Tag "Małopolska"
Zabiegani, pędzą… Przejażdżka po Małopolsce na koniec 2025 roku
Starzy się krzywią, że czego tu oczekiwać, młodzi, że drogo, a pieniędzy nie ma. Jeżdżę po Małopolsce i pytam ludzi o rok, który mija, i o ten, co idzie. Wybrałam kierunek na zachód od Krakowa, bo na zachód jednak zawsze lepiej, prawda?
Mijam kolejne miejsca. Kryspinów, gdzie latem część Krakowa plażuje w rytm basów z głośników. Liszki. Czernichów. Wszystko szare i powysychane. Dalej widać góry, bliżej czuć niewymienione piece. Mijam Zator, gdzie Małopolska od średniowiecza zaopatruje się w karpie, a cały świat od ponad dekady przyjeżdża po rozrywkę na rollercoasterze. Przy domach coraz częściej powiewają polskie flagi. A przed domami stoją ogrodowe krzesła. Nie ławki, to nie Podlasie, to Małopolska. Wisła i Cracovia rządzą na murach. A poza tym Polska Walcząca, nieczytelne tagi i że ktoś jest cwelem albo dziwką.
Mijam kolejne miejsca, w tym to o nazwie Miejsce, bo tak się nazywa jedna z małopolskich wsi. Mijam Spytkowice, Smolice, Babice i wzgórze z zamkiem Lipowiec w Wygiełzowie. Jeżdżę i rozmawiam.
Przed marketem panie palą papierosy na tle bilbordu z promocją na kiełbasę.
– Zabiegani są wszyscy – mówi pierwsza i zaciąga się dymem.
– Zabiegani, pędzą, nie uśmiechają się, jest dramat z ludźmi – mówi druga i też bierze macha. – To jest trend czegoś, nie wiem czego, ale jakiś taki trend jest…
– …że ciągle za czymś gonią.
– Może za bogactwem? Nie wiem. Ciężko jest po prostu. Ciężko ze służbą zdrowia, ciężko z chorobami, ciężko ze wszystkim.
– Mnie się wydaje, że ten 2025 był taki ciężkawy.
– W pracy.
– Tak, w pracy, ale dla Polski też.
Smutne drzewa o zwisających gałęziach, na dachach smutne, zardzewiałe anteny Polsatu i C+.
„Żebyśmy nie zanurzyli się w tę nicość za życia”, mówi kobieta w radiu, bo rozmawia o śmierci, więc przełączam na muzykę – Nene Heroine, jazz, album „4”, ponoć płyta roku, też smutno, ale inaczej.
Świat nie wie, na czym stoi
Od jakiegoś czasu, gdy o coś ludzi spytać, to wszyscy wspominający o Polsce są anonimowi. Dlatego nie ma imion (poza jednym wyjątkiem). I wszyscy o tej Polsce albo o polityce mówią. Jakiekolwiek zadać pytanie, tak odpowiadają, nawet jeśli tylko po to, by powiedzieć: nie wiem, bo się polityką nie interesuję, nie oglądam telewizji. Tak jakby każde pytanie wydawało nam się pytaniem o Polskę i politykę. Gdy więc pytam, jaki był dla pana/pani rok 2025…
– Mało telewizji oglądam, nie
Kipu na zamku w Niedzicy
Czyli historia genialnej mistyfikacji
Wojna zakończyła się ponad rok wcześniej, ale latem 1946 r. na Podhalu daleko było od jakiejkolwiek stabilizacji. Formalnie działały organy nowej, ludowej władzy, ale lokalne posterunki przypominały małe twierdze, a barykadującym się na noc milicjantom przyświecał jeden cel – przetrwać. Wszystko z powodu aktywności oddziału Józefa Kurasia „Ognia” (…). W tej sytuacji ludność musiała często brać sprawy w swoje ręce. 20-letni Franciszek Szydlak z własnej inicjatywy zaopiekował się wiekowym niedzickim zamkiem, w którym służył jeszcze przed wojną. (…) Wrota otwierał jedynie dla nielicznych zwiedzających.
W ostatni dzień lipca, przed południem, oczom samozwańczego obrońcy zamku ukazał się niezwykły widok. Na wzgórze podjeżdżała ciężarówka, a zza szoferki słychać było roześmiane głosy. Po chwili z paki zeskoczył młody, przystojny mężczyzna z zawadiacko zaczesanymi włosami:
– Dzień dobry! Czy jest tu we wsi jakaś władza? Sołtys, milicjant?
– Jest oczywiście – odpowiedział ostrożnie Franciszek Szydlak.
– A o co chodzi?
– Nazywam się Andrzej Benesz. Decyzją Wojewódzkiego Urzędu Konserwatorskiego w Krakowie jestem upoważniony do wydobycia ukrytego na zamku testamentu. Będę potrzebował urzędowych świadków. Możecie ich tu poprosić?
– To chwilę zajmie – odpowiedział wymijająco klucznik z Niedzicy, studiując uważnie okazany mu dokument. – Do tego czasu musicie zaczekać przed bramą.
– Nic nie szkodzi, zejdziemy tu nad rzekę podziwiać panoramę Pienin – stwierdził kierownik tej dziwnej naukowo-rekreacyjnej wyprawy.
W ciągu kilkudziesięciu minut Franciszkowi Szydlakowi udało się zainteresować sprawą sołtysa Andrzeja Pukańskiego, leśniczego Stanisława Gołąba i trzech żołnierzy z pobliskiej strażnicy WOP. Po wejściu całej grupy na dziedziniec Andrzej Benesz od razu skierował się w stronę schodów prowadzących do bramy tzw. górnego zamku i bezdyskusyjnie przejął dowodzenie całą akcją:
– Proszę o pozostanie u podnóża schodów. Stąd dobrze widać, a żadnych badań nie przeprowadza się w takim tłoku.
Dzięki dostarczonemu przez wopistów kilofowi stosunkowo szybko udało się podważyć kamienny blok ostatniego stopnia schodów i wydobyć zmurszałą tubę długą na 18 cm, a szeroką na 3,5 cm. Po delikatnym odkrojeniu jednego z jej końców ze środka wyjęto pęk zbutwiałych skórzanych rzemieni, powiązanych w różnorodne węzły. Na końcach trzech z nich przytwierdzone były blaszki w kolorze złotym, z nieco niezdarnymi napisami „Titicaca”, „Vigo” oraz „Dunajecz”.
– Wygląda na to, że to kipu, pismo węzełkowe – oświadczył Andrzej Benesz, podnosząc na chwilę znalezisko do góry. Wśród zgromadzonych na zamkowym dziedzińcu dało się wyczuć pewne rozczarowanie, nie taki skarb spodziewano się odnaleźć… – Ten inkaski testament spoczywał tu od prawie 150 lat, gotowy zaraz rozsypać mi się w rękach – zauważył mężczyzna, szybko chowając kipu z powrotem do tuby. – W Krakowie przekażemy je do dalszych badań. Proszę wszystkich do pamiątkowego zdjęcia, a ja niezwłocznie przystępuję do spisywania protokołu. Obywatela sołtysa, obywatela leśniczego i obywatela kaprala z WOP będę prosił o jego podpisanie i potwierdzenie urzędowymi pieczęciami wszystkich okoliczności tego znaleziska.
Franciszka Szydlaka nieco zaskoczył pośpiech, z jakim krakowska ekspedycja ewakuowała się z Niedzicy. (…) Szybko zapomniał o sprawie, nie wiedząc, że to dopiero początek zdarzeń, które będą miały zasadniczy wpływ na życie jego i całej wsi.
Wysuniętą najbardziej na północny zachód część historycznego Spisza od zawsze ograniczały koryta rzeki Białki, a później przejmującego jej wody Dunajca. Przypuszczalnie na przełomie XI i XII w. tereny te weszły w skład Węgier
Ciąg dalszy tej wielowątkowej historii można przeczytać w książce Jakuba Kuzy Genialnie zmyślone. Skarby, fałszerstwa, mistyfikacje, Znak, Kraków 2025
Sułoszowa – magia pasków i skał
Wielu sułoszowian do niedawna nie zdawało sobie sprawy z wyjątkowości miejsca, w którym żyją
Na mapie małopolskich celów turystycznych Sułoszowa pojawia się rzadko. Wieś leży ok. 25 km na północny zachód od Krakowa. Większość krakowian czy mieszkańców Górnego Śląska przejeżdża przez nią, nawet nie wiedząc, jak się nazywa. W weekendy aut bywa więcej. Tamtędy podążają do Ojcowa czy zamku w Pieskowej Skale (leży w granicach administracyjnych Sułoszowej) nie tylko krakowianie, ale i turyści z innych części kraju. Wielu kierowców dziwi się, że obszar zabudowany ciągnie się tak długo. Od pierwszej, umieszczonej przy wjeździe, nieco zardzewiałej tablicy do następnej, z przekreślonym napisem „Sułoszowa”, jest dokładnie 10 km.
I właśnie ten bardzo długi ciąg budynków z wąskimi polami rozchodzącymi się po obu jego stronach tak zadziwił przedstawicieli światowych mediów, że zaprezentowali swoim odbiorcom widok, który wydaje się niemal nierealny. Widok na sułoszowskie, wielobarwne, cienkie paski pól, w którego stworzeniu nie brała udziału sztuczna inteligencja.
Ulicówka i skały na podwórkach
Jadąc od południa, od strony Maczugi Herkulesa i Pieskowej Skały, naszym oczom ukazują się białe formacje skalne o często dziwacznych kształtach. Wapienne, typowe dla Jury Krakowsko-Częstochowskiej, znajdują się – co przesądza o wyjątkowości Sułoszowej – nie tylko wzdłuż drogi, ale także… na wielu podwórkach. Do skał przytulonych jest wiele domów, na zabudowania gospodarcze brakuje miejsca. Mieszkańcy wsi ze skałami na własnych podwórzach musieli się zaprzyjaźnić na całe życie. I chyba dobrze im z tym.
Gdy jedzie się w stronę Olkusza, pejzaż się zmienia, wszechobecne skały ustępują miejsca polom. Wąskim, niekiedy pięcio-, może sześciometrowym. Na tym odcinku ze względu na zwartą zabudowę jednodrożną możemy mówić o typowej ulicówce.
Przy ulicy Olkuskiej stoją duże, wielopokoleniowe domy. Za nimi, nieco schowane, również spore stodoły i inne budynki gospodarcze. Dalej od ulicy, w odległości mniej więcej 100-150 m, nie ma już żadnych zabudowań. Zaczynają się te kolorowe, starannie zagospodarowane paski upraw: zboża, ziemniaków, kukurydzy, buraków cukrowych, które na zdjęciach z dronów lecących ponad 100 m nad wsią robią na cudzoziemcach piorunujące wrażenie. Z poziomu drogi nr 773 oraz budowanego wciąż chodnika tego nie zobaczymy. Ale i tak zorientujemy się, że jesteśmy w miejscu o nietypowej jak na nasze warunki zabudowie. Bo za domostwami i ogrodami widać pustkę pól.
Jako że rozciągnięta na 10 km Sułoszowa nie jest standardową wsią, znajdziemy w niej aż trzy budynki Ochotniczej Straży Pożarnej. To bezpieczne rozwiązanie, przy jednym dojazd mógłby strażakom zająć za dużo czasu, a tak OSP I, OSP II i OSP III
W „bawarskich Wadowicach” wszystko wygląda inaczej
Po śmierci Benedykta XVI rodzinna miejscowość niemieckiego papieża liczy na turystyczno-pielgrzymkowe odrodzenie Jeżeli zapytamy statystycznego Niemca (może z wyjątkiem Bawarczyków), Włocha czy Polaka, gdzie urodził się zmarły kilka dni temu papież Benedykt XVI, albo nie uzyskamy odpowiedzi, albo usłyszymy, że „w jakimś małym, niemieckim miasteczku”. We Włoszech swego czasu mówiono nawet, że „urodził się gdzieś w Bawarii”. To „gdzieś” to Marktl am Inn na pograniczu Dolnej Bawarii i Austrii, nad krystalicznie czystą rzeką Inn. Wybierzmy się zatem
Ludożerca, tyran i Żyd
O sekretarzu, który zadarł z krowami Drukując artykuł o Józefie Darolu, wkroczyliśmy w klimat lat 50. i 60. XX w. Były to czasy nie tylko przesadnie eksponowanych obecnie błędów i wypaczeń, ale również prawdziwych liderów, którzy zmieniali Polskę na lepsze z ludźmi i dla ludzi. Najmniej przy tym myśleli o sobie. Dlatego ostatnie lata życia najczęściej spędzali w skromnych dwupokojowych mieszkaniach, wyposażonych w meblościanki z dykty, a luksusem była działka pracownicza i daewoo tico. O takich ludziach, idących z prądem przemian, a równocześnie pod prąd
Dymgła
Lepkie, tłuste, ciężkie, pyliste, zionące spaliną – naprędce staram się określić powietrze, którym oddycham w górskiej kotlinie, ale i w małopolskiej metropolii, i w najzamożniejszej mazowieckiej gminie – bez różnicy, zimą Polskę spowija smog. Jeszcze jeden punkt zapalny w tym rozpękniętym kraju, jeszcze jeden powód sporów, kolejny pretekst do wojny domowej między plemionami: jedni się duszą smrodem z kominów sąsiedzkich, drudzy wyzywają ich od histeryków, hipochondryków, a ostatecznie unijczyków polskiego pochodzenia. Roznamiętnieni zaprzeczacze
Anty-LGBT w Małopolsce upada
Nowa uchwała „anty-LGBT” ma być bez „anty” i bez „LGBT” W obliczu utraty środków unijnych dla Małopolski PiS próbuje jakoś z twarzą wycofać się z zatwierdzonej przez małopolski sejmik uchwały „anty-LGBT”. Dlatego teraz usłyszeliśmy, że uchwała zostanie, jednak usunie
Wolne miasto Kraków?
Radni małopolskiego sejmiku mimo widma odebrania unijnych dofinansowań dla regionu podtrzymali tzw. uchwałę anty-LGBT przyjętą w 2019 r. Od decyzji odcina się Kraków. Prezydent miasta Jacek Majchrowski napisał list do Komisji Europejskiej. W 2019 r. Małopolska







