Tag "Karol Nawrocki"
Teolog od Nawrockiego w RPP
Kumpel tu, kumpel tam. Polityka kadrowa Nawrockiego jest tak prosta jak ustawki kiboli, w których brał udział.
A że kumple z ustawek najczęściej siedzą albo uciekają przed policją, zostaje mu zasób kadrowy z dawnej roboty, czyli z IPN. Oni z bejsbolami wprawdzie nie latali, ale trudno ich zaliczyć do fachowców. Jednego z nich rzucił Nawrocki do Rady Polityki Pieniężnej, do której może nominować trzy z dziewięciu osób. Przez sześć lat jej członkiem będzie Marcin Zarzecki, członek Rady Programowej IPN. Teolog i socjolog religii, związany z Uniwersytetem Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Pracował m.in. nad wykorzystaniem internetu do przygotowania „wirtualnej wspólnoty parafialnej”. Tak sobie Nawrocki wyobraża walkę z deficytem budżetowym, makroekonomię, politykę pieniężną i takie tam. Po co kompetencje, liczy się lojalność. I posłuszność.
Od Paczkowskiego do Nawrockiego
Warszawski historyk ponosi niemałą część odpowiedzialności za kierunek, w jakim poszedł IPN
Prof. Andrzej Romanowski: „Dopiero w działaniu IPN widać, jakim piekielnym wynalazkiem była ta ustawa. Dzieło trzech profesorów: dwóch prawników, Andrzeja Rzeplińskiego i Witolda Kuleszy, oraz jednego historyka, Andrzeja Paczkowskiego. Żaden z nich nie ma nic wspólnego z PiS, a wszyscy oni sprowadzili PiS na Polskę”.
Zmarły 3 stycznia prof. Andrzej Paczkowski należał do najbardziej znanych polskich historyków. Pozycję zawdzięczał jednak bardziej mediom, które od początku lat 90. traktowały go niemal jak „urzędowego historyka III RP”, niż jakimś wybitnym osiągnięciom dziejopisarskim. Był bowiem jednym z pierwszych przedstawicieli środowiska historycznego, którzy zajęli się dziejami PRL, i konsekwentnie trwał przy tej tematyce, nie kryjąc przy tym swojego antykomunizmu. A przecież im dłużej istnieje III Rzeczpospolita, tym większe zapotrzebowanie na antykomunizm, który stał się właściwie oficjalną doktryną historyczną naszego państwa. Prof. Paczkowski miał w tym swój udział.
Pół rodziny
Urodzony w 1938 r., przeżył cały okres powojennej Polski, był więc równocześnie dziejopisem i świadkiem, a niekiedy nawet uczestnikiem ważnych wydarzeń tej epoki. Tak wspominał młodość w rozmowie z prof. Andrzejem Nowakiem (zamieszczonej w książce „O historii nie dla idiotów”, Kraków 2019): „Szkoła średnia to ZMP, Związek Młodzieży Polskiej, taka normalna »sieczka« – poranne apele, akademie ku czci, marsz żałobny po śmierci Stalina, piosenki o murarzach, traktorach (»hej traktory, rumaki stalowe…«) i mostach, co to są i na prawo, i na lewo. Na kółku recytatorskim, na które chodziłem, uczyliśmy się Majakowskiego (»kto tam znów rusza prawą? Lewa, lewa…«). Zresztą uczył nas Zbigniew Zapasiewicz, który był chyba o trzy klasy wyżej. To był Żoliborz, szkoła RTPD – Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, przedwojenna, PPS-owska. Mój ojciec, wyrzucony w 1934 r. z partii komunistycznej za jakieś tam odchylenie, był po wojnie w PPS-ie. Dosyć to było hermetyczne, niewiele docierało. Potem się dowiedziałem, że ojciec nie został zweryfikowany do PZPR-u, że był kilkakrotnie wzywany do UB…”.
Pytany przez Andrzeja Nowaka o wspomnienia na temat „żołnierzy wyklętych” Paczkowski wyjaśniał: „Moi rodzice byli urzędnikami niższego czy średnioniższego szczebla w Powszechnym Zakładzie Ubezpieczeń Wzajemnych. W niczym nie uczestniczyli. Moja mama była Żydówką, a więc niejako miałem pół rodziny, bo druga połowa nie istniała, nic nie było wiadomo o nich. W istniejącej aryjskiej połówce nie było nikogo, kto po wojnie konspirował, chociaż dwóch moich braci stryjecznych było w AK. Jeden był ranny w Powstaniu Warszawskim, drugi był ranny w Skierniewicach, gdzie mieszkał. Obaj studiowali i chyba po wojnie w niczym nie uczestniczyli. Jeden z nich zapisał się nawet do ZWM-u, czyli Związku Walki Młodych – komunistycznej organizacji młodzieżowej. W sumie miałem jakąś wiedzę o AK, o Powstaniu, też rzecz jasna o Legionach i Piłsudskim, ale o powojennej partyzantce niepodległościowej, czyli o »reakcyjnych bandach«, nic nie wiedziałem”.
Z punktu widzenia nacjonalistycznej prawicy, która dziś w Polsce dominuje, Andrzej Paczkowski pochodził więc nie tylko z żoliborskiej inteligencji, ale wręcz z „żydokomuny”. I przez wiele lat jego droga życiowa była typowa dla środowiska,
Pielgrzym hultaj
Co do ludzkości, mam o niej mniemanie skrajnie niskie, dlatego moją ulubioną sceną „Bugonii” Yorgosa Lanthimosa, w gruncie rzeczy dość przeciętnego filmu w dorobku wybitnego reżysera, jest jej finał. Uwaga, spoiler: ludzkość zostaje ostatecznie uznana przez rasę kosmitów, która nas hodowała, za nieudany eksperyment. Niegodny istnienia gatunek zostaje unicestwiony jednym przekłuciem bańki ochronnej. I tu następuje ciąg nieruchomych obrazów z Ziemi, na której przestało istnieć życie ludzkie – na pozór straaszny, w gruncie rzeczy kojący, bo w domyśle już widzi się resztę natury, która doskonale sobie bez człowieka poradzi, lada moment zacznie wielkie święto odrodzenia, gdy jej najwięksi oprawcy zniknęli.
Zwierzyna przestanie się lękać odstrzału, drzewa będą rosły nienarażone na wycinkę, miasta zaczną porastać mchem, efekt cieplarniany błyskawicznie się cofnie, planeta pozbawiona najbardziej szkodliwego i ekspansywnego gatunku odetchnie z ulgą. Już żaden bóg nie każe ludziom czynić sobie Ziemi poddaną, bo nie będzie komu żadnego boga wymyślić. I tylko zakłóca mi tę myśl o raju na Ziemi bez ludzi refleksja o psach, których już nikt nie uwolni z łańcuchów. Nie wezmą udziału w tym festynie wolności, zemrą i sczezną przy swoich budach, do których zostały przypięte.
Nikt tak malowniczo i dosadnie nie opisał okrucieństwa łańcuchowego jak Witkacy, wychowany wszak w Zakopanem, gdzie ludność tubylcza pielęgnuje tradycje pełne przemocy zarówno wobec ludzi („jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije” – uchwałę antyprzemocową przyjęto w końcu 13 lat później w stosunku do reszty kraju), jak i zwierząt. Oto często przytaczany w skróconej formie fragment „Postscriptum” do „Niemytych dusz”: „Widok psa na łańcuchu jest w stanie popsuć mi humor na danym spacerze na dwie godziny, jeśli nie więcej. Zwierzę stworzone i wychowane na przyjaciela człowieka jest bez winy skazywane przez kanalie bez serca na bezterminowe więzienie, tym bardziej że w więzieniu tym nie jest on jak normalny więzień izolowany od świata i jego pokus, tylko przez wzrok i węch, tak silny u psa, wystawiony na ich najsilniejsze działanie. Tak jakby człowieka trzymać całe życie w klatce w sali pierwszorzędnego dancingu z dziwkami I klasy bez możności wzięcia udziału w żarciu, piciu, rozmowach, zabawie itp. lub nawet raczej niezupełnie podobnych rzeczach”.
Taką karę należałoby zaordynować rezydentowi Pałacu Prezydenckiego, który ustawę łańcuchową w przedświątecznej atmosferze zawetował, a i tej części narodu, która go wybrała i ślepo przyklaskuje wszelkim ruchom Now Rocky’ego alias Batyra. Teraz poprzysiągł udział w pielgrzymce kibolskiej na Jasną Górę i jest to jedna z niewielu jego decyzji, co do których słuszności nie należy mieć uwag – to jego środowisko, on tam pasuje, on
Coś się kończy
Oddala się od nas rok i jak wielki, zardzewiały okręt znika w mgłach przeszłości. Co nam zostawił? Już pewne, że zmiany klimatyczne nabierają tempa, a dzieje się to szybciej, niż przewidywali najbardziej pesymistyczni fizycy atmosfery. Wszyscy są jednego zdania: zmierzamy do katastrofy. Prawicowi politycy w to nie wierzą lub udają, że nie wierzą. To zapewne największy dramat naszej planety, powszechnie przeoczany, bo rozciągnięty w czasie. Wszystkie inne bledną. Chyba że w końcu zostanie użyty arsenał atomowy, wtedy szlag nas trafi o wiele wcześniej. Siedzimy na tym arsenale jak kura na jajku i grzejemy termojądrowe jajo. Broń atomowa trafia już do państw szalonych jak Korea Północna.
Prezydentem kraju, który do tej pory był strażnikiem demokracji w świecie, czasami pokracznym, został klaun, narcyz i podły człowiek. Bardzo go lubi i ceni nasz prezydent i chlubi się, że ten do niego czasami dzwoni. To, że Nawrocki, pełen strasznych wad, nacjonalista, został naszym prezydentem, jest tylko lokalną katastrofą, Trump jest katastrofą globalną.
Już widać, że Nawrocki urwał się PiS i jest prezydentem Konfederacji. Braun dla niego też jest w porządku, tylko chłop trochę przesadza, ma rację, ale zachowuje się niepolitycznie. Jak to możliwe, że grubo ponad milion Polaków za swojego idola i autorytet uważa faszystę, a może nawet nazistę? W kraju, gdzie doszło do największej zbrodni w historii naszej planety, właśnie z powodu ideologii, która Braunowi jest bliska. On i milion jego wyznawców pomagają nam zrozumieć to, co zdaje się niepojęte – jak Niemcy tak masowo mogli poprzeć nazizm.
Nie był to więc dobry rok ani dla nas, ani globalnie. Z drugiej strony nasza gospodarka świetnie pracuje. Polska wskoczyła do klubu 20 najbogatszych krajów świata. Jaka niespodzianka! Sami jesteśmy zaskoczeni. Przecież my, bałaganiarze, mało punktualni, trochę niechlujni, nie możemy powiedzieć, że organizacja i przestrzeganie reguł gry są naszą mocną stroną. A jednak udało się! Nasza narodowa prawica tymczasem uważa, że rządy liberalne rujnują kraj i że zagrażają nam Niemcy. Przyjaźni nam po raz pierwszy w historii. O Rosji prawica lubi milczeć. A przecież za naszą granicą trwa straszna wojna, Ukraińcy giną też za nas. Wedle prawicy jesteśmy jak w latach 30. wzięci w dwa ognie.
Okropna sytuacja,
I już nowy rok
To zdążyło oddalić się w czasie, ale poczucie obrzydzenia pozostało. Nawrocki zażądał od Zełenskiego, stojąc tuż przy nim, wyrazów wdzięczności za naszą dla nich pomoc. W tym samym czasie Mentzen demonstrował, by nie pomagać Ukrainie. Na tle hasła: „Zełenski oddaj nam nasze 100 mld”. Potem pisał: „Nie jesteśmy sługami narodu ukraińskiego! (…) Chcemy, by Ukraina obroniła się przed rosyjską agresją, ale nie chcemy być frajerami, którzy dają się ogrywać. Przede wszystkim polskie interesy!”. Jacy łaskawi, chcą, by Ukraina się obroniła, Braun tego nie chce. Konfederację zaczynamy bliżej poznawać dopiero teraz. Jeszcze nie czujemy do tych ludzi takiego samego obrzydzenia jak do PiS, bo nie dali się nam dokładnie obwąchać, nie obnażyła ich władza.
A ściek internetu wlewa się do głów młodych ludzi. Widzę, jak przejmują wiele z tej ruskiej propagandy. Mój 15-latek zaczął nie znosić Ukraińców. On jest jeszcze kochany głupek, chwalony w szkole za inteligencję i że taki fajny chłopak, ale to umysł nieukształtowany. Jeśli większość Polaków jest choćby na jego obecnym naiwnym poziomie, to nie dziwota, że kupują prawicowe nacjonalistyczne głupoty. W sieci można znaleźć logiczne argumenty na każdą podłość i na każdy nonsens. Trzeba mieć sprawny aparat umysłowy,
Dwa pałace, jedna Polska
Czy Trump włączy Nawrockiego do swoich interesów?
Nie dajmy się zwieść różnym atrakcyjnym hasłom typu „wojna dwóch pałaców” albo „afera notatkowa”. Sprawa jest poważna, znacznie wykraczająca poza zwykły spór polityczny. Bo uczestniczy w niej podmiot zewnętrzny.
Wiemy, że Polska jest w stanie politycznej wojny między prezydentem a premierem. Karol Nawrocki nazywa Donalda Tuska najgorszym premierem w historii III RP i robi wszystko, by utrudnić mu rządzenie. Wetuje ustawy – zawetował ich już 20 – blokuje nominacje ambasadorskie, sędziowskie i na stopnie oficerskie. Ma prosty cel – chce wywrócić ten rząd, tak by po wyborach (najlepiej przyśpieszonych) stać się patronem nowej, prawicowej koalicji. Wzywa więc rząd na dywanik i strofuje. Chce pokazać swoją siłę.
Kohabitacja jest zatem brutalna. Kolejną tego odsłonę oglądaliśmy kilka dni temu, w niedzielę 28 grudnia, po spotkaniu Trump-Zełenski w Mar-a-Lago na Florydzie. Podczas spotkania Trump i Zełenski odbyli telekonferencję z europejskimi przywódcami. Była ich spora grupa: premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer, kanclerz Niemiec Friedrich Merz, prezydent Francji Emmanuel Macron, premier Włoch Giorgia Meloni, prezydent Finlandii Alexander Stubb, premier Norwegii Jonas Gahr Støre, sekretarz generalny NATO Mark Rutte, przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen oraz prezydent RP Karol Nawrocki.
Okazało się, że Nawrocki do tego grona dokooptowany został w ostatniej chwili. Na wyraźne życzenie Amerykanów. Mówił o tym wiceszef MSZ Marcin Bosacki: „Do soboty wieczór to Donald Tusk brał udział we wszystkich przygotowaniach do tego szczytu na Florydzie, to on rozmawiał z Zełenskim i z kilkoma innymi przywódcami europejskimi, a w ostatniej chwili Amerykanie zadzwonili do prezydenta, a nie do premiera”.
Potem mieliśmy chaos, bo Kancelaria Premiera i MSZ domagały się od Nawrockiego notatki z rozmów. Ostatecznie notatka do rządu dotarła po dwóch dniach, we wtorek. Z komentarzem szefa Biura Polityki Międzynarodowej w Kancelarii Prezydenta, Marcina Przydacza, że prezydent oczekuje od premiera notatek z jego spotkań z liderami europejskimi.
Zdaje się, że Tusk tej argumentacji uległ, bo przed posiedzeniem Rady Ministrów mówił: „Otrzymałem od pana prezydenta szczegółową informację na temat jego udziału w rozmowie z prezydentem Trumpem i innymi liderami po spotkaniu w Mar-a-Lago. Oczywiście też podzielimy się precyzyjnie informacjami z naszego dzisiejszego spotkania i
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Orędzie wojenne
Polacy pamiętają wiele noworocznych orędzi kolejnych prezydentów. Nigdy jednak w sylwestrową noc nie wystąpił polityk zapowiadający wojnę z rządem. A zatem z tymi, którzy wybrali obecną koalicję. Tak konfrontacyjnego i jednocześnie pustego myślowo wystąpienia jeszcze nie było. Komunikat przed sylwestrową zabawą był prosty jak ustawka kiboli. Zapowiadał totalną wojnę. Kolejny raz Nawrocki pokazał zaciśniętą pięść jako program dla Polski.
W tym, co mówi, wraca jak mantra fałszywa opowieść o wyborach prezydenckich. Nawrocki chyba myśli, że kłamstwo powtórzone sto razy zamieni się w prawdę.
Nic bardziej błędnego. Te środowiska, dla których jest idolem, są zachwycone prostą mową prezydenta, kibolskimi kurteczkami i kebabami, na szczęście nie zmienia to faktów. A te są takie same jak pół roku wcześniej. Nawrocki wygrał z Trzaskowskim bardzo skromną różnicą głosów. 10 mln wyborców kontra 10 mln wyborców.
Poprzednik Nawrockiego, Andrzej Duda, przynajmniej udawał,
Miszmasz
Miałem bodaj osiem lat, gdy w znalezionej w domu encyklopedii ujrzałem hasło „polsko-radziecka wojna”. Zdumiałem się. O wojnie takiej nigdy nie słyszałem, a pojęcia „Polska” i „Związek Radziecki” znajdowały się po jasnej stronie mego szkolnego widzenia. Od razu jednak przeleciało mi przez myśl, że w opowieść o takiej wojnie musi być wmontowany konflikt narodowej lojalności. Tymczasem nieznany autor opowiadał się jednoznacznie po stronie ZSRR.
Nieraz potem przypominałem sobie te moje dziecięce dylematy. Dobro narodu czy dobro hegemona? Prymat racji stanu czy prymat ideologii? W PRL nie zawsze było to jasne. Nie tylko polityka historyczna, lecz także polityka zagraniczna (nie mówiąc już o polityce wewnętrznej) nie była automatycznie zgodna z polską racją stanu – taki był los państwa zależnego. A jednak różne fakty mogły też służyć tezom z gruntu odmiennym. W październiku 1956 r. PZPR upomniała się wobec „radzieckich” o polską suwerenność. Plan Rapackiego i plan Gomułki służyły również polskiemu państwu. A układ PRL-RFN z grudnia 1970 r. w ogóle nie był konieczny z perspektywy Bloku (istniał już układ RFN-ZSRR) – był konieczny z perspektywy Warszawy. Stanisław Stomma powiedział mi kiedyś w wywiadzie: „PRL realizowała polską rację stanu do granic swych możliwości”.
Dlaczego to wszystko piszę? Dlatego że jest PiS. A od niedawna istnieje też pisowska emanacja: Pan Karol. W kręgach pisowskich pojęcie racji stanu stało się abstrakcją. Natomiast nie jest abstrakcją pisowski hegemon: Stany Zjednoczone. Oczywiście nie ma jeszcze mowy o tamtej, radzieckiej zależności. Zważmy jednak: Władysław Gomułka, trzymając kiedyś Nikitę Chruszczowa za guzik marynarki, potrafił mu przy świadkach zrobić awanturę za chwilową radziecką nielojalność wobec polskiej granicy zachodniej. Pan Karol na pytanie Donalda Trumpa, czy nazwisko „Nawrocki” wymawia się „Nouroki”, odpowiedział z radością twierdząco: nawet w takiej sprawie nie potrafił się hegemonowi przeciwstawić. Oczywiście są to drobiazgi, czy jest jednak drobiazgiem nieustanne walenie w polski rząd? Dystansowanie się od Ukrainy? Kwestionowanie jurysdykcji Unii Europejskiej? Jak kiedyś dla naszych propagandystów Związek Radziecki był ważniejszy niż Polska, tak dziś ważniejsza od racji stanu jest polsko-amerykańska wspólnota ideologiczna. Tylko czy państwo polskie ma w niej jakiś interes?
Hegemon radziecki,
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Aleksander Kwaśniewski: Nie oddajmy polityki radykałom
Gdy wybierano Włodzimierza Czarzastego na marszałka Sejmu, posłowie PiS krzyczeli: „Precz z komuną! PZPR!”. Skąd to wraca?
– To są takie reminiscencje historyczne. Brakuje nowego pomysłu, więc się woła.
I to, kim się było 40 lat temu, decyduje o całym życiu? PZPR, Solidarność…
– Mówiąc szczerze, kiedy patrzymy, jak Polską od 20 lat naprzemiennie rządzą partie wyrastające z Solidarności, jak wzajemnie się krytykują, to widać, że korzenie solidarnościowe są mocno wątpliwe. Na pewno nie łączą PiS i Platformy, a poza tym okazuje się, że ludzie Solidarności nie są wolni od najgorszych cech, czyli korupcji, złodziejstwa, bezczelności albo nadużywania władzy. Te słowa o PZPR traktuję więc jako folklor. W tym momencie krzyczenie do Czarzastego, że był w PZPR, jest bez większego sensu.
Ale krzyczą.
– Więc Czarzasty, skoro i tak już mu to wypominają, mógłby skorzystać ze swojej pozycji marszałka, żeby pokazać, czym naprawdę były PZPR i PRL. Sam się przekonałem na kilku swoich spotkaniach z młodymi ludźmi, choćby niedawno na KUL, że PRL z powodu czasu, jaki upływa, albo w ogóle jest czarną dziurą dla bardzo wielu młodych, albo jest uwikłana w czarną propagandę. A gdy zaczynam mówić bardzo spokojnie o tej PRL, która powstała w wyniku decyzji mocarstw, która przyniosła Polsce ziemie zachodnie, w której miał miejsce wielki awans społeczny i cywilizacyjny milionów Polaków, o sukcesach polskiej kultury, o tym, ile medali zdobywaliśmy na igrzyskach olimpijskich – nie 10, tylko przeszło 20 – to już szczęki opadają.
Pan to mówi, ale inni milczą. Zwłaszcza politycy lewicy. Miliony ludzi to po prostu boli.
– Akurat na początku transformacji SdRP była jedyną partią, która upominała się o godność ludzi minionej epoki. Przynosiło to kolosalne zyski wyborcze. Później lewica była uwikłana w rządzenie, zapomniała o tym wątku – i to był błąd. Zapomniała o stworzeniu pewnych przyczółków w postaci mocnych fundacji, wydawnictw, wejścia w nowe techniki medialne…
Jak tam z waszymi następcami?
Odnoszę wrażenie, patrząc na polską politykę, że starzeje nam się pokolenie ludzi kompetentnych. Ich następcy, ci młodzi, którzy przychodzą, są coraz słabsi, jakby dominował dobór negatywny. A może się mylę? Już Sokrates mówił, że młodzi „kochają luksus, denerwują nauczycieli i cały czas się obijają”. A na jednej z tabliczek w Babilonie, sprzed 4 tys. lat, odczytano zdanie: „Młodzież się stoczyła na dno i bliski jest koniec świata”.
– Zacznę od tego.
Że zawsze na młodzież się narzeka?
– W zamierzchłych czasach, kiedy zajmowałem się sprawami młodzieży – działała wtedy jeszcze Polska Zjednoczona Partia Robotnicza – uczestniczyłem w spotkaniu, na które zaproszono też młodych ludzi. Ze strony starszych towarzyszy było tam cały czas narzekanie na młode pokolenie. W końcu głos zabrała młoda dziewczyna i powiedziała, że ma właściwie tylko jedno pytanie do starszych towarzyszy: jak to możliwe, że z tak wspaniałych rodziców wyszło tak marne pokolenie? To odebrało animusz tym starszym, bo przecież jakaś zasada ciągłości obowiązuje. Czyli to jest punkt pierwszy.
Że jedno pokolenie nie rozumie drugiego?
– A teraz to nawet przyśpieszyło. Słyszałem u jakiegoś profesora, że właściwie gdyby dzisiaj chcieć mądrze zdefiniować świat, to nie można mówić: lewica, prawica itd., lepiej mówić: pokolenie cyfrowe, czyli pokolenie dzieci cyfrowych, i pokolenie cyfrowych imigrantów. Ja należę do cyfrowych imigrantów. Korzystam z tych technik, ale nigdy to nie będzie mój świat. Więc to jest jedno.
A drugie to ten nieszczęsny dobór kadrowy – do polityki idą coraz gorsi.
– To jeden z powodów kryzysu demokracji. A sytuacja się pogorszy.
Dlaczego się pogorszy?
– Dlatego, że jak młody człowiek kończy dziś bardzo dobrą uczelnię, to ma na stole kilka ofert. Na przykład oferta systemu finansowo-bankowego jest bardzo interesująca. Później są korporacje, później media, powiedzmy… A polityka to oferta numer cztery. Różnice między tymi ofertami polegają na tym, że te pierwsze są lepiej płatne, ale także mają jaśniejszy algorytm awansu. Dziś polityka jest całkowicie pozbawiona zasad. Stanowi tylko jedno wielkie ryzyko. Dodatkowo nie ma tego prestiżu społecznego, którym dysponowała jeszcze na początku polskiej transformacji.
Wtedy w polityce o coś chodziło.
– Że zmieniamy, budujemy demokrację, wchodzimy do Unii… Dzisiaj polityka stała się czystą walką o władzę, która najczęściej kończy się tym, że jak już ktoś tę władzę zdobędzie, nie ma pojęcia, jak z niej korzystać. I to jest następny element opisu sytuacji, choć dodam, że nie jest to zjawisko wyłącznie
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl






