Tag "filozofia"

Powrót na stronę główną
Felietony Stanisław Filipowicz

Róża Luksemburg i Kalwin

Przerzucam wydane niedawno „Notatniki” Alberta Camusa. Coraz mniej mam cierpliwości do zawiłych wywodów. Prawdziwy talent jest lakoniczny. Zresztą, ile warta jest dzisiejsza „literatura”? W czasach, gdy – dzięki funkcji „kopiuj wklej” i wsparciu AI – już właściwie każdy może zostać autorem „książki”? Tych książek, dodam na marginesie, jest coraz więcej, ale nikt ich nie czyta, bo wszyscy są zajęci pisaniem.

U Camusa w notatkach z 1948 r. odnajdziemy cytat pochodzący z rozprawy „O rewolucji” Róży Luksemburg. Czytamy: „Panowanie szerokich mas ludowych jest całkiem nie do pomyślenia bez wolnej, nieskrępowanej prasy, bez swobodnego życia stowarzyszeń i zgromadzeń”.

Jaką siłę mają nasze marzenia o wolności? Bywa różnie. Niestety, na ich drodze bardzo często staje kult prawdy – gdy dochodzi do głosu, wolność zaczyna przeszkadzać. Tak było w czasach wielkich rewolucji, tak jest dzisiaj, w dobie wojen kulturowych, kiedy liberalną zasadę wolności i wzajemnego uznania obezwładnia pomieszana z nienawiścią pogarda.

W jaki sposób prawda staje się narzędziem przemocy? Dlaczego wolne słowo tak często musi się cofać? Niestety, fanatyzm bez trudu usuwa ze swojej drogi sceptycyzm. Wahanie nie może stać się źródłem siły – sceptycy nigdy nie sięgają po miecz. Przewagi wolności słowa mają kruche podstawy: głód prawdy jest zawsze silniejszy niż szlachetne powątpiewanie. Czy nasza przyszłość należy do fanatyków i demagogów?

No dobrze, skręciłem w złą stronę, nasunęły się złe skojarzenia. Wracam więc na właściwe tory. Pomówmy o rozumie i tolerancji, pomówmy o tradycji Zachodu. Kalwin, Genewa, rok 1553, czas reformacji, na szali postawiono prawdy otwierające drogę do zbawienia. Kalwin głosi swoje nauki z najgłębszym przekonaniem,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Człowieku, leń się!

Kultura kapitalistyczna wmawia nam, że lenistwo to problem

Ponad 90 lat temu Bertrand Russell w głośnym eseju „Pochwała lenistwa” przekonywał, że to właśnie czas wolny jest jednym z fundamentów postępu cywilizacyjnego. Trudno jednak nie zauważyć pewnego drobnego szczegółu – przez większość historii ów czas wolny był luksusem zarezerwowanym dla nielicznych, opłacanym ciężką pracą i potem mas ludzi pracujących. Russell pisał o tym jak o cieniu przeszłości, który pada na jego współczesność. Dziś brzmi to raczej jak komentarz do wczorajszych wiadomości. Niechęć do lenistwa nie jest przypadkowa, ponieważ stanowi ono rysę na starannie wypolerowanym micie, wedle którego to ciężka praca ma nas kiedyś zbawić – a przynajmniej zapewnić emeryturę.

ABC lenistwa

Wielki Słownik Języka Polskiego definiuje lenistwo jako cechę kogoś, kto nie ma chęci do działania i komu trwanie w bezczynności sprawia przyjemność. Lenistwo pozostaje w relacji znaczeniowej z takimi synonimami jak nieróbstwo i próżniactwo. Przeciwstawia mu się zaś słowo pracowitość. Już na poziomie znaczeń i ich przeciwieństw przyzwyczajono nas do myślenia, że lenistwo, a nawet chwila wytchnienia, to zwykła strata czasu, coś, czego należy się wstydzić i unikać.

Prawda okazuje się jednak przewrotna. Świadome nicnierobienie bywa dziś aktem zdrowego rozsądku. Eksperci nie mają wątpliwości: odpuszczenie od czasu do czasu działa na naszą korzyść – obniża poziom stresu, reguluje ciśnienie i pozwala złapać oddech w świecie ciągłej produktywności. Jeden leniwy dzień w tygodniu nie jest więc plamą na honorze, lecz inwestycją w dobre samopoczucie. Oczywiście jak zawsze granica między odpoczynkiem a tzw. nieróbstwem wymaga wyczucia. Za Arystotelesem wypada powiedzieć, że nawet w lenistwie trzeba znać umiar.

Prof. Marcin T. Zdrenka, autor książki „O gnuśności. Studium lenistwa i jego kontekstów”, twierdzi m.in., że historia bezczynności zatoczyła pewne koło. Zaczęło się od wymiaru pozytywnego, czyli starożytnych myślicieli, a skończyło na złym próżniactwie, rozlanym na całe konsumpcyjne i roszczeniowe społeczeństwo. Ale romantyczna wizja myślicieli antyku również ma ciemną stronę. Praca była wtedy domeną niewolników i rzemieślników,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Szahaj Felietony

Malinowski, Fleck i inni

Gdy byłem visiting fellow w Cambridge, wybrałem się do Department of Social Anthropology, aby wziąć udział w seminarium naukowym. Od czasu bowiem, gdy miałem przyjemność słuchać na studiach wspaniałych wykładów z historii antropologii kulturowej prof. Marka Ziółkowskiego (późniejszego senatora i ambasadora), moja miłość do tej dyscypliny naukowej była niezachwiana. Szefem departamentu (katedry) był wtedy Ernest Gellner, światowej klasy żydowsko-czesko-brytyjski antropolog kultury. Zapytał, skąd jestem… i przeszedł na polski. Choć było to zaledwie kilka słów przywitania i zgody na wzięcie udziału w seminariach katedry, i tak zrobiło na mnie wrażenie. Równe temu, jakie odniosłem, gdy wiele lat później wybitny filozof i estetyk amerykański Joseph Margolis (a było to w Houston podczas zjazdu jednego z oddziałów amerykańskiego towarzystwa filozoficznego) nagle przerwał prowadzoną po angielsku konwersację i powiedział do mnie po polsku: „Wiesz, moja mamusia nigdy nie chciała ze mną rozmawiać w jidysz, zawsze po polsku”. Wracając do Gellnera, bywał później w Polsce i wiem, że był zaprzyjaźniony z polskimi antropologami kulturowymi. Jak się okazało, w jego katedrze byli także inni znający język polski. Skąd się tam wzięli? Przebywali na stażach w Polsce.

Dlaczego tutaj? Odpowiedź musi nas skierować w stronę jednego z najwybitniejszych polskich naukowców wszech czasów, a mianowicie Bronisława Malinowskiego. Zaryzykuję tezę, że obok Kopernika i Marii Curie-Skłodowskiej jest on najbardziej znanym na świecie polskim badaczem. Założycielem instytucjonalnym antropologii kulturowej jako nauki uniwersyteckiej,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Czy Nawrocki jest konserwatystą?

Największym zagrożeniem dla świata są cyniczni zamordyści udający konserwatystów

Skrót CPAC wszedł już na stałe do języka polskiej polityki. Conservative Political Action Conference to coroczna impreza amerykańskiej prawicy, organizowana od lat 70. XX w. W jej ostatniej edycji, która odbyła się pod koniec marca w Teksasie, oprócz polityków z USA wzięli udział zagraniczni goście, spośród których jedyną głową państwa był prezydent Karol Nawrocki. Ten sam, dla którego w maju 2025 r., kilka dni przed drugą turą wyborów, urządzono w podrzeszowskiej Jasionce lokalną edycję CPAC, której głównym gościem była Kristi Noem, ówczesna szefowa Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego USA z ekipy Donalda Trumpa (zresztą niedawno przez niego zdymisjonowana).

Nic dziwnego, że podczas ostatniej konferencji w Teksasie polski prezydent bił rekordy w podlizywaniu się Trumpowi. „Wasz prezydent jest prawdziwym przyjacielem Polski, ale jest również wojownikiem: walczy o lepsze życie dla Amerykanów, w tym dla prawie 10 mln Polaków, którzy uczynili Amerykę swoim domem. Potrzebujemy takich przywódców jak on: przywódców, którzy na pierwszym miejscu stawiają swoich obywateli, chronią ich miejsca pracy, bronią rodzin i zabezpieczają ich przyszłość”, mówił Nawrocki do uczestników najważniejszej imprezy amerykańskiej prawicy, rewanżując się za skuteczne poparcie sprzed roku. Ale też kolejny raz potwierdzając swoje bezkrytyczne zapatrzenie w Trumpa i stuprocentowe uzależnienie od niego.

Karol Nawrocki oczywiście nie jest pierwszym polskim politykiem, który nazywa siebie konserwatystą. Jest jednak pierwszym znaczącym politykiem w III RP, który związał swoje losy z konserwatystami zza oceanu. Dotąd w naśladownictwie amerykańskiej prawicy specjalizował się u nas polityczny i ekonomiczny folklor spod znaku Janusza Korwin-Mikkego, dziś mamy formacje Mentzena i Brauna, przy czym ci politycy wyraźnie podkreślają rozbieżność interesów Polski i USA. Odwrotnie niż PiS, które zawsze było ostentacyjnie proamerykańskie (a przy tym antyrosyjskie i coraz bardziej antyniemieckie), ale ze względu na swój etatystyczny i socjalny charakter w niczym nie przypominało skrajnie wolnorynkowych konserwatystów ze Stanów Zjednoczonych.

Dwa nurty

Dopiero w osobie Karola Nawrockiego doszło do syntezy obu tych nurtów, czemu trudno się dziwić: wszak został on prezydentem dzięki połączeniu głosów prawicy pisowskiej, mentzenowskiej i braunowskiej. Nawrocki należy też do nowego pokolenia prawicowych polityków, wychowanego już na internetowym bełkocie i chamstwie oraz na kulcie Donalda Trumpa, który w gruncie rzeczy nie ma wiele wspólnego z dawną prawicą amerykańską, symbolizowaną przez poprzednich prezydentów z Partii Republikańskiej: Eisenhowera, Nixona, Forda, Reagana i obydwu Bushów. Wszyscy oni – mimo licznych błędów i nieprzemyślanych decyzji, zdarzających się każdemu przywódcy – prowadzili politykę racjonalną i przewidywalną, która starała się umacniać pozycję i autorytet USA w świecie środkami akceptowanymi przez partnerów zagranicznych i większość amerykańskiego społeczeństwa (podobnie postępowali kolejni prezydenci z Partii Demokratycznej). Na ich tle Trump nie tylko jest politycznym ignorantem i arogantem, ale też szkodzi stabilności świata i samej Ameryce, która wskutek jego działalności ma coraz mniej sojuszników, a coraz więcej wrogów.

Z takim oto patronem związał swój los obecny polski prezydent, pośrednio czyniąc z nas wszystkich, obywateli RP, wiernopoddańczego sojusznika najgłupszej chyba administracji w dziejach USA. Możemy oczywiście się pocieszać, że to nie prezydent sprawuje w Polsce realną władzę,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Stanisław Filipowicz

O sztuce myślenia do góry nogami

Czy warto zajmować się przeszłością, czy to nie strata czasu? Przeszłości przecież już nie ma. Komu potrzebny jest gruz pamięci, po co nam wypłowiałe obrazki? Natrętne mamidło naszych czasów – pojęcie postępu – zachęca nas do przekory. Obrazków jednak nie lekceważmy, wielka albowiem jest siła przykładów. Czasami potrafią powiedzieć więcej niż wielotomowe biblioteki. Pokazać to, czego nie potrafilibyśmy – a może nawet nie chcielibyśmy – zobaczyć.

Wniosek: nauczmy się patrzeć przeszłości prosto w oczy. Na przykład kwestia dobra i zła. W jakim punkcie trzeba przyłożyć oko, by uchwycić różnicę? Jak sobie radzić, gdy wszystkie prawdy stanęły na głowie i musimy myśleć „do góry nogami”, uczestnicząc w coraz większym zamieszaniu? Tak to dziś wygląda. Toczą się wojny, coraz wyraźniej widzimy, że pojęcia prawa i moralności wyrwały się nam spod kontroli. Ostatecznie kto ma siłę, ten ma rację.

Żyjemy w czasach, które z wielkim zapałem deklarują się po stronie „wartości”. W moich najbardziej przygnębiających snach widzę transparenty z napisem: „Jesteśmy po stronie wartości”. Kto? Oczywiście „My”. A zatem? Wiadomo, ci lepsi. Oto maligna naszych czasów – założycielska fikcja „wolnego świata”. Pogląd, zgodnie z którym Zachód stanął na szczytach dziejów, prowadząc krucjaty w obronie „wartości”. Broniąc cywilizacji przed barbarzyńcami. Kolejna manifestacja tej „prawdy” nabrała dziś kształtu w Iranie.

W 1812 r. Napoleon postanowił wyruszyć na Moskwę. Jego intencje były szlachetne – określając swoje stanowisko wobec Rosji, oświadczył: „Trzeba ich odrzucić tak daleko w głąb lodowatej pustyni, żeby nie wrócili i nie wtrącali się do spraw cywilizowanej Europy”. Cywilizacja wypowiedziała wojnę antycywilizacji.

Ciekawe, minęło ponad 200 lat, a my wciąż nie opuszczamy naszego posterunku – żyjemy w trwodze, z myślą o nadciągającej nawałnicy. Eksperci każą się mieć na baczności. Snują swoje przewidywania: dwa, trzy lata, a może pięć. Wszystko jest jasne, czasu zostało niewiele. Z drugiej strony kalkulacje strategów obejmują dziesięciolecia. Planujemy wydatki, próbujemy zaciągać kredyty. Jakie źródła mają zatem potoki „jasnowidzenia” podsycające atmosferę napięcia? Komu są tak bardzo potrzebne werble wojenne? Co oznacza to podwójne widzenie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Podcinanie skrzydeł zetkom

Pokolenie Z na rynku pracy wcale nie jest roszczeniowe

Przedstawiciele pokolenia Z, chociaż dopiero wchodzą na rynek pracy, już się zmagają z negatywnymi stereotypami na swój temat. Media głównego nurtu kreują obraz zetek jako pracowników roszczeniowych, leniwych i narzekających. Najmłodszym dorosłym obrywa się też w internecie, gdzie wyśmiewa się ich jako duże dzieci, które do pracy najchętniej przyszłyby z mamą, bo ona wszystko za nich zrobi. Legendarne są opowieści o procesach rekrutacyjnych. Historie w stylu: mieli przyjść na rozmowę o pracę, ale skorzystali tylko z toalety i poszli do domu.

Oczywiście jest w tym wszystkim ziarno prawdy. Na ile jednak ten obraz jest przekłamany? Być może zetki to po prostu pierwsze pokolenie, które zrozumiało, że praca nie musi być sensem życia? To zaś nie wpasowuje się w narrację o pracy wtłaczaną nam do głów od czasu transformacji. Wygodną jedynie dla przedsiębiorców i wielkich korporacji.

Łabędzi śpiew

Do 2030 r. przedstawicielki i przedstawiciele pokolenia Z (inaczej Gen Z, zoomersi, czyli osoby urodzone w latach 1995-2012) będą stanowić niemal jedną trzecią globalnego rynku pracy, co podkreśla Światowe Forum Ekonomiczne. Ogólnopolskie badanie „Work War Z” – tytuł odwołuje się do filmu o niszczącej świat epidemii zombie, ale konkluzje są zdecydowanie dalekie od apokalipsy – pokazuje zaś, że pokolenie Z to grupa pracowników o jasno określonych oczekiwaniach wobec rynku pracy. Co ciekawe, wbrew stereotypom te oczekiwania bardzo często pokrywają się z priorytetami starszych pokoleń.

„Największe znaczenie dla tej grupy ma atrakcyjne wynagrodzenie, docenienie przez pracodawcę oraz możliwość zachowania równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. Firmy, które dostosują swoje strategie do tych potrzeb, mają realną szansę na przyciągnięcie i zatrzymanie młodych talentów oraz budowanie stabilnych i zaangażowanych zespołów. By to osiągnąć, konieczne jest jednak wprowadzenie zmian w obszarze wynagrodzeń, kultury organizacyjnej, komunikacji, elastyczności pracy oraz strategii rozwoju zawodowego. Ma to szczególne znaczenie w kontekście budowania zespołów międzypokoleniowych”, czytamy we wnioskach z raportu.

Słowem, pracodawcy muszą się dostosować do zmian społecznych, zamiast narzekać, że kiedyś to się pracowało, a teraz już nie. Skoro jednak oczekiwania kilku pokoleń pokrywają się na poziomie ogólnym np. co do zarobków (45% respondentów badania „WWZ” uważa, że to jeden z dwóch najważniejszych czynników motywujących, a 23% wskazuje docenienie w pracy), warto się zastanowić, dlaczego postrzega się pracowników z pokolenia Z jako dziwaków z innej bajki. Wszystko zaczyna się od mediów głównego nurtu, które do spółki z wielkim biznesem podtykają nam sugestie, jak mamy postrzegać pracę. Ten tandem kształtuje nasze traktowanie pracy od czasów transformacji. Warto, za Zofią Smełką-Leszczyńską, autorką książki „Cześć pracy. O kulturze zap***dolu”, zadać sobie pytanie o dysproporcję pomiędzy materiałami medialnymi na temat praw pracowniczych czy strajków załóg a wywiadami z reprezentantami biznesu.

Te same media suflują nam utyskiwania na pokolenie Z, które ma być koszmarem na rynku pracy. Najbardziej „zatroskane” o młodzież tytuły to wszelkiego rodzaju quasiekonomiczne portale, takie jak Business Insider, Money.pl, Forbes i oczywiście wiecznie zatroskana o utrzymanie postbalcerowiczowskiego status quo „Gazeta Wyborcza”. Głównym zarzutem wobec zetek jest w tych tytułach roszczeniowość. Co warte podkreślenia, na pokolenie Z patrzy się jak na nastolatki idące do pierwszej pracy. Tymczasem najstarsi przedstawiciele tego pokolenia, z rocznika 1995, mają dziś 31 lat. Najmłodsi z kolei, z rocznika 2012, mając lat 13, przeważnie nawet jeszcze o pierwszej pracy nie myślą.

Zbiór zachowań określanych przez media głównego nurtu jako „roszczeniowość” zetek obejmuje m.in. oczekiwanie godnych zarobków i umowy o pracę, tego, że staż będzie płatny, a sama praca trwać będzie tyle godzin, ile ma się w umowie. To ostatnie jest wręcz zbrodnią wśród tuzów rodzimego biznesu. Przypomnijmy słowa Rafała Brzoski, który jest kopalnią cytatów: „Do roboty chodziło się w czasach komunizmu. I niestety niektórym tak już zostało. Przychodzą do pracy o 8, wychodzą o 16 i nie odbierają telefonu

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Stanisław Filipowicz

Demony polityki

Zło rodzi dobro, dobro staje się początkiem zła. Takie wnioski wysnuwał Niccolò Machiavelli, przypatrując się sprawom naszego świata w „Rozważaniach nad pierwszym dziesięcioksięgiem historii Rzymu Liwiusza” i losom Florencji w „Historiach florenckich”. Największe zbrodnie polityczne wynikają na ogół z upodobania do rzeczy wielkich – otoczonych aureolą świętości i dostojeństwa. Właśnie wtedy zło przemawia językiem dobra, przyswaja sobie jego reguły, pochłania jego treść i obraca ją na własną korzyść, ukrywając się za jego fasadą.

Fanatycy terroru byli zawsze entuzjastami świętej sprawy, stojącymi na postumencie najwyższych wartości. W dniach terroru jakobińskiego Francją rządziły hymny republikańskie – namiętne peany obrońców wolności, równości i braterstwa. Dobro stawało przeciwko złu. Jak wielkich ofiar domaga się dobro?

Robespierre, przywódca czasów terroru, brak poświęcenia traktował jako zdradę. Spał krótko, czuwał. Amerykański historyk Colin Jones w znakomitej pracy „Upadek Robespierre’a. Ostatnie 24 godziny terroru” stawia nam przed oczami postać mściwego fanatyka – człowieka pozbawionego wahań, które mogłyby stworzyć szczelinę w monolicie doktryny. „Nieprzekupny” – taki przydomek nadano Robespierre’owi – nie pragnął żadnej nagrody ani żadnych zaszczytów. Mieszkał skromnie, w pokoju wynajmowanym u stolarza. Żył dla sprawy, studiował donosy. Nie pomyślał, że skończy tam, gdzie wysyłał swoich wrogów – na gilotynie.

Ciekawe, tyrani nowoczesności (podobnie jak dzisiejsi dyktatorzy mody) upodobali sobie stylistykę skromności, wybrali surową lakoniczność. Mundur symbolizuje poświęcenie, stać się może szczelną maską nikczemności. Ostentację uprawiali tylko rzymscy cezarowie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Spokojnie! Kościół stać na wasze pensje!

Odpowiedź na polemikę przedstawicieli Stowarzyszenia Katechetów Świeckich

Zaciekawiło mnie to, że w polemice z tekstem „35 lat religii w szkole i coraz szybsza laicyzacja” autorzy odnoszą się jedynie do tych tez, które są dla nich wygodne. Nie ma słowa o tym, jak nierówne jakościowo potrafią być lekcje religii. A przecież rozmawiałem o tej kwestii z praktykiem, który religii uczył. Polemiści mają też problem z przedstawianymi danymi o postępującej laicyzacji. Jest próba ich odwrócenia, swoich liczb jednak nie przytaczają. To duży błąd, bo czytelnicy „Przeglądu” nie dają się nabierać na kuglarskie sztuczki. Liczby nie kłamią – zlaicyzowana przyszłość jest nieuchronna.

Nie traktujmy zatem nauczycieli religii jak górników. Nadszedł czas na przekwalifikowanie się. Według danych ZNP brakuje ok. 20 tys. nauczycieli, więc nie ma strachu. Autorzy twierdzą, że podlegają tym samym standardom dydaktycznym co inni nauczyciele – ciekawe jest sformułowanie, że są jacyś inni nauczyciele i nauczyciele religii. Zmiana może być o tyle trudna, że np. ucząc języka polskiego czy matematyki, trzeba będzie się trzymać programu nauczania ustalanego przez MEN.

Takie podejście rozwiązuje jednak problem finansowy, chyba najważniejszy, skoro otwiera nadesłaną polemikę. Autorzy twierdzą,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Albo dobrze, albo wcale

Czy w Polsce już nie obowiązuje reguła, że o zmarłych mówimy tylko dobrze?

Maksyma de mortuis nil nisi bene (o zmarłych albo dobrze, albo wcale) w istocie pochodzi z Grecji. Uważa się, że jej autorem był Chilon ze Sparty – jeden ze słynnych siedmiu mędrców. Republika Rzymska przyswoiła tę normę najprawdopodobniej w okresie III-I w. p.n.e. Niemniej jednak podkreślenie jej znaczenia i wagi nastąpiło dopiero za sprawą rozwoju chrześcijaństwa, a więc w okresie schyłkowym Cesarstwa Rzymskiego oraz po jego upadku.

Geneza tej maksymy odsyła zatem do wspólnot politycznych opartych na zasadzie równości obywateli (pomimo różnic w zajmowanej przez nich pozycji i charakterze ustrojowym danej jednostki politycznej), następnie zaś dokonuje się jej recepcja w kulturze chrześcijańskiej, co, rzecz jasna, ma konsekwencje. Chrześcijaństwo bowiem wzbogaca ją o namysł nad równością wszystkich ludzi wobec nieuchronności śmierci oraz przekonanie, że to Bóg, nie człowiek, jest ostatecznym sędzią zmarłego.

Norma obyczajowa

Zanim rozważymy kwestię obowiązywania normy „o zmarłych albo dobrze, albo wcale” na polskim gruncie, zastanówmy się nad jej charakterem, znaczeniem i rolą.

Przede wszystkim jest to norma obyczajowa. Jakkolwiek bezczeszczenie zwłok jest prawnie zakazane, to już „bezczeszczenie” pamięci o zmarłym nie wywołuje skutków prawnych. Znaczenie tej maksymy dotyka przy tym fundamentów relacji społecznych, które w założeniu powinny być oparte na wzajemnym szacunku i uznaniu. Wszak samo stwierdzenie, że nie mówi się źle o zmarłym, sugeruje, że istnieje relacja, i to wzajemna, która oznacza, że dana osoba żyła w danym społeczeństwie i jako taka wywierała wpływ, pozytywny lub negatywny, na otoczenie. Zastosowanie tej maksymy wobec śmierci osoby, która żadnego wpływu na nas nie miała i nic nie wiemy na jej temat, byłoby mało sensowne.

Co wyraża swoisty gest powstrzymywania się przed wypowiadaniem negatywnych komentarzy na temat osoby, która odeszła? Z jednej strony, elementarną solidarność i zrozumienie wobec kondycji ludzkiej tego, że nasze życie ma kres. Według Heideggera nasza egzystencja jest byciem-ku-śmierci, wywołującym w nas trwogę. Zdecydowanie jest pewien wymiar egzystencjalny w znaczeniu tej maksymy. Z drugiej strony, gest ten wyraża troskę, zrozumienie, szacunek i współczucie dla bliskich osoby zmarłej. W tym znaczeniu kieruje nas on nie tyle ku refleksji nad „majestatem śmierci”, ile ku życiu tu i teraz, które dzielimy z innymi. Albo poprzez odpowiednie reakcje będziemy budowali lub podtrzymywali społeczne relacje z innymi, albo podejmiemy działania, które będą nakierowane na ich destrukcję. Pokazuje to może nie kluczową, ale istotną rolę społeczną, jaką odgrywa szacunek dla pamięci o zmarłych.

To jednak w żaden sposób nie zamyka tematu rozważań nad znaczeniem maksymy „o zmarłych albo dobrze, albo wcale”. Przeciwnie. Śmierć bowiem ma również charakter symboliczny w aspekcie politycznym. Rzecz dotyczy publicznego upamiętniania.

Pamiętani i wymazywani

Śmierć ważnych i znanych postaci związana jest z uhonorowaniem ich pamięci i dorobku. Ów akt publicznego upamiętniania oznacza nie tylko publiczne uznanie dla wartości reprezentowanych przez daną osobę, ale także performatywny proces kulturotwórczy, czyli nakierowanie na wartości, które powinny być przez dane społeczeństwo wspierane, podziwiane i reprodukowane.

W tym kontekście liczne są historyczne przykłady odrzucania dziedzictwa osoby zmarłej. W Rzymie Neron czy Kaligula zostali objęci damnatio memoriae – ich pamięć została potępiona, co oznacza, że mieli oni zostać wymazani z pamięci wspólnoty. W średniowieczu występowały tzw. procesy pośmiertne. Najbardziej znanym przykładem jest proces papieża Formozusa (IX w.), który w trakcie tzw. trupiego synodu został uznany za uzurpatora i skazany na śmierć (po śmierci). W tych wypadkach gest odrzucenia pamięci stanowi symboliczny wyraz przywrócenia ładu oraz zamknięcia okresu niepokojów i chaosu.

W związku z powyższym zasada, że nie mówi się źle o zmarłych, ma wymiar zarówno obyczajowy i moralny – można ją odnieść do relacji międzyludzkich – jak i polityczny i kulturowy. Co, siłą rzeczy, nieco komplikuje sytuację, szczególnie w przypadku takich społeczeństw jak społeczeństwo polskie

Dr Magdalena Gawin jest filozofką, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Nieśmiertelność

Odwieczna tęsknota ludzkości

Można śmiało założyć, że pragnienie nieśmiertelności bierze się z naszej niezgody na długość życia (które uważamy za zbyt krótkie) lub z lęku przed śmiercią. Ten lęk stanowił zaś kluczowy przedmiot zainteresowań filozofów i psychologów egzystencjalnych. Wystarczy wymienić Kierkegaarda, Heideggera, Sartre’a, Camusa, Jaspersa, Arendt, Schopenhauera czy Frankla. Większość z nich pokazywała, że jednym z podstawowych problemów, z jakimi mierzy się człowiek, jest nieuchronność końca życia. Mimo tysięcy stron zapisanych na ten temat i przemyśleń filozofów ludzkość nadal boi się odejścia w niebyt. To, co się zmieniło, to rosnąca mniej więcej od dekady wiara w naukę, która już za chwilę, za moment ma nam umożliwić odwrócenie procesów biologicznych lub nawet oszukanie śmierci.

Strach przed umieraniem

Psycholog dr Tomasz Baran wskazywał na naszych łamach: „Każdy z nas mniej lub bardziej zdaje sobie sprawę, że od chwili narodzin każda minuta przybliża do śmierci, do nieznanego końca, być może do nicości. Czy można być obojętnym wobec takiej perspektywy? Czy można się nie bać? W zasadzie historia ludzkiej myśli to historia sposobów radzenia sobie z lękiem przed śmiercią. Już starożytny filozof Epikur, znany głównie z radosnego podejścia do życia, śmiało może być nazwany egzystencjalistą, bo twierdził, że śmierci nie ma się co bać, bo tam, gdzie jest życie, nie ma śmierci, a później powracamy do chwili sprzed narodzin”.

Wspomniany Jean-Paul Sartre stwierdził: „Żadna doktryna nie jest bardziej optymistyczna – przeznaczenie człowieka powierzono jemu samemu”. Ten optymizm można traktować jako przekorę filozofa. W tym ujęciu cała decyzyjność spada na jednostkę, a to wizja równie optymistyczna, co przytłaczająca, bo okazuje się, że możemy zrobić wszystko, ale możemy też sobie to życie kompletnie zmarnować.

Od lat słyszymy w mediach o kolejnych milionerach i przywódcach, którzy szukają sposobu na nieśmiertelność. Największym mitem okazało się zamrożenie głowy Walta Disneya. Według jego córki legendarny twórca Myszki Miki mógł nawet nie wiedzieć, co to jest kriogenika.

Wróćmy do współczesności: jedną z rozmów o poszukiwaniu życia wiecznego wyłapały ostatnio mikrofony tuż przed paradą wojskową w Pekinie, gdzie Władimir Putin wraz z Xi Jinpingiem rozmawiali o możliwościach przedłużenia sobie życia za pomocą osiągnięć biotechnologii. Jednym z wątków miało być drukowanie organów na drukarkach 3D. Obaj przywódcy wykazali nadmierną wiarę w możliwości przeszczepów. Xi miał stwierdzić, że narządy można przeszczepiać w nieskończoność. Teoretycznie taka możliwość istnieje. Gorzej z praktyką.

– Biorąc pod uwagę ogromny rozwój nauk biologicznych i technicznych, ludzie są skłonni ulegać pewnej iluzji dynamicznego rozwoju nauki. Tak jak kiedyś wierzyli, że rewolucja przemysłowa rozwiąże dzięki technologii większość problemów, włącznie z klimatycznymi. Na przełomie XIX i XX w. wieszczono przecież, że sterowanie pogodą to kwestia najwyżej kilkudziesięciu lat. Podobnie dziś izraelski historyk prof. Yuval Noah Harari mówi o długowieczności. Jednym z powodów takiego myślenia jest wiara w możliwości ludzkiego umysłu, która ma uzasadnienie w rozwoju nauk, ale wiara ta równocześnie ów rozwój przesadnie ekstrapoluje. Dzięki takim wizjom pojawiają się proste rozwiązania poważnych i złożonych problemów – wyjaśnia prof. Piotr Oleś, psycholog osobowości i wykładowca Uniwersytetu SWPS.

Transplantologia dostarcza nam bardzo konkretnych liczb. Rejestry medyczne prowadzone przez takie organizacje jak United Network for Organ Sharing czy European Liver Transplant Registry pozwalają określić z dokładnością do roku, jak długo funkcjonuje konkretny narząd po przeszczepie. „Termin przydatności” serca mija po ok. 12-13 latach, płuc po siedmiu, wątroba potrafi wytrzymać 20 lat, podobnie jak nerki. Kolejną barierą jest przeszczepienie mózgu, które z wielu względów nie jest możliwe. Po pierwsze, nie da się zamienić mózgów bez utraty „ja”. Kiedy z mózgiem stanie się coś, co wpłynie na umysł, już tak zostaje. Po drugie, technicznie mózgu nie da się obecnie wyjąć z czaszki i przeszczepić.

Mózg w słoiku

W książce „Nieśmiertelność. Prometejski sen medycyny” prof. Andrzej Szczeklik, wybitny kardiolog i humanista, wspomina, jak wiele zmian w medycynie udało mu się zaobserwować podczas kariery zawodowej. Szczeklik opisuje, jak niektóre choroby zniknęły i jak zmieniła się aparatura. Ta dynamika nauk biologicznych napędza zaś wiarę w to, że człowiek prędzej czy później stanie się nieśmiertelny. Putin i Xi nabrali się właśnie na to przekonanie.

Harari, który w swoich książkach łączy perspektywy nauk biologicznych, społecznych i humanistycznych, zapowiada, że w nadchodzących dziesięcioleciach ludzkość poradzi sobie z problemem starzenia się, chorób genetycznych, a być może nawet śmierci. Nauka ma bowiem już niebawem zaproponować odwracanie procesów metabolicznych. Za jakiś czas będziemy więc mogli zamówić kurację odmładzającą o 10 czy nawet 25 lat. Zapewne na początku będzie to szalenie drogie, ale teoretycznie dostępne dla wszystkich. Autor „Homo deus” twierdzi też, że jeśli uda nam się przedłużyć życie np. do 300 lat, zniknie problem poszukiwania sensu życia. Dziś świadomość, że życie ma ograniczoną długość, silnie oddziałuje na potrzebę uzasadnienia swojego istnienia. W „Homo deus” hasło

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.