Tag "Karol Nawrocki"
Miszmasz
Miałem bodaj osiem lat, gdy w znalezionej w domu encyklopedii ujrzałem hasło „polsko-radziecka wojna”. Zdumiałem się. O wojnie takiej nigdy nie słyszałem, a pojęcia „Polska” i „Związek Radziecki” znajdowały się po jasnej stronie mego szkolnego widzenia. Od razu jednak przeleciało mi przez myśl, że w opowieść o takiej wojnie musi być wmontowany konflikt narodowej lojalności. Tymczasem nieznany autor opowiadał się jednoznacznie po stronie ZSRR.
Nieraz potem przypominałem sobie te moje dziecięce dylematy. Dobro narodu czy dobro hegemona? Prymat racji stanu czy prymat ideologii? W PRL nie zawsze było to jasne. Nie tylko polityka historyczna, lecz także polityka zagraniczna (nie mówiąc już o polityce wewnętrznej) nie była automatycznie zgodna z polską racją stanu – taki był los państwa zależnego. A jednak różne fakty mogły też służyć tezom z gruntu odmiennym. W październiku 1956 r. PZPR upomniała się wobec „radzieckich” o polską suwerenność. Plan Rapackiego i plan Gomułki służyły również polskiemu państwu. A układ PRL-RFN z grudnia 1970 r. w ogóle nie był konieczny z perspektywy Bloku (istniał już układ RFN-ZSRR) – był konieczny z perspektywy Warszawy. Stanisław Stomma powiedział mi kiedyś w wywiadzie: „PRL realizowała polską rację stanu do granic swych możliwości”.
Dlaczego to wszystko piszę? Dlatego że jest PiS. A od niedawna istnieje też pisowska emanacja: Pan Karol. W kręgach pisowskich pojęcie racji stanu stało się abstrakcją. Natomiast nie jest abstrakcją pisowski hegemon: Stany Zjednoczone. Oczywiście nie ma jeszcze mowy o tamtej, radzieckiej zależności. Zważmy jednak: Władysław Gomułka, trzymając kiedyś Nikitę Chruszczowa za guzik marynarki, potrafił mu przy świadkach zrobić awanturę za chwilową radziecką nielojalność wobec polskiej granicy zachodniej. Pan Karol na pytanie Donalda Trumpa, czy nazwisko „Nawrocki” wymawia się „Nouroki”, odpowiedział z radością twierdząco: nawet w takiej sprawie nie potrafił się hegemonowi przeciwstawić. Oczywiście są to drobiazgi, czy jest jednak drobiazgiem nieustanne walenie w polski rząd? Dystansowanie się od Ukrainy? Kwestionowanie jurysdykcji Unii Europejskiej? Jak kiedyś dla naszych propagandystów Związek Radziecki był ważniejszy niż Polska, tak dziś ważniejsza od racji stanu jest polsko-amerykańska wspólnota ideologiczna. Tylko czy państwo polskie ma w niej jakiś interes?
Hegemon radziecki,
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Aleksander Kwaśniewski: Nie oddajmy polityki radykałom
Gdy wybierano Włodzimierza Czarzastego na marszałka Sejmu, posłowie PiS krzyczeli: „Precz z komuną! PZPR!”. Skąd to wraca?
– To są takie reminiscencje historyczne. Brakuje nowego pomysłu, więc się woła.
I to, kim się było 40 lat temu, decyduje o całym życiu? PZPR, Solidarność…
– Mówiąc szczerze, kiedy patrzymy, jak Polską od 20 lat naprzemiennie rządzą partie wyrastające z Solidarności, jak wzajemnie się krytykują, to widać, że korzenie solidarnościowe są mocno wątpliwe. Na pewno nie łączą PiS i Platformy, a poza tym okazuje się, że ludzie Solidarności nie są wolni od najgorszych cech, czyli korupcji, złodziejstwa, bezczelności albo nadużywania władzy. Te słowa o PZPR traktuję więc jako folklor. W tym momencie krzyczenie do Czarzastego, że był w PZPR, jest bez większego sensu.
Ale krzyczą.
– Więc Czarzasty, skoro i tak już mu to wypominają, mógłby skorzystać ze swojej pozycji marszałka, żeby pokazać, czym naprawdę były PZPR i PRL. Sam się przekonałem na kilku swoich spotkaniach z młodymi ludźmi, choćby niedawno na KUL, że PRL z powodu czasu, jaki upływa, albo w ogóle jest czarną dziurą dla bardzo wielu młodych, albo jest uwikłana w czarną propagandę. A gdy zaczynam mówić bardzo spokojnie o tej PRL, która powstała w wyniku decyzji mocarstw, która przyniosła Polsce ziemie zachodnie, w której miał miejsce wielki awans społeczny i cywilizacyjny milionów Polaków, o sukcesach polskiej kultury, o tym, ile medali zdobywaliśmy na igrzyskach olimpijskich – nie 10, tylko przeszło 20 – to już szczęki opadają.
Pan to mówi, ale inni milczą. Zwłaszcza politycy lewicy. Miliony ludzi to po prostu boli.
– Akurat na początku transformacji SdRP była jedyną partią, która upominała się o godność ludzi minionej epoki. Przynosiło to kolosalne zyski wyborcze. Później lewica była uwikłana w rządzenie, zapomniała o tym wątku – i to był błąd. Zapomniała o stworzeniu pewnych przyczółków w postaci mocnych fundacji, wydawnictw, wejścia w nowe techniki medialne…
Jak tam z waszymi następcami?
Odnoszę wrażenie, patrząc na polską politykę, że starzeje nam się pokolenie ludzi kompetentnych. Ich następcy, ci młodzi, którzy przychodzą, są coraz słabsi, jakby dominował dobór negatywny. A może się mylę? Już Sokrates mówił, że młodzi „kochają luksus, denerwują nauczycieli i cały czas się obijają”. A na jednej z tabliczek w Babilonie, sprzed 4 tys. lat, odczytano zdanie: „Młodzież się stoczyła na dno i bliski jest koniec świata”.
– Zacznę od tego.
Że zawsze na młodzież się narzeka?
– W zamierzchłych czasach, kiedy zajmowałem się sprawami młodzieży – działała wtedy jeszcze Polska Zjednoczona Partia Robotnicza – uczestniczyłem w spotkaniu, na które zaproszono też młodych ludzi. Ze strony starszych towarzyszy było tam cały czas narzekanie na młode pokolenie. W końcu głos zabrała młoda dziewczyna i powiedziała, że ma właściwie tylko jedno pytanie do starszych towarzyszy: jak to możliwe, że z tak wspaniałych rodziców wyszło tak marne pokolenie? To odebrało animusz tym starszym, bo przecież jakaś zasada ciągłości obowiązuje. Czyli to jest punkt pierwszy.
Że jedno pokolenie nie rozumie drugiego?
– A teraz to nawet przyśpieszyło. Słyszałem u jakiegoś profesora, że właściwie gdyby dzisiaj chcieć mądrze zdefiniować świat, to nie można mówić: lewica, prawica itd., lepiej mówić: pokolenie cyfrowe, czyli pokolenie dzieci cyfrowych, i pokolenie cyfrowych imigrantów. Ja należę do cyfrowych imigrantów. Korzystam z tych technik, ale nigdy to nie będzie mój świat. Więc to jest jedno.
A drugie to ten nieszczęsny dobór kadrowy – do polityki idą coraz gorsi.
– To jeden z powodów kryzysu demokracji. A sytuacja się pogorszy.
Dlaczego się pogorszy?
– Dlatego, że jak młody człowiek kończy dziś bardzo dobrą uczelnię, to ma na stole kilka ofert. Na przykład oferta systemu finansowo-bankowego jest bardzo interesująca. Później są korporacje, później media, powiedzmy… A polityka to oferta numer cztery. Różnice między tymi ofertami polegają na tym, że te pierwsze są lepiej płatne, ale także mają jaśniejszy algorytm awansu. Dziś polityka jest całkowicie pozbawiona zasad. Stanowi tylko jedno wielkie ryzyko. Dodatkowo nie ma tego prestiżu społecznego, którym dysponowała jeszcze na początku polskiej transformacji.
Wtedy w polityce o coś chodziło.
– Że zmieniamy, budujemy demokrację, wchodzimy do Unii… Dzisiaj polityka stała się czystą walką o władzę, która najczęściej kończy się tym, że jak już ktoś tę władzę zdobędzie, nie ma pojęcia, jak z niej korzystać. I to jest następny element opisu sytuacji, choć dodam, że nie jest to zjawisko wyłącznie
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Ściek
W biografii Jana Brzechwy autorstwa Mariusza Urbanka pada nazwisko mojego ojca, raz w niemiłym kontekście. W 1945 r. w Łodzi, gdy przydzielano pisarzom lokale na Bandurskiego, ojciec miał wyrzucić Brzechwę z mieszkania, bo sam miał mniejsze, i zamieszkał w jego większym. Brzechwa, świetny prawnik, był znany z zaradności, a ojciec z nieporadności. Ryś Matuszewski był tam wtedy i mówił mi, że to bzdura. Pośredni dowód, że to nieprawda, stanowi wybór wierszy Brzechwy z 1955 r. Znajduję książkę wśród tomów z biblioteki ojca. Jest w niej serdeczna dedykacja: „Pani Mieci i Tobie, Drogi Mieczysławie, z prośbą o łagodny wyrok (»Lepiej śmiechem jest pisać niż łzami. W śmiechu całe bogactwo człowieka« – powiedział Rabelais) ofiaruję tę książczynę. Jan Brzechwa, 2 V 1955”.
Brzechwa jak niemal wszyscy pisarze w czasach stalinowskich na jakiś czas popadł w obłęd. Pisał kompromitujące wiersze. A nadaje się jego imię przedszkolom i szkołom. Kiedy nasza prawica doznała moralnego wzmożenia, zaczęły się awantury, że to obrzydliwy komuch i zdrajca, jaki to przykład dla dzieci. Brzechwa bardzo długo lekceważył i mało cenił swoje wiersze dla dzieci. Zresztą za dziećmi nie przepadał. Chciał być wybitnym poetą dla dorosłych. Miał dobry wzór, był kuzynem genialnego Leśmiana (nosili pierwotnie to samo nazwisko Lesman). Ale okazało się, że wiersze dla dorosłych Brzechwa pisze nędzne, a dla dzieci znakomite. Zdarza się.
Mój kolega Jaś Gondowicz jako młody chłopiec zaczepił kiedyś Brzechwę, który powiedział, że Leśmian kiedyś mu się zwierzył: „Oddałbym wszystkie swoje wiersze za twój wzrost”. Brzechwa był wysoki, a Leśmian malutki, miał 155 cm, ale –
Polska zdziecinniała
Właściwie nie powinienem się dziwić. Opuściłem przed 20 laty redakcję „Tygodnika Powszechnego”, gdy zorientowałem się, że – wbrew tradycji Stanisława Stommy – wartością najwyższą nie jest już dla niej Polska, lecz antykomunizm. Opuściłem w tym samym czasie Radę Krajową Unii Wolności, gdy zorientowałem się, że – wbrew tradycji Znaku i KOR – szuka ona aliansów wyłącznie po prawej stronie sceny politycznej, że więc i tu antykomunizm stał się najważniejszy.
Nie powinienem również się dziwić, bo wciąż mam w kościach osiem lat z PiS, wypełnione pracowitym piłowaniem gałęzi, na którą z takim trudem się wdrapaliśmy: gałęzi Unii Europejskiej. Zresztą także gałęzi NATO, bo w czasie „pierwszego Trumpa” pisowcy załatwiali niekiedy sprawy wprost z Amerykanami, nad głowami NATO. Lecz i trumpistowskim Amerykanom dali się z czasem we znaki, ci bowiem zażądali odwołania ministra Antoniego Macierewicza.
No i zwłaszcza nie powinienem się dziwić, skoro dziś widzę prezydenturę Karola Nawrockiego. Wszyscy wszak obserwujemy zjawisko nieznane w Polsce od czasu rozbicia dzielnicowego: destrukcję władzy centralnej. Rozmaite w późniejszej Rzeczypospolitej rokosze, powstania i konfederacje nigdy nie rościły sobie pretensji do zastąpienia króla, wkroczenia w jego kompetencje, przypisania sobie jego majestatu. To dopiero dziś doczekaliśmy się dwóch ośrodków władzy, sczepionych w śmiertelnej walce. Ośrodka pierwszego, legalnego, mającego oparcie w konstytucji, oraz drugiego, faktycznie uzurpatorskiego, bo pojmującego swą misję jako wypuszczanie zatrutych pocisków w polski rząd.
Czy coś takiego miało szansę zaistnieć w przeszłości? Czy kiedykolwiek występowało i czy dziś występuje gdziekolwiek na świecie? Ośrodek prezydencki nie jest w stanie zachwiać rządem – jego walka jest zatem jałowa. A przecież jedno już mu się udało: doprowadził do spadku pozycji Polski na arenie międzynarodowej. Oto zatem prezydent Polski, który jest wrogiem polskiego państwa. Tego państwa, które raz po raz traciliśmy i raz po raz, z
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Kompleks Okrągłego Stołu
Czy od kogoś, kto, jak Karol Nawrocki i jego kancelaria, kosztuje polskich podatników co miesiąc ponad 800 tys. zł, nie należałoby wymagać czegoś więcej niż liczne i bezsensowne weta? Minęło pół roku tej prezydentury i wiemy już, że dla Nawrockiego naród to tylko jego wyborcy. Czyli ponad 10 mln obywateli, którzy na niego głosowali. Drugie ponad 10 mln wyborców – głosujących na Rafała Trzaskowskiego – zostało wykluczone. Podobnie jak ci, którzy do wyborów nie poszli. Wiem, że nie brakuje sympatyków takiej prezydentury, jaką Polakom funduje Nawrocki. Człowiek o skromnej wiedzy i marnych umiejętnościach, za to z ego większym od stodoły.
Coraz częściej słyszę, że
Po latach
Kolacja u Waldka Kuczyńskiego, wybitnego ekonomisty. On i Balcerowicz mają ogromne zasługi w tym, że Polska tak dzielnie wskoczyła w kapitalizm. Waldek był związany z opozycją demokratyczną, tak się poznaliśmy. Niewysoki, mocno utykający na jedną nogę, zawadiacki, odważny, trochę chuligan. Był ministrem w rządzie Mazowieckiego i jego zaufanym doradcą. W sierpniu 1980 r. pojechałem na strajk do Stoczni Gdańskiej, wiozłem list polskich pisarzy i intelektualistów solidaryzujących się ze strajkującymi. Sala BHP jak brzęczący ul, siedzą, kręcą się, pokrzykują delegaci strajkujących z wielu regionów Polski. Pożar strajku stopniowo ogarnia cały kraj. Poznajemy to choćby po przyjeżdżających do stoczni delegacjach z fabryk. Nagle na scenę wbiega 14 ludzi w ciemnych garniturach, przyjechali z Krosna, czyli województwo podkarpackie też płonie. Podchodzi do mnie, dziarsko kuśtykając, Waldek Kuczyński. Cedzi przez zęby: „Ty, k… patrz, to przecież jest rewolucja!”. „Chyba dobrze”, mówię. „Oszalałeś? Ruskie czołgi na granicy już grzeją silniki”.
Miał rację. Byliśmy wszyscy wtedy w jakimś amoku, ale bez niego nie udałoby się dokonać tej bezkrwawej rewolucji. Pytam, co sądzi o wprowadzeniu stanu wojennego, był internowany tej nocy. „Całe szczęście, że został wprowadzony”, odpowiada. Kiedyś zabiłbym go za takie słowa. I bez wahania zabiłbym generała. Teraz myślę, że Solidarność parła do zdobycia władzy, dominowali radykałowie, to był już samonapędzający się mechanizm, jak ogromna lokomotywa, której nikt nie powstrzyma. Dobrym znakiem – wspomina Waldek – było już to, że strażnicy tej nocy w więzieniu mówili do nich per pan, a potem oddech ulgi, gdy wystąpił gen. Jaruzelski. Już wiedzieliśmy, że to nie inwazja sowiecka.
A mnie ktoś ostrzegł, krążyłem po Warszawie, budziłem ludzi. Wróciłem do domu po roku. W mieszkaniu czekało na mnie całą noc czterech funkcjonariuszy, jeden w mundurze. Żona weszła do pokoju, gdzie spał nasz synek, za drzwiami znalazła łom. Wyniosła go do salonu. „A co to?”,
Aferzyści prezydenta RP
Kto i dlaczego nie chce, aby państwo kontrolowało rynek kryptowalut
Histeryczna reakcja PiS, Konfederacji i Karola Nawrockiego na przygotowaną przez rząd ustawę o kryptowalutach budzi zdumienie. Skrajna prawica sprzeciwia się sprawowaniu przez państwo nadzoru nad szemranym rynkiem finansowym wykorzystywanym do wspierania terroryzmu, aktów rosyjskiej dywersji, prania brudnych pieniędzy i innych działań przestępczych. Pytanie, jaki ma w tym interes.
Zawetowana przez prezydenta ustawa miała wdrożyć przepisy unijnego rozporządzenia MiCA (Markets in Crypto-Assets). Zgodnie z wytycznymi Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej każde państwo członkowskie powinno wskazać organ państwowy, który będzie kontrolował rynek kryptowalut. W Polsce takim organem miała być Komisja Nadzoru Finansowego, która sprawuje też dozór m.in. nad sektorem bankowym, instytucjami płatniczymi, rynkiem kapitałowym i ubezpieczeniowym.
Brednie dla ciemnego ludu
Nawrocki i politycy PiS wytoczyli przeciwko ustawie o kryptowalutach różne argumenty, w większości niedorzeczne, a nawet idiotyczne, skrojone pod publiczkę, zgodnie z doktryną byłego bulteriera PiS Jacka Kurskiego, że jest to „lipa, ale ciemny lud to kupi”. Na przykład ten o rzekomym ograniczeniu praw i wolności Polaków poprzez „możliwość wyłączania przez rząd stron internetowych firm działających na rynku kryptoaktywów jednym kliknięciem”. Wiele osób uwierzyło, że Donald Tusk będzie w ten sposób eliminować z rynku niewygodne firmy i przejmować pieniądze inwestorów. Tymczasem obowiązek wprowadzenia przepisów dotyczących blokowania stron podmiotów, które łamią prawo, wynika z samego rozporządzenia MiCA. (Gdyby Nawrocki był konsekwentny, powinien zgłosić ustawę zakazującą blokowania „jednym kliknięciem” rachunków bankowych przez urzędy skarbowe).
Inny zarzut był taki, że ustawa jest zbyt obszerna, bo ma ponad 100 stron, a podobna ustawa w Czechach zaledwie kilkanaście. Tyle że w polskiej ustawie o kryptowalutach za jednym zamachem dokonano też nowelizacji kilkudziesięciu innych ustaw, a Czesi robili to na raty. Dla porównania – banalna nowelizacja Ustawy prawo o ruchu drogowym, którą przygotował Nawrocki, ma aż 30 stron, a jej uzasadnienie 24 strony.
Natomiast w rozmowie z Krzysztofem Stanowskim na Kanale Zero (którego sponsorem jest spółka zajmująca się kryptowalutami) Karol Nawrocki twierdził, że nie miał pojęcia, iż brak państwowej kontroli nad rynkiem kryptowalut stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. „Przez całą ścieżkę legislacyjną nikt tego nie podnosił. Czy odcięto prezydenta od informacji o zagrożeniu rynku kryptowalut? Nie dowiedziałem się nic o nim ani z debaty parlamentarnej, ani z raportu służb specjalnych. To kolejna nadregulacja”, skarżył się, co brzmiało kuriozalnie. A wystarczyło zapytać szefa BBN Sławomira Cenckiewicza, który w październiku br. w wywiadzie dla „Financial Timesa” alarmował,
W rzymskim lustrze
Prezydent może osłabiać rząd nie tylko w ten sposób, że wetuje ustawy. Ma również inne narzędzia, m.in. szeroko opisywaną możliwość niepowołania na stanowisko ambasadora RP osoby wskazanej przez MSZ. Tak działał Andrzej Duda (kto o nim dziś pamięta?) i tak działa Karol Nawrocki.
Na pewno odmowa podpisania nominacji ambasadorskich jest dla szefa MSZ mało komfortowa, nie ułatwia także pracy szefom placówek. Ale czy ambasady paraliżuje, bo szarżyk to nie ambasador? Różnie z tym bywa.
Rzecz polega bowiem na tym, że już w czasach rządów PiS, gdy partia ta miała wszystkie ośrodki władzy w swoich rękach, dochodziło do przedziwnych sytuacji związanych z ambasadorami i ambasadami. I często przez wiele miesięcy placówkami kierowali chargé d’affaires a.i. I – uwaga – Polska dobrze na tym wychodziła.
Przykładem niech będą Włochy. Obecnie ambasadą w Rzymie kieruje Ryszard Schnepf, chargé d’affaires a.i., postać szczególnie atakowana przez polską prawicę. Duda wołał, że nigdy mu nominacji nie podpisze, Nawrocki to potwierdza. I teraz samo się nasuwa pytanie: czy w związku z tym polska ambasada zupełnie podupadnie i stosunki polsko-włoskie całkowicie uschną?
Warto przypomnieć, że Ryszard Schnepf był w karierze ambasadorem w Urugwaju,
Lewico, pamiętaj o IPN
Niedawno Sejm odrzucił kandydaturę pomazańca Karola Nawrockiego na prezesa Instytutu Pamięci Narodowej. Odrzucił… i znów zaległa cisza wokół tej instytucji. Parlamentarzystów, którzy zostali wybrani w proteście przeciwko rządom PiS, instytut mało interesuje. A powinien. IPN jest wyrazicielem polityki historycznej państwa, miejscem jej kreowania.
To, co robi IPN, jest nie tylko przeciw koalicji rządzącej, ale przede wszystkim przeciw narodowi. Czy rządzą cym nie zależy na przeciwdziałaniu dalszemu podziałowi w społeczeństwie? Przecież polityka historyczna spod znaku IPN dzieleniu Polaków sprzyja. Instytut przeistoczył się bowiem w twór szerzący nacjonalistyczną propagandę, w znacznym stopniu wykluczającą z polskiej historii lewicę i jej dorobek.
Skoro nie da się zlikwidować tej antynarodowej instytucji, bo nie da się w Sejmie obalić weta jej byłego prezesa, należy ograniczyć jej szkodliwość poprzez radykalne obcięcie finansów i zredukowanie działalności do pionu archiwalnego. Nieprzeciążeni pracą,
Gniew i wola mocy
Janusza Walusia, polskiego emigranta mieszkającego w RPA, skazano na karę śmierci zamienioną na dożywocie. Zamordował z zimną krwią lidera południowoafrykańskich komunistów. Porządny chłop ten Waluś, tylko miał chwilę słabości, zrozumiałą zresztą. Za kratami spędził 29 lat. Został zwolniony warunkowo, zrzekł się obywatelstwa RPA, deportowano go do Polski i ma nasze obywatelstwo.
Waluś wyrasta na bohatera skrajnej prawicy i kibiców piłkarskich. Podczas ligowego spotkania z Pogonią Szczecin na stadionie Legii pojawił się na słynnej Żylecie, gdzie półnadzy kibice walą się pięściami w piersi jak goryle. Byłem tam kiedyś, widziałem. I zawisła na Żylecie flaga z podobizną Walusia. Niedawno znów pokazał się na trybunie stadionu przy Łazienkowskiej w towarzystwie europosła Grzegorza Brauna. Kibole wiwatowali na cześć mordercy. Waluś dzięki Braunowi zapewne znajdzie się na liście wyborczej i wyląduje w Sejmie. Będzie jego ozdobą, jak teraz Mejza i Matecki. PiS już się przymierza do koalicji z Braunem za dwa lata. Wysłannicy PiS byli widziani, jak w nocy po kryjomu zakradają się do łóżka Brauna na szeptanki. Braun może być jęzorem u wagi przy próbie tworzenia koalicji. I będzie stawiał warunki. Typuję go na ministra edukacji. Nasza szkoła będzie odżydzona, narodowo czysta, żadnych Tuwimów, Leśmianów, Schulzów ani Lemów na liście lektur. Gombrowicz, chociaż czysty rasowo, ale lewak i pedał, też won.
Jedno jest pewne, prezesowi wyrosła na prawicy konkurencja, której nie da rady zjeść. Nie ma mowy o samodzielnych rządach. A jeśli to niemożliwe, grożą nam różne paskudztwa, ale nie zniszczenie demokracji. Dyktatura trzech partii zbyt pokraczna i trudna, będą się blokowali i bali siebie nawzajem. Taki ciemny optymizm.
Na filmie „Norymberga”. Opowieść o procesie Hermanna Göringa, drugiego po Hitlerze polityka w Rzeszy. Pokazana jest jego zażyłość z psychiatrą Douglasem Kelleyem, który miał badać zbrodniarzy osadzonych w więzieniu Spandau i nawet polubił Göringa, bo ten był taki błyskotliwy i chwilami ludzki. Znakomita rola Russella Crowe’a, który wcielił się w Göringa. Kelley był przerażony, gdy odkrył: oni nie są chorzy psychicznie,








