Tag "polska polityka"
Palikot, czyli kto?
PRZYPOMINAMY fragmenty tekstu z 31 grudnia 2012 r.
Rok temu był furkot, partia Palikota zdobyła w wyborach ponad 10% głosów, wydawało się, że świat stoi przed nią otworem. Sam Palikot mówił, że poparcie mu rośnie, że sięga 18% i to nie koniec. Od razu chciał jednoczyć lewicę; on miał być kandydatem na prezydenta, Kwaśniewski – na premiera, a SLD miał organizować kampanię. Lider Ruchu Palikota zapowiadał też, że do polityki wprowadzi nowe treści i nowe twarze. Że będzie nowa jakość.
Minął rok.
Sondaże dają partii Palikota 5% poparcia (część – 8%, ale są i takie, w których jest pod progiem, na poziomie 4%). O żadnym jednoczeniu lewicy pod jego przywództwem nie ma mowy, już wiadomo, że kto zaczyna się z nim zadawać, traci. Nowych twarzy, które miał wprowadzić do polityki, nie ma; jego sukcesy to ściąganie SLD-owskich outsiderów. Nowość i świeżość to żadna. (…)
Cóż takiego się zdarzyło w ciągu ostatnich 12 miesięcy, że nowa formacja straciła niemal połowę poparcia? Że częściej wywołuje zażenowanie niż entuzjazm?
Próbując odpowiedzieć na to pytanie, warto przez chwilę zastanowić się, na czym polegał sukces Palikota w roku 2011. Co się stało, że ugrupowanie budowane na antyklerykalnej partii Racja i wokół samego Palikota zdobyło głos co dziesiątego wyborcy? Nagle Polacy stali się wrogami Kościoła? Nagle zaimponowały im palikotowe eventy?
Czy kłamstwo w polityce ma krótkie nogi?
Prof. Radosław Markowski,
politolog, socjolog, USWPS
Jeden z amerykańskich prezydentów ukuł sentencję, że można kłamać, ale nie można kłamać we wszystkich sprawach, zawsze i wobec każdego. Polityka kieruje się tym, że politycy, ujmując to delikatnie, konfabulują. Przedstawiają w dobrym świetle siebie i swoje działania, a ich przeciwnicy robią wręcz odwrotnie. Czy kłamstwo się opłaca, zależy od popytu i podaży, jakie funkcjonują w polityce, czyli od tego, kto i do kogo kieruje komunikat. Jeśli spojrzeć na większość krajów, suweren jest zazwyczaj przeciętnie rozgarnięty i łatwo go karmić np. fake newsami. Weźmy Donalda Trumpa. To typ polityka, któremu opłaca się permanentne kłamanie. Podobnie jest w Polsce. Koalicji rządzącej nie opłaca się kłamać, ponieważ odbiorcami jej przekazu są głównie ludzie, którzy nie chcą prostej interpretacji faktów, oczekują konkretnych uzasadnień. Na drugim biegunie mamy wyborców opozycji, którzy przyjmą wszystko, co zakomunikuje im partyjny wódz. Nawet jeśli będzie stało w stuprocentowej sprzeczności z tym, co pokazuje rocznik statystyczny.
Krzysztof Daukszewicz,
satyryk, komentator polityczny
Kłamstwo w polityce już nie ma nóg, ponieważ kłamie się w niej na okrągło. Niektórych może zastanawiać, jak politycy w takim razie chodzą, ale widać, że jakoś sobie radzą, więc można odłożyć tę kwestię na bok. Dużo istotniejsze jest, że kula tych wszystkich kłamstw uderza w społeczeństwo.
Piotr Szumlewicz,
przewodniczący Związkowej Alternatywy
W polskiej polityce kłamstwa nie mają konsekwencji z tego prostego powodu, że największe partie w kluczowych sprawach oszukują. Wszyscy mówią chociażby o walce z kolesiostwem i nepotyzmem, a nikt nie przyjmuje zapobiegających im rozwiązań systemowych. Wszystkie liczące się partie w kampaniach wyborczych proponują mnóstwo zmian na lepsze, a ich liderzy wiedzą, że w najlepszym wypadku zrealizują tylko kilka propozycji. Czy tak musi być? Wydaje się, że dla wielu Polek i Polaków wiarygodność jest jednak zaletą. Wyborcy mogliby docenić partię, która mówiłaby prawdę i nie oglądała się na słupki poparcia. Na przykład wielu polityków obozu rządzącego wie, że świadczenie Rodzina 800+ w obecnej wersji jest nieskuteczne i drogie, ale unikają dyskusji na ten temat. Liderzy koalicji rządzącej nie mówią też o zrównaniu wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn, choć jest to oczywistość dla wszystkich postępowych partii w Unii Europejskiej. Mówienie prawdy za wszelką cenę bywa dla polityków zgubne, ale koniunkturalizm może trwale odebrać wiarygodność.
Taczeryzm mieszkaniowy
Słynne jest powiedzenie pierwszego ministra przemysłu po przemianach 1989 r., Tadeusza Syryjczyka, że „najlepsza polityka przemysłowa to brak polityki przemysłowej”. Kryje się za nim główny przekaz ideowy polskiej transformacji: dajmy rynkowi decydować. Każda ingerencja w jego działanie zaburzy bowiem proces powstawania samorzutnego ładu ekonomicznego, który najlepiej zaspokoi ludzkie potrzeby. W tym sensie jakakolwiek polityka w jakiejkolwiek dziedzinie życia jako wyraz odgórnego (państwowego) planowania czy regulowania jest z definicji szkodliwa. Takie podejście to efekt wpływu, jaki wywarł na polskich liberałów (głównie gdańskich, ale i krakowskich) realizujących naszą transformację austriacki ekonomista Friedrich August von Hayek (noblista z 1974 r.). Wielbiciel spontaniczności działania sił rynkowych i zażarty wróg wszelkiego planowania czy wpływania na rynek kapitalistyczny przez państwo, a także krytyk państwa socjalnego jako wstępu do totalitaryzmu (sic!). Jego poglądy spopularyzowała w Polsce niewielka książeczka Janusza Lewandowskiego „Neoliberałowie wobec współczesności” (pierwsze wydanie w 1989 r.), a dalej już poszło.
Konsekwencją przyjęcia za dobrą monetę filozoficznych tez Hayeka przez polskie elity transformacyjne było uznanie, że nie tylko najlepszą polityką przemysłową jest brak polityki przemysłowej, ale również najlepszą polityką mieszkaniową jest brak polityki mieszkaniowej. No i teraz zbieramy owoce tego braku polityki jako najlepszej polityki. To bowiem rynek kapitalistyczny miał nam załatwić problem mieszkaniowy, tak jak miał załatwić wiele innych problemów. Nie załatwił. I nic w tym dziwnego, bo nigdzie na świecie to mu się nie udało. Nawet w krajach, w których jest najwięcej kapitalizmu w kapitalizmie, czyli w Wielkiej Brytanii i USA. Wiadomo o tym było od dawna. Przed polską transformacją. Dlaczego zatem nie wyciągnęliśmy wniosków z historii społecznej i politycznej Zachodu i brnęliśmy w rozwiązania, które nigdzie się nie sprawdziły? Żarliwość neofity. Chcieliśmy stworzyć najbardziej
Wody i wały PiS
Donald Tusk zbiera cięgi za pisowskiego molocha, którym kieruje pisowska protegowana
Jeszcze woda nie opadła w zalanych miejscowościach, a już politycy PiS i wspierające ich media rozpętali nagonkę na Donalda Tuska, że ten nie zapobiegł tragicznej w skutkach powodzi. Pod ostrzałem znaleźli się również pracownicy Wód Polskich, instytucji, która odpowiada za ochronę przed powodzią (w tym za budowle hydrotechniczne). Zarzucono im, że nie reagowali na alarmujące prognozy meteorologiczne, wskutek czego nie opróżniono na czas zbiorników retencyjnych. Krzysztof Wołoszyn, wójt gminy Żukowice, stwierdził natomiast, że wały przeciwpowodziowe nie były koszone i nikt ich nie monitorował, na co premier odparł, że to niejedyne miejsce, „gdzie stwierdzono zaniedbania ze strony Wód Polskich” i „nie będę nikogo zachęcał, żeby donosił, ale musimy wiedzieć, gdzie co nawaliło, żeby nie było tego typu sytuacji w przyszłości”.
Prezeska Wód Polskich Joanna Kopczyńska (na to stanowisko została powołana przez ministra infrastruktury Dariusza Klimczaka z PSL) winę za złe zarządzanie zrzuciła na poprzedników, którzy „ograbili firmę z pieniędzy”. To bardzo odważne stwierdzenie, Kopczyńska bowiem za rządów PiS, w latach 2018-2021, była wiceszefową Wód Polskich, współtworzyła tę instytucję, a potem została zastępczynią dyrektora ds. Państwowej Służby Bezpieczeństwa Budowli Piętrzących w Instytucie Meteorologii i Gospodarki Wodnej – Państwowym Instytucie Badawczym. Podobno jej protektorem był wpływowy poseł PiS Marek Gróbarczyk, minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej w rządach Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego.
Według moich informacji to Kopczyńska mimo alarmujących prognoz meteorologicznych zapewniała Tuska, że nadzorowana przez nią infrastruktura wytrzyma falę powodziową. Premier, który nie jest przecież hydrologiem, nie miał powodów, aby tym zapewnieniom nie wierzyć.
Na wariackich papierach
Wody Polskie zostały utworzone przez PiS w 2018 r. Nowa, scentralizowana instytucja (w jej skład wchodzą Krajowy Zarząd Gospodarki Wodnej, regionalne zarządy gospodarki wodnej, zarządy zlewni i nadzory wodne) przejęła zadania samorządów i obowiązki Krajowego Zarządu Gospodarki Wodnej oraz siedmiu regionalnych zarządów zajmujących się gospodarowaniem wodami. Jesienią 2020 r. Najwyższa Izba Kontroli opublikowała raport „Utworzenie i funkcjonowanie Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie”. Dokument jest porażający. Pokazuje bowiem, że urząd odpowiedzialny za ochronę przed powodzią był niezdolny do wypełniania przypisanych mu obowiązków. Główny problem stanowiły braki kadrowe, z tego powodu nie sposób było zagwarantować prawidłowej i terminowej realizacji zadań.
Tusk na fali, PiS podtopione, szelest euro
Ludzie doświadczeni powodzią oczekują solidarności z nimi, a nie politycznej bijatyki
Gdyby Platforma nie miała Donalda Tuska, mogłaby się pakować. Premier uratował swój obóz i uratował się sam, nie dał się zatopić. Za to z powodzią popłynęło PiS. Takie są pierwsze wnioski ze starcia politycznego pod nazwą „rozliczenia po powodzi, czyli kto zawinił”.
Co powiedział Tusk
Dwa wydarzenia wysuwają się na pierwszy plan, gdy zastanawiamy się, jak działał rząd w czasie powodzi. Pierwsze to sam początek, 13 września. Drugie – posiedzenia sztabu kryzysowego pod przewodnictwem premiera w kolejnych dniach.
13 września o godz. 8 Donald Tusk był we Wrocławiu i przewodniczył posiedzeniu sztabu kryzysowego. Wtedy padły jego słowa cytowane później przez wszystkie media: prognozy nie są przesadnie alarmujące. Tymczasem 13 września wieczorem już było bardzo źle. Premier więc oszukiwał społeczeństwo? Zwodził?
To było pierwsze zwycięstwo PiS w wojnie propagandowej. I kilka dni musiało upłynąć, by rządzący się ogarnęli i zaczęli na to odpowiadać. A co naprawdę Tusk wówczas powiedział? Oto jego słowa: „Te prognozy – łączyliśmy się z prognostykami – nie są przesadnie alarmujące. Nie lekceważymy żadnego sygnału, mamy swoje doświadczenia, tu, we Wrocławiu, z 1997 r., więc wiadomo, że nie można lekceważyć tej sytuacji. Ale chcę powiedzieć, że dzisiaj nie ma powodu, by przewidywać zdarzenia w skali, która by powodowała zagrożenie na terenie całego kraju. Jeśli można się czegoś spodziewać, to lokalnych podtopień i powodzi błyskawicznych zlokalizowanych w jakimś miejscu. Szczególnie raczej w górach, ale czasami zdarza się to w miastach i na te zdarzenia chcemy być perfekcyjnie przygotowani”.
Równie dobrze można było z tej wypowiedzi wyjąć słowa: „Nie można lekceważyć tej sytuacji”. Ale wyciągano te pierwsze i propaganda PiS zyskała przewagę. Nie na długo.
Sztab, czy polityczny Big Brother
Oto bowiem rozpoczęły się posiedzenia sztabu kryzysowego, pod przewodnictwem premiera, transmitowane bezpośrednio przez telewizję. To Tusk zadecydował, że tak ma być. I te posiedzenia rozbiły narrację PiS, uczyniły ją marginalną. Bo ile można tłuc, że premier się spóźnił, że lekceważył, skoro w każdym momencie mogliśmy zobaczyć premiera świadomego powagi chwili, który wydaje polecenia, omawia szczegółowe sprawy, jest pełen energii i zaangażowania. I wymaga.
Czy to był show? Polityczny Big Brother? W XXI w. obywatele mają potrzebę uczestniczenia na żywo w ważnych wydarzeniach. Mają potrzebę podglądania. Dlatego transmitowane są posiedzenia parlamentu, dlatego tak wielką oglądalnością cieszą się nagrania z kuluarów.
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Czekanie na Brutusa
Jak pamiętacie, na okładce poprzedniego numeru było zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego. Z tytułem „Robił, co chciał. Państwo Kaczyńskiego”. Tekst szykowany był na kongres PiS, który miał się odbyć w minioną sobotę. Miał się odbyć i aż do środy prezes potwierdzał, że się odbędzie. Zapowiadała się ogromna wpadka, bo kto w czasie powodzi robi takie imprezy? Tylko ktoś oderwany od realnego życia. Na szczęście dla tej formacji jacyś przytomniejsi politycy wybili prezesowi ten pomysł z głowy. Media i widzowie stracili okazję przyjrzenia się, jak ubożuchne programowo i skromne myślowo jest najbliższe otoczenie Kaczyńskiego. To, które sam sobie dobrał. Eliminując wszystkich, którzy wyrastali powyżej pisowskiej murawy.
Sytuacja w PiS jest mało klarowna. Możliwe są nawet najbardziej zaskakujące rozwiązania. Prezes kolejnymi publicznymi występami potwierdza, że żyje w świecie, który ma coraz mniej wspólnego z tym rzeczywistym. A jego najbliższe otoczenie udaje, że tego nie widzi. Wszystko jednak ma swój koniec. Zwłaszcza w polityce, gdzie lojalność jest na końcu przestrzeganych zasad. Mając w ręku wszystkie instrumenty władzy, można ją utracić. Historia pełna jest nazwisk satrapów, dyktatorów i dożywotnich władców, którzy władzę stracili.
To na szczęście nie jest nasz problem. Zobaczymy, kto w tym gronie okaże się Brutusem. Czas nagli, w szeregach PiS widać coraz więcej kandydatów do rozmowy z prokuratorem. A to przecież skromny początek rozliczeń, które nieuchronnie czekają najbliższe otoczenie Kaczyńskiego. I jego samego. Osobista odpowiedzialność prezesa za wiele afer jest tak oczywista, że do odbudowy praworządności w Polsce taki proces jest niezbędny. Bo prawdziwe prawo i prawdziwa sprawiedliwość zatriumfują dopiero wtedy, gdy ukarani zostaną organizatorzy i przywódcy przestępczego systemu.
Dotyczy to również Zbigniewa Ziobry. Jeśli jest na tyle zdrowy, że może udzielać długich wywiadów mediom dojnej zmiany, to nie ma powodów, by unikał sejmowej komisji śledczej. Przykładów aresztowań ludzi starych i chorych za rządów Ziobry było wiele. Choćby opisany przez nas przypadek 78-letniej adwokat Aliny Dłużewskiej, którą dwa lata trzymano w areszcie i torturowano. Nie mam wątpliwości, że tacy bezwzględni wobec swoich przeciwników politycy jak Zbigniew Ziobro zrobią wszystko, by uniknąć odpowiedzialności. Boją się kar i więzienia.
W życiu jednak za wszystko trzeba płacić. Choroba nie gwarantuje bezkarności.
Jak nie zaszkodzić polskiej nauce?
Minister Wieczorek powinien otoczyć się kompetentnymi, obiektywnymi osobami, odsuwając na boczny tor zwolenników kolejnej manipulacji punktami
Przeciętny czytelnik czy odbiorca programów informacyjnych nie orientuje się w szczegółach problemów, z jakimi boryka się polska nauka. Docierają do niego jakieś newsy o skandalach z przyznawaniem środków finansowych i kupowaniem dyplomów, o plagiatach i aferach obyczajowych, rzadziej – o sukcesach, odkryciach czy wynalazkach. Tymczasem życie naukowca w obecnych warunkach prawnych i organizacyjnych to także ciągła walka np. z nieuczciwą konkurencją, perfidnym oszustwem, manipulacją i innymi absurdami, stworzonymi na różnych etapach przez tzw. czynniki decyzyjne, czyli naszych polityków.
Punktoza a sprawa polska
– Jestem stanowczym przeciwnikiem punktozy w ocenianiu rangi czasopism naukowych – mówi prof. Daniel Młocicki, parazytolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, a przy tym redaktor naczelny specjalistycznego kwartalnika „Acta Parasitologica”, uwzględnianego we wszystkich liczących się bazach i posiadającego tzw. współczynnik wpływu (impact factor).
Rzecz dotyczy postępującej patologii w naszym nieco zaściankowym „obrocie myśli naukowej”. Przez kilka lat prof. Młocicki koordynował działalność Editors Clubu WUM, na spotkaniach którego piętnowano ową punktozę i który wysyłał do ministerstwa liczne protesty przeciwko fali destrukcji spowodowanej woluntarystycznym, zdecydowanie nieuczciwym promowaniem wydawnictw publikujących naukową lichotę.
A kto jest autorem takiego systemu dowolnego windowania niektórych uczelni, instytutów badawczych czy zespołów naukowych? Tu padają nazwiska byłych ministrów nauki: Jarosława Gowina i Przemysława Czarnka.
Manipulacja ewaluacją
Pierwsze punkty pojawiły się jeszcze za kadencji minister Barbary Kudryckiej. Później zmiany legislacyjne wprowadzone przez ministra Gowina sprawiły, że punktacja publikacji w czasopismach odeszła od obiektywnych kryteriów opartych na wskaźnikach bibliometrycznych. W przypadku pracownika nauki ważna jest np. liczba publikacji naukowych w prestiżowych lub specjalistycznych czasopismach posiadających impact factor, liczba cytowań, liczba patentów oraz inne wskaźniki. U nas jednak zaczęto przyznawać punkty według niejasnych kryteriów popartych tylko siłą przebicia czy protekcją osoby decyzyjnej.
– Gdyby rangę wydawnictwa czy pojedynczej publikacji wyznaczały znane powszechnie parametry bibliometryczne, nie miałoby sensu angażowanie ministra i powoływanie dodatkowych gremiów, bo są to parametry obiektywne, które mógłby wykorzystać odpowiedni urzędnik resortu – kontynuuje swój wywód prof. Młocicki i ubolewa, że prowadzony przez niego anglojęzyczny, uznany w świecie nauki kwartalnik, w radzie którego są głównie znani badacze zagraniczni, uzyskał tyle samo punktów, co jakieś niszowe czasopismo, niekiedy niemal podwórkowe, wydawane po polsku, ale mające przychylność aktualnej władzy.
Publikacja na łamach prestiżowego czasopisma jest miarą jakości pracy naukowca. I nie tylko względy ambicjonalne powodują niesmak związany z punktozą. Za odpowiednio wysoką ewaluacją stoją spore pieniądze. A to już zakrawa na szwindel, bo to nierzadko środki publiczne, niezbyt hojnie dozowane.
Mechanizm sztucznego windowania osiągnięć naukowych, a przy tym nabijania kabzy wpływowym korporacjom nieakademickim, które w nauce dostrzegły szansę na świetny biznes, jest dosyć skomplikowany. Najbardziej jednak drażnią pracowników nauki „ręcznie sterowane” punkty przyznawane określonym czasopismom. Tworzy się w ten sposób patologia, bo autor, instytut czy uczelnia walczą o punkty, a nie o poziom obiektywnie wyznaczony na podstawie parametrów bibliometrycznych. Obecny system prowadzi do budowania polskiej nauki na grząskim piasku, zamiast na solidnych fundamentach stosowanych przez cały cywilizowany świat.
Jak w Biblii, ostatni będą pierwszymi
O tym, jak jest na świecie, mówi prof. dr hab. inż. Wojciech Piasecki z Instytutu Nauk o Morzu i Środowisku Uniwersytetu Szczecińskiego – wcześniej postdoc w Kanadzie i USA (przez trzy lata) – redaktor naczelny „Acta Ichthyologica et Piscatoria”.
b.tumilowicz@tygodnikprzeglad.pl
Prokurator do tuszowania przestępstw
Europoseł PiS, pierwsza prezes Sądu Najwyższego, wiceszef więziennictwa, brat komendanta głównego policji – oto kogo chronił prokurator Jerzy Ziarkiewicz
Prokuratura Krajowa poinformowała o wszczęciu śledztwa i postępowania dyscyplinarnego w sprawie „niedopełnienia obowiązków i przekroczenia uprawnień przez byłego prokuratora regionalnego w Lublinie”. Chodzi o zaufanego człowieka Zbigniewa Ziobry, Jerzego Ziarkiewicza, który chronił związane z PiS osoby podejrzane o popełnianie przestępstw, a jednocześnie nadzorował śledztwa wymierzone w tych, których PiS uważało za swoich przeciwników.
Ta sprawa jest bezprecedensowa. W historii polskiej prokuratury zdarzali się nieuczciwi prokuratorzy, ale nie było jeszcze śledczego, który, wykonując dyspozycje polityczne, na tak masową skalę sprzeniewierzyłby się prokuratorskiemu ślubowaniu. Według moich informacji Ziarkiewicz może usłyszeć nawet kilkadziesiąt zarzutów. A jeśli podpadnięty prokurator „pęknie” w czasie śledztwa i zacznie mówić, być może pociągnie za sobą Zbigniewa Ziobrę. Jest bowiem mało prawdopodobne, by działał bez wiedzy i akceptacji przełożonego.
Prokurator o słusznych poglądach
Jerzy Ziarkiewicz pewnie nie zrobiłby tak spektakularnej kariery, gdyby PiS nie doszło do władzy. To dzięki Zbigniewowi Ziobrze został prokuratorem regionalnym w Lublinie, choć według plotek swój udział miał w tym również kościelny biznesmen o politycznych zapędach – o. Tadeusz Rydzyk. Ziarkiewicz nigdy nie krył się z poglądami. W swoim gabinecie na ścianie miał portret Marii i Lecha Kaczyńskich, bywał też często na miesięcznicach smoleńskich w Warszawie, choć nie afiszował się z tym. Gdy pod koniec listopada 2023 r. po przegranych przez PiS wyborach powstał marionetkowy rząd Mateusza Morawieckiego, dwutygodniowy minister sprawiedliwości i prokurator generalny Marcin Warchoł wręczył Ziarkiewiczowi odznakę Za Zasługi dla Wymiaru Sprawiedliwości, co w środowisku prawniczym odebrano jako ponury żart. Odznaka przyznawana jest bowiem „za zasługi na rzecz umacniania zasad demokratycznego państwa prawnego, kształtowania kultury prawnej oraz właściwego funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości”.
Pod specjalną ochroną
Do nadzorowanej przez Ziarkiewicza prokuratury (i prokuratur podległych) kierowane były „najgorętsze” politycznie śledztwa. W zależności od zapotrzebowania część była prowadzona z przesadnym zaangażowaniem, inne zaś trafiały do tzw. zamrażarki, a właściwie do garażu prokuratury, gdzie ukrywano akta, co było niezgodne z prawem. W śledztwach, które rzekomo miały być prowadzone, nic się nie działo, a Ziarkiewicz tylko przedłużał ich bieg. Wyszło to na jaw przypadkiem, gdy jeden z kierowców prokuratury zaczał psioczyć na przełożonych, że musi parkować służbowy samochód pod chmurką, a w zimie dodatkowo odśnieżać pojazd i zdrapywać z niego lód, bo służbowy garaż zawalony jest pod sam sufit aktami.
Do tzw. zamrażarki trafiła np. sprawa ks. Mariusza W., wykładowcy akademickiego i dyrektora Światowych Dni Młodzieży w Krakowie w 2016 r., który zgwałcił kilka kobiet. Choć śledczy mieli zeznania pokrzywdzonych, duchowny przez kilka lat cieszył się wolnością. Został aresztowany dopiero w lipcu br., po tym jak nowe kierownictwo prokuratury nadało bieg „zamrożonym” śledztwom.
To Ziarkiewicz chronił przez lata europosła PiS Ryszarda Czarneckiego. Już w 2019 r. prokuratura dysponowała dokumentami z kontroli tzw. kilometrówek, którą przeprowadził Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych (OLAF). Wynikało z nich, że polityk wyłudzał na gigantyczną skalę pieniądze z Parlamentu Europejskiego. Sprawa trafiła do podległej Ziarkiewiczowi Prokuratury Okręgowej w Zamościu i kisiła się tam przez pięć lat. Pewnie zakończyłaby się umorzeniem, ale PiS straciło władzę i nie dało się już dłużej tuszować nadużyć.
Prokurator Ziarkiewicz rozpiął także parasol ochronny nad bratem komendanta głównego policji Jarosława Szymczyka, Łukaszem S., który działał w zorganizowanej grupie przestępczej wyłudzającej miliony złotych ze skarbu państwa na tzw. karuzeli vatowskiej. Łukasz S. został zatrzymany wraz z dwoma innymi przestępcami. Oprócz zarzutu udziału w zorganizowanej grupie przestępczej usłyszał kolejne: prania brudnych pieniędzy, fałszowania faktur i oszustwa dotyczącego mienia znacznej wartości. Prowadzący śledztwo prokurator domagał się aresztu dla wszystkich podejrzanych, ale sąd rejonowy na to się nie zgodził, więc śledczy postanowił odwołać się od tej decyzji do sądu okręgowego. Wtedy interweniował Ziarkiewicz, który polecił wycofać wniosek o aresztowanie, ale tylko wobec Łukasza S. Prowadzący śledztwo prokurator nie zgodził się i zażądał polecenia na piśmie. Ziarkiewicz mu je wydał, dzięki czemu brat komendanta głównego policji uniknął aresztu, za to dwaj jego kompani trafili za kratki.
Już dawno powinien zostać osądzony płk Artur Dziadosz, były zastępca dyrektora generalnego Służby Więziennej, który w listopadzie 2019 r. w Kozienicach na przejściu dla pieszych śmiertelnie potrącił samochodem kobietę. W ciągu pół roku miejscowa prokuratura zebrała kompletny materiał dowodowy, dzięki któremu można było postawić Dziadoszowi zarzuty i skierować akt oskarżenia do sądu (oficerowi grozi kara od sześciu miesięcy do ośmiu lat więzienia). Jednak śledztwo zostało najpierw przejęte przez Prokuraturę Okręgową w Radomiu, a następnie przekazane do Prokuratury Okręgowej w Lublinie. Zdecydował o tym prokurator Ziarkiewicz, który objął je „zwierzchnim nadzorem”. Postępowanie ugrzęzło, bo prokuratorzy zaczęli na nowo analizować zebrany materiał dowodowy i zamawiać dodatkowe opinie biegłych. Płk Dziadosz nie tylko nie został osądzony, ale nadal był wiceszefem polskiego więziennictwa, a gdy sprawa stała się głośna, uciekł na emeryturę, by wkrótce znaleźć – dzięki Zbigniewowi Ziobrze – zatrudnienie na dyrektorskim stanowisku w Mazowieckiej Instytucji Gospodarki Budżetowej Mazovia w Warszawie, która podlega Ministerstwu Sprawiedliwości (o płk. Arturze Dziadoszu pisaliśmy w tekście „Ponad prawem” w PRZEGLĄDZIE nr 50/2023).
Trochę stukania, trochę barykad
Minister Sikorski już nie organizuje corocznych narad ambasadorów, on organizuje narady szefów polskich przedstawicielstw. Prawda, że znacząca to zmiana?
W ten sposób realizuje się scenariusz, którego się spodziewaliśmy – prezydent Duda niczego nie podpisuje, ani odwołań dotychczasowych ambasadorów, ani nominacji nowych. Wygląda to wszystko tak, że ambasadorowie są odwoływani do kraju, a na ich miejsce jadą szefowie placówek, czyli chargé d’affaires.
Może więc Andrzej Duda czuć się ważny i napawać przekonaniem, że rozporządza ambasadorami, ale tak naprawdę nie rozporządza niczym.
Wszyscy to widzą, ambasadorowie zatem stosują różne strategie przetrwania. Na przykład dużo się opowiada o ambasadorze w ChRL Jakubie Kumochu. To człowiek z kancelarii prezydenta Dudy, jeden z jego najważniejszych ludzi w polskiej dyplomacji, więc Sikorski zdecydował, że go wycofuje do kraju. I wtedy Kumoch, antytalent dyplomatyczny przecież, całkowicie się przeistoczył. Zaczął walczyć o swoją posadę – i stukać w różne miejsca. Do prezydenta Dudy raczej nie musiał, bo ten i tak w swoim zacięciu nic by mu nie pomógł. Wobec tego pielgrzymował do innych. I udało się! Kto mu to przedłużenie załatwił, jakie to gołębie serce, aż strach pisać…
Z kolei Bogna Janke, którą Andrzej Duda wysłał ze swojej kancelarii na ambasadora do Brazylii, wybrała inną metodę. Odmówiła powrotu. Ona zostaje, ma nominację prezydenta, prezydent musi ją odwołać! Sprawa zrobiła się głośna, mówił o tym minister Bartoszewski.
Na jej miejsce został już zaakceptowany Andrzej Cieszkowski. To człowiek spokojny, unikający wielkich oracji i trochę pechowy. Jego pech polega na tym, że studiował w MGIMO, nawet nie za PRL, lecz w latach 1990-1995. Był stypendystą polskiego rządu. Ale prawica i tak wyła, że oto człowiek, którego Moskwa obserwowała, robi karierę w MSZ. Cieszkowski tłumaczy się, że to rząd III RP i jego agendy decydowały, czy ma tam studiować, czy nie. Bo za te studia płaciły. Wyjaśnia, że dzięki temu mógł przyglądać się Rosji w najważniejszych momentach przełomu, poznać rosyjskie zwyczaje i mentalność… Dla naszych prawicowców jednak to są żadne argumenty. Oni uważają, że wiedza o Rosji jest niepotrzebna, wystarczy taka, jaką mają oni, ten zbiór banalnych stereotypów, nic więcej. I że każdy, kto w Moskwie przebywa, natychmiast pada ofiarą KGB. Na taką chorobę zapadli. Zdaje się, że nieuleczalnie.
A wracając do Cieszkowskiego, MGIMO skończył jako specjalista od strefy portugalskojęzycznej, pracował już w ambasadzie w Lizbonie, tu się rozwijał, ale potem rzucono go na Wschód. Był pełnomocnikiem ministra Sikorskiego ds. Partnerstwa Wschodniego, miał dobre oceny pracy, więc w roku 2013 został ambasadorem w Gruzji. Ale nie na długo, bo PiS, gdy w 2015 r. zdobyło władzę, szybko go odwołało. Uznano, że jako MGIMO-wiec nie może pełnić takich funkcji, poza tym Gruzja była dla pisowców krainą pełną śladów
Lecha Kaczyńskiego, ambasadorem musiał tam być ktoś PiS przesiąknięty…
Pożytku z tych roszad Rzeczpospolita nie miała. A teraz Cieszkowski jedzie do Brazylii i może wreszcie jakiś zawodowiec sprawy naszych kontaktów z dziewiątą gospodarką świata ogarnie.






