Maseczki– klęska urodzaju

Maseczki– klęska urodzaju

Rok temu problemem był brak maseczek. Dziś coraz częściej kłopoty sprawia ich nadmiar

Na początku nie było ich nigdzie. W marcu i kwietniu ubiegłego roku wszyscy błyskawicznie nauczyliśmy się skrótów FFP2, FFP3 czy KN95. Oznaczały one maseczki wyposażone w odpowiednie filtry, dające znacznie większe szanse na powstrzymanie koronawirusa przed wejściem w nasze drogi oddechowe. Maseczek brakowało nie tylko dla zwykłych ludzi, ale przede wszystkim dla pracowników medycznych. Dziś tamte „czasy niedoboru” wydają się odległą przeszłością. Choć minął rok, a my z COVID-19 wciąż przegrywamy, maseczek jest teraz wszędzie pełno. Można je dostać nawet w sklepach spożywczych czy w kioskach. Ich ceny wróciły do normy. Dzisiaj magazyny z wyrobami medycznymi są często wręcz przepełnione. Co zaskakuje, jeśli wspomnimy ubiegłą wiosnę i dramatyczną walkę o każdą sztukę sprzętu medycznego, mogącą uratować niejedno ludzkie życie.

Jednocześnie co jakiś czas pojawiały się historie o osobach, które na maseczkowym deficycie chciały zarobić. Już na początku kwietnia ub.r. amerykańskie gazety rozpisywały się o Baruchu Feldheimie, mieszkającym na Brooklynie 43-latku, który w pierwszych tygodniach pandemii skupił z rynku ponad milion sztuk medycznej odzieży ochronnej, w tym aż 192 tys. maseczek KN95. Zrobił to oczywiście z czystej chęci zysku – czekał na moment, w którym sprzętu zabraknie, jego cena poszybuje w górę, a on stanie się z dnia na dzień bogaczem i zarazem herosem. Zdążył nawet odnieść pierwsze sukcesy, bo kilku dyrektorów medycznych zrobiło u niego zakupy. Mimo że odzież sprzedawał z 700-procentowym przebiciem cenowym. Na tym jednak jego droga do sławy się zakończyła, bo wpadł w oko FBI. Agenci przejęli jego rezerwy, oskarżając go o spekulowanie cenami artykułów pierwszej potrzeby. Maseczki, rękawice i okulary zostały rozdzielone pomiędzy najbardziej potrzebujące nowojorskie szpitale.

Przypadków takich jak historia Feldheima było wiele, choć ich wysyp skończył się niemal tak szybko, jak się rozpoczął. Głównie dlatego, że po pierwszych tygodniach pandemii, kiedy cały świat, w tym sektor wyrobów medycznych, był nią przytłoczony, firmy zaczęły sukcesywnie zwiększać zdolności produkcyjne. Nagle maseczki stały się dostępne – może nie z dnia na dzień, ale przynajmniej nie trzeba było ich szukać w garażach podejrzanych sprzedawców internetowych. Wciąż zdarzały się oczywiście wpadki, jak chociażby słynna afera z zakupem przez rząd Mateusza Morawieckiego 130 tys. maseczek niespełniających polskich norm sanitarnych.

Globalnie rzecz ujmując, branża szybko stanęła na nogi, coraz skuteczniej zaspokajając rosnący popyt. Do tego stopnia, że – choć wydaje się to trudne do wyobrażenia – dziś, zwłaszcza w krajach rozwiniętych, przerosła go podaż. Innymi słowy, rok po wybuchu pandemii są miejsca, w których maseczki zalegają w magazynach. I nie za bardzo wiadomo, co z nimi zrobić.

Żeby lepiej zrozumieć źródła tego problemu, trzeba się cofnąć do marca i kwietnia ub.r. i przyjrzeć się sytuacji pandemicznej, zwłaszcza z gospodarczego punktu widzenia, nieco dokładniej. Doskonałym studium przypadku do przeprowadzenia takiej analizy jest Korea Południowa. W pierwszych dniach pandemii synonim potężnych ognisk zachorowań, potem jednoznacznie kojarzona z sukcesem w opanowywaniu wirusa, głównie dzięki precyzyjnym narzędziom kontroli kontaktów międzyludzkich. Rząd w Seulu chwalono, a naród koreański uznano za symbol karności i kolektywnego poświęcenia się, tak ważnego w dobie walki z potężnym wspólnym wrogiem. Sporą część swojego sukcesu Korea zawdzięcza jednak też decyzji władz z 9 marca, bardzo ograniczającej prawo do swobodnego zakupu masek medycznych. Apteki i sklepy specjalistyczne mogły wyprzedawać maksymalnie 80% zasobów w danym tygodniu, a pojedynczy kupujący mógł w tym samym okresie kupić tylko dwie maseczki. W dodatku każda osoba miała na to wyznaczony dzień, zależny od daty urodzenia – sprzęt medyczny sprzedawano tam w rozróżnieniu na kategorie wiekowe. Każda transakcja była rejestrowana w państwowej bazie danych, a ustawienie górnego limitu sprzedaży miało zapobiec brakom sprzętu tam, gdzie najbardziej będzie go potrzeba w przypadku nagłego wzrostu zachorowań – w szpitalach. System działał do 1 lipca, a wszystkie restrykcje w kupowaniu maseczek zniesiono 12 lipca. W tym czasie, jak podaje koreański resort zdrowia, na tamtejszym rynku rozeszło się 773,5 mln maseczek.

Polityka racjonowania sprzętu medycznego, choć zbawienna w skutkach dla społeczeństwa, okazała się trudna do strawienia dla biznesu. Po pierwsze, dlatego że w pandemii zwiększyła się liczba jego dostawców. Wiele firm, na co dzień zajmujących się produkcją zupełnie innych dóbr, zwłaszcza tych, na które w pandemii nie było już popytu, przerzuciło się na robienie rzeczy potrzebnych i pożądanych na rynku. Według danych koreańskiego rządu tylko pomiędzy marcem i wrześniem ub.r. liczba podmiotów krajowych i zagranicznych oferujących sprzedaż maseczek w Korei wzrosła ponadtrzykrotnie – ze 188 do 627. Skutek? Ci, którzy maseczek naprodukowali najwięcej, oraz ci, którzy do wyścigu dołączyli relatywnie późno, startując od zera lub przebranżawiając się, mieli ogromne kłopoty z pozbyciem się zasobów. Problematyczna była zwłaszcza druga połowa roku, kiedy rząd zniósł limity w zakupach detalicznych. Wirus znacznie ograniczył wtedy tempo rozprzestrzeniania się, a ludzie na ulicach przyzwyczaili się do chodzenia w maseczkach materiałowych, często domowej produkcji. Pozbawione ograniczeń apteki i sklepy nie musiały zachowywać dużych zapasów, więc zamawiały mniej u producentów. W konsekwencji najwięksi, tacy jak lokalny gigant farmaceutyczny Baekje Pharmaceutical, zmagazynowali zasoby warte często kilkadziesiąt milionów dolarów. Nie mieli ich komu sprzedać, a musieli nimi zarządzać, co pochłaniało gigantyczne koszty z każdym kolejnym dniem zalegania kartonów w magazynach.

Dane z innych krajów nie są wcale bardziej optymistyczne. Koncern 3M, produkujący większość maseczek KN95 na świecie, w zeszłym roku wypuścił na rynek ok. 2 mld sztuk. I choć kierownictwo firmy uważa, że branża i tak nie będzie w stanie zaspokoić potrzeb systemów opieki zdrowotnej z całego świata, dziś wydaje się to raczej biznesowym myśleniem życzeniowym. ONZ informuje, że globalna sprzedaż masek w ubiegłym roku wzrosła o 200% – w bieżącym wynik ten jest absolutnie nie do powtórzenia. W Indiach już wiadomo, że z powodu problemów z upłynnieniem zasobów padnie co druga firma, która w krytycznych momentach pandemii zaopatrywała kraj w sprzęt medyczny. Podobnie ma się sytuacja w Stanach Zjednoczonych i krajach Ameryki Łacińskiej. Skutki uboczne maseczkowej histerii sprzed 12 miesięcy nie oszczędzą nikogo. Mali zbankrutują, wielcy poniosą wysokie koszty magazynowania produktów. Nawet jeśli nakaz noszenia maseczek w przestrzeni publicznej zostanie utrzymany przez kolejne miesiące, trudno sobie wyobrazić, żeby teraz cały świat nagle zrzucił bawełniane osłonki bez filtra i zamienił je na droższe, bardzo często mniej wygodne maski medyczne. Magazyny szybko się nie opróżnią – przynajmniej nie w tej pandemii.

Konsekwencje będzie widać jednak nie tylko w biznesie. Nadprodukcja maseczek odbija się negatywnie na środowisku naturalnym. Jak informują Agencja Reutera i „South China Morning Post”, tylko w kwietniu 2020 r. na terenie Chin wyrzucano do śmieci miliard maseczek dziennie (choć w tych statystykach uwzględnia się zarówno te profesjonalne, jak i materiałowe). Wiele z nich, razem z plastikiem pochodzącym z przyłbic, okularów ochronnych i innych elementów osobistej ochrony medycznej, nie zostanie prawidłowo zutylizowanych – Agencja Reutera szacuje, że będzie to aż 75%. Odpady te trafią do oceanów, rzek, bezpośrednio do gleby, pogłębiając kryzys związany z zarządzaniem odpadami, zwłaszcza w Azji Południowo-Wschodniej.

Problem z nadpodażą maseczek nie zostanie szybko rozwiązany. Ilustruje natomiast w doskonały sposób pułapki zarządzania kryzysowego. Rok temu kupować maseczki po prostu trzeba było – bez względu na koszt i trudności logistyczne. Teraz jednak zeszłoroczna potrzeba jest dzisiejszym ciężarem. Niedawni herosi, którzy z dnia na dzień przerabiali swoje linie produkcyjne, są w dużych kłopotach. Przede wszystkim nie są już nikomu potrzebni, co pokazuje, że społeczeństwo ma bardzo krótką pamięć. A rynek jeszcze krótszą.

Fot. Shutterstock

Wydanie: 15/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy