Szpital z marzeń

Szpital z marzeń

Telewizja Polska zakupiła nową serię „Szpitala na peryferiach”

Co poniedziałek o godz. 20.00 ulice czeskich miejscowości wyludniają się. Czesi zasiadają bowiem przed telewizorami, by obejrzeć kolejny odcinek nowej serii legendarnego serialu „Szpital na peryferiach”. Wiedzą już, że ordynator Błażej nadal jest kobieciarzem i romansuje. Zostawi żonę, siostrę Inę, ale wróci do niej, gdy się dowie, że zachorowała na raka, będzie miał też problemy z prasą. Siostra Hunkova została przełożoną pielęgniarek i staje przed wyzwaniem zaakceptowania romskiej narzeczonej swego syna. Sędziwy ordynator Sova mieszka w domu starców. Pojawią się plany prywatyzacji szpitala, do czego będzie się przymierzał syn ordynatora Sovy.
– Serial cieszy się niezwykłą popularnością. Pierwszy odcinek obejrzały 4 mln widzów, co w 10-milionowym kraju jest rekordem. Więcej Czechów zasiadło przed telewizorami tylko w 1998 r., by obejrzeć nagrodzony Oscarem film „Kola”. Drugi odcinek zebrał 3,7 mln widzów, a trzeci – 3 mln. Aktorzy są na topie, świetnie sprzedaje się też książka na temat nowej serii – opowiada Zbigniew Krzysztyniak, korespondent PAP w Pradze.
Przez ekran przemknęła nawet postać niezwykle lubianego, ale już nieżyjącego doktora Sztrosmajera (kiedyś granego przez Milosza Kopeckiego). W trzecim odcinku siostra Hunkova wspomina jego ulubione powiedzenie: „Gdyby głupota umiała fruwać, pani unosiłaby się jak gołębica”.
Nową serię serialu opowiadającego o losach lekarzy z małego, prowincjonalnego szpitala zakupiła już TVP. Czy w Polsce powtórzy ona sukces, jaki odniosła u sąsiadów nad Wełtawą? I na czym polega fenomen licznych seriali, w których główną rolę odgrywają lekarze?
Daria Trafankowska, czyli siostra oddziałowa, skarży się, że sąsiadki, które znają ją od lat, zaczepiają ją i zasięgają porad medycznych. Do Andrzeja Zielińskiego (doktora Pawicy) napisała kiedyś list nauczycielka z Katowic. W imieniu swych uczniów wyznała, że gdyby zachorowali, chcieliby, by leczył ich właśnie taki lekarz – świetnie rozumiejący pacjenta. Edyta Jungowska (siostra Bożenka) jest stale pouczana i instruowana przez swoją mamę, z zawodu pielęgniarkę. Kilka razy oberwało się jej, że na ekranie źle robi zastrzyki.
W ten sposób aktorzy odczuwają skutki popularności serialu „Na dobre i na złe”. Według danych AGB Polska, losy bohaterów przyjaznego szpitala w Leśnej Górze co tydzień przyciągają przed telewizory ponad 7 mln widzów. Serial powtarza więc sukces swoich gatunkowych poprzedników.

Lekarze na ekranie
Seriale o lekarzach i ich perypetiach to od lat temat modny i nośny. W Polsce widzowie zetknęli się z ekranowym lekarzem w 1963 r. dzięki dr. Kildare’owi, granemu przez Richarda Chamberlaina. Mało było tam konkretnej medycyny – na pierwszym planie znajdowały się ludzkie relacje doktora z pacjentami, zwłaszcza tymi płci żeńskiej. W rodzimym serialu „Doktor Ewa” tytułowa bohaterka, absolwentka Akademii Medycznej, po odbyciu stażu w warszawskim szpitalu dobrowolnie zrezygnowała z możliwości awansu i życia w wielkim mieście i podjęła pracę w wiejskim ośrodku zdrowia. W ten sposób Ewa Wiśniewska wcieliła się w rolę współczesnej siłaczki uświadamiającej wieś. Potem produkcji przedstawiających zmagania z losem ludzi wykonujących zawód pod przysięgą Hipokratesa było jeszcze więcej. Niemiecka „Klinika w Szwarcwaldzie” nie spodobała się polskim widzom, gdyż była zbyt sterylna. Rekordy popularności bił za to czechosłowacki „Szpital na peryferiach”.
W amerykańskim „Providence” pani doktor zdecydowała się na powrót z Nowego Jorku do prowincjonalnego miasteczka. „Doogie Houser, lekarz medycyny” był zaledwie kilkunastoletnim medykiem, ale za to wybitnie uzdolnionym. Jednak za prawdziwe mistrzostwo w stworzeniu serialu medycznego uznaje się amerykański „Ostry dyżur”. Na studiach medycznych w USA wykładowcy zalecali swym studentom oglądanie kolejnych odcinków, bo serial słynął z wiernego odzwierciedlania szpitalnej rzeczywistości i dokładnego przedstawienia przebiegu wykonywanych zabiegów. Inaczej niż w polskim „Na dobre i na złe” tutaj lekarze czasami mają do czynienia z banalnymi problemami medycznymi. I w przeciwieństwie do innych produkcji twórcy serialu wiernie oddali też szaleńcze tempo i stres, jakie nieustannie towarzyszą walce o ludzkie życie. Widz ma wrażenie, że reżyser i jego współpracownicy chcą mu powiedzieć: „Hej, spójrz, wiedziałeś, że coś takiego istnieje na świecie?”. Znacznie mniej idealni są też główni bohaterowie decydujący o czyimś być albo nie być. Jeden jest narkomanem, drugi nie może znieść płaczącego po nocach dziecka i żony w stresie poporodowym. Popularność „Ostrego dyżuru” była tak ogromna, że nadawany w USA przez konkurencyjną stację serial „Szpital Dobrej Nadziei” nie wytrzymał tej rywalizacji i zniknął z ekranów. W Polsce stało się podobnie.

Wszyscy jesteśmy hipochondrykami
W każdej części serialu medycznego bohaterowie spotykają się z innymi ludźmi w niecodziennych sytuacjach. Opowieść o losach głównych postaci toczy się przez wiele odcinków, ale każdy przedstawia także historie pacjentów – szarych ludzi, jak widzowie przed telewizorami. Lekarze są ofiarni, pomocni, nieraz stają na głowie, słowem, czynią wszystko, byle tylko pomóc podopiecznym.
Podobnie dzieje się w szpitalu w Leśnej Górze. Wszystko jest jasne: pielęgniarki nie strajkują, lekarze nie dorabiają na boku, a większość zabiegów kończy się powodzeniem. Dla lekarzy olbrzymie znaczenie ma etyka. Nie ma frustracji ani wzajemnych animozji, za to są serdeczne stosunki między pracownikami szpitala. Nawet fartuchy wyglądają jak wykrochmalone. Choć „Na dobre i na złe” miało być polską wersją niemieckiego serialu „szpitalnego z wątkiem prywatnym”, drogi pierwowzoru i jego polskiej wersji szybko się rozminęły. W niemieckim główna bohaterka wdała się w liczne romanse i popełniła samobójstwo, zaś Zosia jest matką, żoną i lekarką niemal perfekcyjną.
Ilona Łepkowska, scenarzystka, której praca złożyła się na popularność „Na dobre i na złe”, przekonuje, że serial odniósł sukces, gdyż szpital to miejsce, w którym rozgrywają się sprawy ostateczne. Personel, pacjenci i ich bliscy muszą dokonywać trudnych wyborów i zadawać sobie zasadnicze pytania, co sprzyja refleksji widzów przed telewizorami. Artur Żmijewski (filmowy Jakub) uważa, że fenomen polega na tym, iż serial nie opowiada o realiach w naszej służbie zdrowia. Ale Żmijewski wierzy też, że znakomitych i uczciwych lekarzy jest w Polsce wielu, tylko zbyt mało o nich się mówi. Małgorzata Foremniak zwraca uwagę, że z czasem w serialu pojawiło się więcej scen, w których aktorzy rozmawiają o schorzeniach, używając terminologii medycznej, co ma działanie edukacyjne.
– Poza tym jesteśmy narodem, który ma w genach narzekanie na własne zdrowie. Czy to nie rozkosz zasiąść wygodnie w fotelu i posłuchać, co komu dokucza? – śmieje się filmowa Zosia. Czyżby fenomen seriali medycznych sprowadzał się do zasady „wszyscy jesteśmy hipochondrykami”?

Wszystko będzie dobrze
Na planie „Na dobre i na złe” podczas nagrania obecny jest konsultant, który podpowiada, radzi i uczy fachowej terminologii. Dr Katarzyna Jarus-Dziedzic, neurochirurg z Kliniki Neurochirurgii PAN, zapewnia, że większość przedstawionych w serialu przypadków medycznych wydarzyła się naprawdę. Zostały jedynie nieco zmienione na potrzeby serialu. – Popularność serialu wynika z zainteresowania własnym zdrowiem i chęci podglądania. Zdrowie człowieka jest dla niego zawsze najważniejsze. Idealistyczne rozwiązanie daje widzom pewną otuchę, pokazuje, że choroba nie zawsze musi się źle skończyć. Dla większości ludzi jest zagadką, jak wszystko funkcjonuje. Gdy pacjent wchodzi do gabinetu, zazwyczaj nie ogląda, co się w nim znajduje, bo jest zbyt zestresowany. Chcemy więc pokazać widzom nasze tajemnice – wyjaśnia dr Jarus-Dziedzic. Staramy się dobierać ciekawe przypadki. Mamy też okazję podania w krótkiej formie informacji o jakiejś chorobie. Jednak największą oglądalność mamy wtedy, gdy w odcinku przydarza się wypadek. Widzowie zastanawiają się wtedy, czy pracownikom szpitala w Leśnej Górze uda się uratować poszkodowanego. Często konstruujemy też odcinek w ten sposób, by na początku nie było wiadomo, co dolega pacjentowi.
W odcinku przedstawiającym historię pani fotograf, która właśnie wróciła z Afryki, przez kilkadziesiąt minut snuto podejrzenia dotyczące jej choroby. Pod koniec odcinka okazało się, że w grę może wchodzić nawet wirus Ebola, jednak nic nie było pewne. Dopiero w drugiej części, po przeprowadzeniu specjalistycznych badań w Londynie, okazało się, że fotoreporterka zapadła na gorączkę krwotoczną, jednak nie wywołaną przez wirus Ebola, ale przenoszoną przez gryzonie.
„Na dobre i na złe” ma też oswajać widzów z chorobami powszechnie występującymi w społeczeństwie, ale stanowiącymi pewne tabu. Dlatego w kolejnych odcinkach poruszane są problemy autyzmu czy mukowiscydozy. Seriale dostarczają również widzom wiedzy o medycznej terminologii i zabiegach. Zdaniem lekarzy, znaczna część Polaków nie rozumie większości używanych przez lekarzy pojęć. Takie nazwy jak gastroskopia, bronchoskopia i intubacja brzmią obco i z niczym się nie kojarzą. Ich znaczenie poznają dopiero wtedy, gdy sami jako pacjenci zetkną się z danym zabiegiem i zobaczą, na czym on polega. – Seriale medyczne przystępnie mówią o pewnych złożonych sprawach. Dzięki nim widzowie zaczynają się orientować, o co w tym wszystkim chodzi. W Polsce wiedza dotycząca zachowań prozdrowotnych jest ułomna. Zatem wątek edukacyjny stanowi zaletę takich seriali – uważa dr Grzegorz Południewski.
Jednak zazwyczaj lekarze traktują je z przymrużeniem oka. – Szpitalna rzeczywistość jest inna. Bohaterowie „Na dobre i na złe” długo podejmują decyzje. Tymczasem naprawdę wiele rzeczy dzieje się szybko i nie ma czasu na zbytnie dumanie. Seriale pokazują więc obraz lekarzy, jaki chciano by widzieć, świetną sytuację, w rzeczywistości panującą na niewielu oddziałach. Tak naprawdę medycyna jest wymieszana. Kiedyś miałem zajęcia z lekarzem starej daty. Powiedział mi, że każdy doktor ma swoją ścieżkę na cmentarzu. Zawodu lekarza nie można więc wykonywać w czysty, wyidealizowany sposób – mówi dr Południewski. – Amerykański „Ostry dyżur” znacznie bardziej niż „Na dobre i na złe” przypomina rzeczywistość. Panujący tam chaos i kocioł jest znacznie bliższy prawdy.
– Widzowie i pacjenci chcą postrzegać lekarzy jako ciepłych, serdecznych i mądrych, gdyż ludzie chłoną współczucie dla pacjenta. Oczywiście, w rzeczywistości szpital tak nie wygląda, ale ludzie tęsknią za bajką – tłumaczy dr Jarus-Dziedzic.
W swoim szpitalu zaobserwowała zaś, że po każdym odcinku „Na dobre i na złe” pacjenci nabierają wiary w wyleczenie. Bajka czyni cuda?

Wydanie: 46/2003

Kategorie: Media

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy