Tag "burżuazja"
Republika ubóstwa
Dlaczego Francja pogrąża się w regresie społecznym?
Korespondencja z Francji
O ile 20 lat temu Polacy wyjeżdżali na Zachód „za chlebem”, o tyle dziś ten Zachód, szczególnie Francja, coraz bardziej przypomina kraje „rozwijające się”. Choć w jej przypadku można raczej mówić o zwijaniu się państwa, a przede wszystkim jego obecności w życiu obywateli.
Gwałtowny wzrost nierówności majątkowych i dochodowych (np. kurczenie się stanu posiadania najbiedniejszych przy powiększaniu się majątku najbogatszych) w ostatnich dekadach doprowadził do oligarchizacji społeczeństwa, choć takie słowa jak oligarcha, korupcja i kolesiostwo na Zachodzie zastępuje się eufemizmami typu przedsiębiorca, lobbing, budowanie relacji itd. Towarzyszą temu pogłębiające się podziały światopoglądowe i kryzys polityczny, w obliczu których liberalne rządy coraz drastyczniej tną wydatki publiczne, co skutkuje rosnącym ubóstwem i bezrobociem. Zadziwiające jest to, że dzisiejsi liberałowie nie dostrzegają podobieństwa między ich polityką oszczędnościową a polityką kanclerza Heinricha Brüninga tuż przed dojściem Hitlera do władzy.
Bardzo podobne sygnały recesji
Warto zatem przypomnieć co nieco z historii. W latach 30. XX w. finansowo-gospodarcza zależność Europy od Stanów Zjednoczonych spowodowała – w wyniku spadku popytu w USA – falę recesji w Europie. Spadek cen wpływający na zyski przedsiębiorstw oraz gwałtowny wzrost bezrobocia (w Niemczech w 1933 r. było ponad 6 mln bezrobotnych) zachęciły ekonomistów głównego nurtu do promowania deflacyjnych polityk gospodarczych mających na celu obniżenie kosztów pracy, tak aby je dostosować do nowej sytuacji. Doszło do tego ograniczenie wydatków publicznych, co miało przywrócić nadwyżkę budżetową i wzmocnić wiarygodność państw. Taką politykę prowadził prezydent USA Herbert Hoover do 1932 r., Pierre Laval we Francji w latach 1934-1935, a przede wszystkim Heinrich Brüning w Niemczech w latach 1930-1932. Sfrustrowani sytuacją robotnicy oraz intelektualiści zaczęli się uciekać do skrajności, co doprowadziło do wydarzeń, które wszyscy dobrze znamy.
Dziś nie tylko we Francji, ale i w całej Europie zauważalne są zarówno kulturowe, jak i konsumenckie sygnały recesji. Jednym z nich jest tzw. efekt szminki: spadek popytu na dobra trwałe, a wzrost na produkty traktowane jako namiastka luksusu. Najlepszym przykładem tego mechanizmu jest popularność laleczek Labubu, które pozwalają konsumentowi sprawić sobie luksusową przyjemność przy poniesieniu względnie niskich kosztów.
Równolegle daje się zauważyć zmianę zachowań dotyczących jedzenia, czyli tzw. kryzysową gastronomię – maleje liczba wizyt w restauracjach, a zwiększają się zakupy drobnych przekąsek i kaw. Indeksy nastrojów konsumenckich ostro spadają m.in. we Francji, w Niemczech czy we Włoszech. Nastroje gospodarstw domowych są jednym z najlepszych wskaźników nadchodzącej recesji. Społeczeństwo sygnalizuje niepokój zmianą wzorców konsumpcji – ubóstwo i rozwarstwienie rosną wcześniej w kulturze, dopiero potem w raportach makro. Ubożenie klasy średniej świadczące o zbliżającej się recesji wywołuje działania zapobiegawcze,
Kto się boi potwora katastru?
Podyskutujmy poważnie o polskim regresywnym systemie podatkowym
W artykule „Jak to się stało?” (nr 50/2025) red. Marek Czarkowski nakreślił obraz nierówności po polsku. Wskazał kluczowe przyczyny tego, jak jest. Mówi zarazem, co z tym zrobić – m.in. rozpocząć poważną debatę nad reformą systemu podatkowego.
Taki sam wniosek formułują autorzy pierwszych badań nad rozkładem dochodów i majątków w Polsce w duchu metodologii szkoły Thomasa Piketty’ego. A więc nie na podstawie ankiet, jak to robią GUS czy inne think tanki, ale opierając się na danych z urzędów skarbowych. To zatem pierwszy w Polsce wyrazisty obraz nierówności dochodowych i majątkowych. Ale żeby go skorygować, trzeba skonstruować dobrą politykę podatkową. Do tego jest konieczna „otwarta, przejrzysta i świadoma debata publiczna, oparta na jakościowych danych” (P. Bukowski, J. Sawulski, M. Brzeziński, „Nierówności po polsku. Dlaczego trzeba się nimi zająć, jeśli chcemy dobrej przyszłości nad Wisłą”, 2024).
Obecnie debatę paraliżują propagandowe triki nadwiślańskich liberałów. W przestrzeni publicznej wybrzmiewają tylko argumenty przeciwników reformy podatków. I brzmią groźnie: kiedy podatki wzrosną, najlepiej zarabiający ograniczą inwestycje, tym samym osłabnie wzrost gospodarczy. Co więcej, to byłaby kara za zaradność i demotywacja dla przedsiębiorczych. W ostateczności firmy uciekną przed wyższymi podatkami do innych państw. Ale nawet ci, którzy najbardziej by skorzystali na reformie, mają mózgi zamulone antypodatkową fobią. Recepcja świata społecznego kształtuje się teraz w kalejdoskopie memów i podkastów, i to tak, by odbiorca nie mógł adekwatnie rozpoznać swojego miejsca w społecznym podziale pracy i własności. W ten sposób rodzi się „zdziecinniały obywatel”: bez tożsamości, nabuzowany przez różne media emocjami. Każdy, kto kwestionuje obiegowe mądrości, zasługuje na odium (rosyjska onuca, komunista, populista), np. dla uśmiechniętego komentariatu skrajnym lewactwem jest postulat, by państwo stało się arbitrem między kapitałem, pracą i przyrodą.
Dlatego kultowego bohatera filmu „Miś”, Wacława Jarząbka, jego dzieci i wnuków nie oburzy ucieczka korporacji od podatków, nie potępią oni lokowania kapitału w mieszkania. Nie przeszkadza im to, że rośnie w Polsce liczba miliarderów ani że amerykańscy bogacze biją kolejne rekordy pomnażania majątku, podczas gdy miliony zmagają się z inflacją, z kryzysem mieszkaniowym, z coraz trudniejszym dostępem do usług publicznych. Z wyrozumiałością przyjmą też psucie warunków pracy, uwiąd uzwiązkowienia.
Ich antypodatkowy ból można zrozumieć, ale
Listy od czytelników nr 51/2025
Śląsk to nie region, to światopogląd
Z uwagą przeczytałem rozmowę ze Zbigniewem Rokitą, autorem książki „Aglo”. Już kilka lat wcześniej ze wzruszeniem przeczytałem (i ciągle do niej wracam) inną książkę tego autora – „Kajś”. Jej tytuł został wspaniale dobrany, gdyż po prostu znaczy gdzieś i w sposób delikatny uświadamia mieszkańcom naszego kraju, że istnieje w Polsce kraina, której historia i bogactwo kulturalne są mało znane i słabo rozumiane.
Nieco wcześniej zachwyciła mnie inna książka o Śląsku – „Czarny ogród” Małgorzaty Szejnert. Tytuł również doskonale dobrany, gdyż czarny jak węgiel, czarny jak „brudny” i zakopcony bywał w przeszłości Śląsk, czarny jak ludzka nienawiść, zawiść czy inność narodowa (chyba szczególnie po 1945 r.), a jednocześnie baśniowo-tęczowy, wielobarwny w swej różnorodności zwyczajów, architektury czy przyrody, niesłychanie rodzinny, ogród miłości i wierności wszystkich wobec wszystkich, czasem także walki wszystkich przeciw wszystkim. Ale przeważa ogród, łączący wszystkie istoty ludzkie na dobre i na złe.
Urodziłem się w Wielkopolsce, ale w latach 1971-1973 pracowałem w Katowicach, a mieszkałem w tym czasie w Rudzie Śląskiej, przy ulicy Achtelika. Do tej pory mam na Śląsku wielu przyjaciół, z którymi utrzymuję kontakt. Z okien domu roztaczał się widok na dominujące na horyzoncie sylwety huty i kopalni Bobrek. To były wspaniałe czasy, do których często wracam we wspomnieniach. Dziękuję Zbigniewowi Rokicie z całego serca, że dzięki jego książkom mam wciąż żywy Śląsk przy sobie, jakbym czuł dłonią ciemnoczerwone, wilgotne cegły, z których zbudowano familoki, a w jednym z nich przecież mieszkałem.
Marek Dankowski, obecnie Zielona Góra
1% Polaków ma 30% Polski. Jak to się stało?
Stało się tak dzięki planowi Sachsa wprowadzonemu rękami Balcerowicza. Dzisiejsze założenia gospodarki kapitalistycznej są takie, aby 1% ludzi mógł być bezgranicznie bogaty i posiadać połowę dóbr świata. 10% ludzi ma żyć dobrze i pilnować tego, żeby ten 1% mógł dalej się bogacić, fajnie i łatwo żyjąc. Pozostałe 89% ma ciężko pracować i nie dyskutować. Ci ludzie mają przymierać głodem. A jak będą mogli na coś sobie pozwolić, to na kredyt, który spowoduje, że będą pracować jeszcze ciężej. Robota tych 10% to m.in. wpajanie reszcie, że czerwony = zły. Po to, by ludzie nie chcieli przeprowadzić takiego przewrotu jak rewolucja październikowa.
I tak się dzieje na całym świecie od czasów upadku bloku socjalistycznego. A to na życzenie ludzi, którzy w krajach socjalistycznych byli najbardziej uprzywilejowaną klasą społeczną, robotnikami. Dziś ich dzieci czy wnuki są albo bezrobotnymi, albo prekariatem i odbiera im się resztki tego, co wywalczył system socjalistyczny.
Michał Czarnowski
Według analizy EY-Parthenon z 2025 r. w Polsce jest ok. 4 mln osób z majątkiem powyżej 400 tys. zł – i ta grupa „zakumulowała ok. 62% całkowitego majątku w kraju”. Z kolei wcześniejsze szacunki mówią, że 10% najbogatszych Polaków (gospodarstw domowych) posiadało ok. 61,7% całkowitego majątku netto. Obecnie najbogatsze 10% Polaków prawdopodobnie kontroluje ok. 60-62% całkowitego majątku netto. Górny 1% dorosłych prawdopodobnie posiada ok. 25-30% całkowitego majątku.
Marcin Konarski
1% Polaków ma 30% Polski. Jak to się stało?
W połowie 2025 r. przy ulicy Ryżowej 72 w Ursusie rozpoczęły się prace rozbiórkowe opuszczonej willi, która na początku lat 90. XX w. była dla stołecznej elity symbolem luksusu. Teren otaczały szpalery drzew. Na posesji znajdowały się basen, kort tenisowy i jacuzzi. Właścicielem owych rozkoszy był Leonard Praśniewski – w 1990 r. czwarty na liście najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost”. Był właścicielem firmy INTER KIM, Prywatnego Banku Komercyjnego Leonard SA oraz – wspólnie z Ireneuszem Sekułą i japońskimi inwestorami – linii lotniczej Polnippon Cargo. Dziś mało kto pamięta o nim i jego interesach.
Błyskawiczne fortuny
Praśniewski, podobnie jak Ryszard Krauze, Jan Kulczyk, Zygmunt Solorz czy „artyści biznesu” Bogusław Bagsik i Andrzej Gąsiorowski, należał do pierwszej fali polskich milionerów, którzy błyskawicznie się wzbogacili na początku transformacji ustrojowej. Jaka była tajemnica ich sukcesu? „Pierwszy milion dostałem od ojca”, powiedział w jednym z wywiadów Kulczyk. „Pierwszy milion trzeba ukraść”, rzekomo oświadczył premier Jan Krzysztof Bielecki.
Według oficjalnej narracji fortuny, które powstały w latach 90., były nagrodą za przedsiębiorczość, odwagę i ciężką pracę. W rzeczywistości liczyły się dobre układy z przedstawicielami administracji państwowej.
Fundamentem fortuny Zygmunta Solorza stała się przyznana mu w styczniu 1994 r. koncesja dla ogólnopolskiej Telewizji Polsat. Zapłacił za nią 10 mld ówczesnych złotych, czyli 1 mln zł po denominacji, co było kwotą nikczemnie skromną. Szybko zaczął zarabiać krocie na emisji reklam.
W latach 1990-2004 przekształceniami własnościowymi objęto 7165 przedsiębiorstw państwowych. Część przejęli rodzimi biznesmeni. Nie zawsze w jasnych okolicznościach.
Jeśli w 1990 r. 1% najbogatszych Polaków kontrolował od 5% do 8% majątku narodowego, a nierówności społeczne były jednymi z najniższych na świecie, to już w 2022 r., według World Inequality Report przygotowanego przez zespół znanego ekonomisty Thomasa Piketty’ego z Paris School of Economics, 1% najbogatszych Polaków kontrolował ok. 30,3% majątku narodowego.
Jaka dziś jest wartość tegoż majątku narodowego? Niełatwo dokonać wyceny. Gdybyśmy zsumowali wszystkie składniki: wartość rynkową mieszkań, gruntów, infrastruktury państwowej, fabryk oraz oszczędności prywatnych Polaków, łączna wartość majątku Polski brutto przekraczałaby szacunkowo 12-15 bln zł.
Oficjalna wartość „księgowa” netto, uwzględniana w międzynarodowych rankingach i pomniejszona o długi, wynosi ok. 7,4 bln zł (1,85 bln dol.). Pod tym względem zajmujemy 27. miejsce na świecie, wyprzedzając m.in. Austrię, Izrael i Portugalię.
Ścieżki awansu
Dziś, by trafić na listę 100 najbogatszych Polaków, trzeba mieć majątek o wartości ponad 1 mld zł. Szacuje się, że wartość dóbr zgromadzonych przez to grono wynosi 315 mld zł. To 9,26% PKB Polski za rok 2024.
A przecież owa setka to wierzchołek góry lodowej. Rodzima elita majątkowa i finansowa jest znacznie liczniejsza. 1% populacji to 376 tys. osób. Kontrolują one wspomniane 30,3% majątku narodowego o wartości – zależnie od przyjętej metodologii liczenia – od 2,2 bln do 4 bln zł.
Gdybyśmy wyobrazili sobie mapę Polski jako reprezentację całego bogactwa kraju,
Jak Trump testuje prawo łaski
Akt miłosierdzia w rękach amerykańskiego prezydenta zmienia się w kolejne narzędzie naboru i ochrony lojalistów
Korespondencja z USA
Przez stulecia amerykańscy przywódcy używali prawa prezydenckiej łaski jako symbolu, aktu pojednania albo korekty nazbyt surowego wyroku, jeśli przemawiały za tym okoliczności. Trump, jak to on, podeptał tę tradycję, zmieniając akt łaski w kolejne narzędzie szerzenia korupcji i ochrony lojalistów. Ale czy tylko?
„Ułaskawienie (…) to akt dobroczynności udzielany w dyskrecji przez władzę wykonawczą (…) i nie winien być traktowany jako wymierzanie kary, ale korekta ewentualnie zbyt rygorystycznych praw”, pisał w 1788 r. Alexander Hamilton, jeden z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych, uczestnicząc na łamach ówczesnej prasy w publicznej debacie na temat prac nad konstytucją. Konstytucja weszła oficjalnie w życie rok później, a prawo prezydenckiej łaski zostało w niej opisane w art. II jako „prawo do udzielania odroczeń i ułaskawień za przestępstwa przeciwko Stanom Zjednoczonym, z wyjątkiem przypadków impeachmentu”.
Pierwszego ułaskawienia dokonał już Jerzy Waszyngton, stwarzając ważny precedens, który nada prezydenckiemu miłosierdziu specyficzny charakter – w 1794 r. przebaczył winy liderom ruchu oporu przeciwko wyższym podatkom na whisky. Nowo powstałe, ale bardzo zadłużone po wojnie niepodległościowej państwo chciało w ten sposób podreperować swój budżet. Choć do stłumienia „rebelii o whisky” Waszyngton potrzebował aż 13 tys. żołnierzy i tym samym stał się jedynym w historii USA urzędującym prezydentem udzielającym się na polu bitwy, użył prawa łaski, by zasygnalizować, że w nowoczesnym państwie szanującym prawa człowieka każdy zasługuje na drugą szansę.
Ta sama myśl przyświecała 30 lat później Andrew Jacksonowi, gdy ułaskawił seryjnego rabusia pocztylionów skazanego na karę śmierci. Co ciekawe, złodziej nie przyjął jego aktu łaski, tworząc z kolei precedens, że prezydenckie ułaskawienie musi być zaakceptowane przez adresata, by nabrało mocy prawnej.
W myśl idei o drugiej szansie Andrew Johnson ułaskawił w 1865 r. wszystkich ocalałych z wojny żołnierzy armii konfederackich, a Barack Obama – setki przestępców, głównie kolorowych, odbywających wyroki za pomniejsze przewinienia związane z kradzieżą i posiadaniem narkotyków.
Łaska pod lupą
Przez większą część dziejów Amerykanie bardzo uważnie patrzyli jednak prezydentom na ręce i nie wahali się ich krytykować, gdy stwierdzali, że sprawy posunęły się za daleko. Tak było w przypadku łaski dla Richarda Nixona, skazanego za aferę Water-gate (nielegalne podsłuchiwanie opozycji), któremu pomógł jego
Człowiek człowiekowi człowiekiem
Od kilku miesięcy Podkowa Leśna wciąż jest gminą o najwyższym zaszczepieniu przeciw COVID-19, ale Wronki ją doganiają Zwykły dzień. Dworzec Podkowa Leśna Główna WKD. Po godz. 6 pociągi w kierunku Warszawy jeżdżą co 10 minut. Na peronie za każdym razem gromadzi się od 20 do ponad 30 osób. Głównie ludzie młodzi, jadą do szkół albo firm w Warszawie. Przed wejściem do pociągu każdy zakłada maseczkę. Opowieści o tym, że w pociągach nikt nie przestrzega pandemicznych rygorów, mieszkańców tego miasta nie dotyczą. Podkowa







