do zeznań naocznych świadków, którzy twierdzą, że premier powiedział nawet: „Wszyscy przestępcy seksualni zawsze mnie popierają”.

Skonfrontowany z tymi cytatami Johnson w typowym dla siebie stylu ani ich nie potwierdził, ani im nie zaprzeczył. Grillowany przez opozycję w czasie środowej (6 lipca) sesji Izby Gmin oraz na spotkaniu przedstawicieli wszystkich partii odpowiadał, że nie pamięta, czy użył dokładnie tych słów. Wtedy już, w środę po południu, była to jednak kwestia wtórna. Premier miał dużo większe pożary do gaszenia – w płomieniach stanął rząd, a wraz z nim konserwatywna większość w parlamencie. I przede wszystkim jego dalsza kariera polityczna.

Pierwsze poważne rezygnacje pojawiły się we wtorek wieczorem. Od razu mocno zabolały, bo odeszli zdecydowani protagoniści ostatnich lat w brytyjskiej polityce. Rishi Sunak, kanclerz skarbu, i Sajid Javid, minister zdrowia, obaj traktowani jako symbole polityki Johnsona ostatnich lat. Dymisje złożyli w odstępstwie kilku minut, argumentując, że już nie wierzą w przywództwo swojego szefa. Za dużo skandali, kłamstw, niewyjaśnionych afer. Niekonsekwentna, pozbawiona kryteriów polityka personalna i przede wszystkim utrata poparcia w szeregach własnej partii. W końcu wotum nieufności sprzed miesiąca przygotowali niezadowoleni torysi. Johnson wygrał głosowanie minimalną większością, wypadł gorzej niż krytykowana za nieudolność w kwestii brexitu Theresa May.

Obaj ustępujący zapoczątkowali gigantyczną kulę śnieżną. Wtorek wieczorem – dwie dymisje. Środa rano – już kilkanaście, a koło południa licznik wskazywał 25. Ostatecznie zatrzymał się na 50 odejściach polityków w randze ministrów i sekretarzy stanu, dyplomatów, kierowników misji handlowych i doradców ministerialnych. W czwartek Johnson próbował jeszcze się ratować, dokonując rekonstrukcji rządu, ale to był już tylko ruch maskujący. Stało się oczywiste, że z poparcia w szeregach Partii Konserwatywnej zostały tylko zgliszcza. Niektórzy nominaci wytrwali zresztą na stanowisku półtora dnia, rekordziści zaledwie 16 godzin.

Statek opuszcza szczury

Mimo to Johnson kurczowo trzymał się stanowiska. Jeszcze w środę, atakowany przez opozycję w parlamencie, budował narrację o potrzebie dojrzałego przywództwa w trudnych czasach. Mówił oczywiście o sobie, próbując namalować autoportret odpowiedzialnego męża stanu. To też scenariusz wielokrotnie już przez niego odgrywany. Nie jest tajemnicą, że jedną z jego politycznych obsesji i ambicji jednocześnie jest postać Winstona Churchilla, którego biografię zresztą napisał. Między innymi z tego względu w pierwszych tygodniach rosyjskiej inwazji na Ukrainę był najostrzejszym jastrzębiem pośród europejskich przywódców – bardzo chciał stać się premierem czasów wojny, kimś, kto przeprowadzi Wielką Brytanię przez kryzys. Marzył, by zostać bohaterem narodowym. Dwa miesiące później prasa chętniej porównuje go jednak do klauna. Keir Starmer, lider Partii Pracy, powiedział o aferze wokół Pinchera i roli Johnsona w niej jako o „pierwszym przypadku, w którym to statek opuszcza szczury, a nie odwrotnie”. Miał na myśli dymisje współpracowników i premiera, który zdawał się wypierać fakt, że jego okręt tonie lub już znalazł się na dnie.

Do dymisji nie przekonała premiera nawet królowa, której Johnson  miał powiedzieć, że „nietaktem” byłoby teraz odchodzić. A jego głowy chcieli już wszyscy. Złożył ją w ofierze dopiero w czwartek rano, pod wpływem paraliżującej dalsze sprawowanie władzy presji i wakatów w rządzie. Zrobił to jednak w typowy dla siebie sposób, przekuwając porażkę w częściowe zwycięstwo. Zrezygnował z funkcji szefa Partii Konserwatywnej, ale premierem pozostanie co najmniej do października. Oficjalnie do momentu, kiedy zostanie wyłoniony jego następca. W praktyce jednak nikt w Wielkiej Brytanii nie wie, co dalej z nim i z jego rządem. Bo wszyscy już mają świadomość, że Borisowi Johnsonowi nie można ufać.

Kłamca, oportunista, leniuch

Tak naprawdę nigdy nie można było mu wierzyć – Johnson to człowiek uzależniony od władzy, ale też patologiczny kłamca. Karierę dziennikarską inkrustował historiami, które w całości wymyślał, i nigdy tego nie ukrywał. Z Brukseli przysyłał korespondencje na temat nieistniejących unijnych regulacji, wyśmiewając tym samym nie tylko zawiłość wspólnotowej biurokracji, ale też naiwność i głupotę tych, którzy w jego banialuki wierzyli. Trefnisiem był zresztą od czasów studiów na Oksfordzie, w czasie których należał do owianego legendami tajnego stowarzyszenia, Klubu Bullingdona. Razem z późniejszymi kolegami z rządu, Davidem Cameronem i George’em Osbourne’em rozbijali się po oksfordzkich restauracjach, dewastując je kompletnie i płacąc za szkody z kieszeni rodziców. Robili to, bo mogli. Pozwalał im przywilej, z którym Johnson nigdy się nie rozstał. Już wtedy wysyłał sygnały, że będzie doskonałym politykiem. Wygrał wybory do Oxford Union, najstarszego stowarzyszenia debat studenckich na świecie. W ostatecznej rywalizacji pokonał byłego ministra spraw zagranicznych Polski Radka Sikorskiego, który wspominał potem, że żaden rywal w żadnej kampanii wyborczej już go później tak nie poturbował, jak wtedy zrobił to Johnson.

Zawsze grał też na wszystkich możliwych frontach, bo politycznie był po prostu oportunistą. W przededniu referendum brexitowego w 2016 r. miał przygotowane dwie wersje tego samego felietonu, obie entuzjastyczne. W pierwszej cieszył się z wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii, w drugiej z pozostania we Wspólnocie. W swojej książce „Zmierzch demokracji” Anne Applebaum wspomina zresztą, że kilka tygodni przed głosowaniem Johnson ideę brexitu otwarcie wyśmiewał. Stwierdził nawet na zamkniętej kolacji ze znajomymi, że za rozwodem z Brukselą „nie zagłosuje nikt poważny”. Jak zrobił on sam – nie wiadomo. W postbrexitowej rzeczywistości odnalazł się natomiast doskonale, przekuwając wyjście z Unii w swój osobisty, epokowy wręcz triumf.

Dlaczego tym razem nie przetrwał? Albo inaczej: czemu dał się zatopić? Hipotez jest kilka, ale komentatorzy, m.in. Tom Nichols z „The Atlantic” i Georgina Goodwin z „Monocle” są zdania, że zwyczajnie nie chciało mu się już walczyć o polityczny byt. Johnson, pisze Nichols, jest bowiem z jednej strony uzależniony od władzy, z drugiej niewyobrażalnie wręcz leniwy. Odchodzi, bo ma dość. Pieniędzy w swoim życiu zarobił sporo, a z przywileju nadal korzysta. Czego dowodem jest fakt, że pomimo zbliżającej się dymisji i ogólnej krytyki ze wszystkich stron Boris Johnson planuje zorganizować bizantyjskich rozmiarów przyjęcie weselne w rezydencji brytyjskich szefów rządu w Chequers Court na północ od Londynu. Ślub wziął w zeszłym roku, na wesele nie pozwalały przepisy pandemiczne, których wyjątkowo się wtedy trzymał. U władzy zostało mu kilka miesięcy, nie byłby sobą, gdyby nie wykorzystał ich do maksimum.

Upadek na cztery łapy

Kto po nim? Nie wiadomo, przynajmniej w tej chwili, gdy kurz po katastrofie jeszcze na dobre nie opadł. Kandydatów jest kilkoro, ale wszyscy pozostają w sferze spekulacji. Liz Truss, szefowa brytyjskiej dyplomacji, to deklaratywna faworytka opcji konserwatywnej w partii. Ben Wallace, minister obrony, też ma dobre notowania, głównie ze względu na przeszłość w wojsku i opinię sprawnego w podejmowaniu decyzji. Czy Rishi Sunak i Sajid Javid zdecydują się walczyć o przywództwo w partii i rządzie, trudno powiedzieć. Do tego dochodzi architekt ostatniego wotum nieufności Steve Baker i obecny wicepremier Dominic Raab. Kandydaci tyleż interesujący, co niekonkretni. Jakby wszyscy chcieli wybadać się nawzajem, przeliczyć szable. I zobaczyć, czy Boris Johnson jest naprawdę martwy. Czy tym razem teflonowa osłona jego politycznego ego pękła pod naporem kłopotów, które sam na siebie sprowadził.

A co dalej z samym Borisem? Spadnie pewnie na cztery łapy, bo zawsze spadał. Lądowanie nastąpi jednak daleko od sceny, światła nie będą skierowane już na niego. Przez dwa lata i 348 dni na stanowisku szefa rządu sukcesywnie zmieniał brytyjską politykę w coraz mniej zabawny cyrk. Teraz cyrk zwolnił klauna. O nową pracę łatwo nie będzie, bo stare żarty nikogo już na Wyspach nie śmieszą.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 29/2022

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy