Tag "przesiedlenia"
Osadniczy terror
Żydowscy osadnicy na Zachodnim Brzegu prowadzą kampanię strachu, wykorzystując taktyki znane z działań Państwa Islamskiego
Zachodni Brzeg Jordanu jest w coraz trudniejszej sytuacji. Teren, który według porozumień z Oslo miał się stać w przyszłości częścią niepodległego państwa palestyńskiego, nieustannie terroryzują siły izraelskie i fanatyczne grupy uzbrojonych i zamaskowanych osadników żydowskich, których wciąż przybywa. A przecież z punktu widzenia prawa międzynarodowego żydowskie osiedla na terytoriach palestyńskich są nielegalne.
Dla Izraelczyków jednak legalność ma niewielkie znaczenie. W ich narracji Zachodni Brzeg to dzisiaj „terytoria sporne”, a znaczna część klasy politycznej i obywateli jest wrogo nastawiona do koncepcji jakichkolwiek ustępstw terytorialnych wobec Palestyńczyków. Stąd rosnąca liczba osiedli i samych osadników.
Na Zachodnim Brzegu Jordanu, terenach, które Żydzi nazywają Judeą i Samarią, żyje obecnie przynajmniej 540 tys. osadników. Zalicza się do nich często także niemal 250 tys. żydowskich mieszkańców Jerozolimy Wschodniej, którą Palestyńczycy uznają za potencjalną przyszłą stolicę ich państwa, na co nigdy w porozumieniach i propozycjach pokojowych nie przystali Izraelczycy. Bywało to powodem przerywania rozmów. Jerozolima jest w końcu miastem świętym dla Żydów, a dla Palestyńczyków Al-Kuds – takie miano nosi w języku arabskim – to nie mniej istotne centrum religijne i ośrodek kultury.
Rosnąca liczba żydowskich osadników i ich domów jest dla Palestyńczyków problemem o tyle, że kurczy się obszar, na którym mogą żyć i swobodnie się poruszać. Około 60% Zachodniego Brzegu to dzisiaj tzw. Strefa C, pozostająca pod wyłączną kontrolą izraelską. Właśnie tam znajduje się większość żydowskich osiedli, w tym już dość duże i uznawane za legalne przez izraelskie władze miasta Modi’in Illit z populacją sięgającą 90 tys. czy Ariel – znane z uniwersytetu, na którym kształci się ok. 17 tys. studentów.
Znaczna liczba Palestyńczyków mieszka w Strefie A, która oficjalnie pozostaje pod wyłączną kontrolą Autonomii Palestyńskiej. W praktyce wyłączność ta funkcjonuje dziś jedynie na papierze.
Ostatni chrześcijański przyczółek
Przekonali się o tym m.in. mieszkańcy At-Tajjiby, ostatniej wyłącznie chrześcijańskiej miejscowości na terenie Autonomii Palestyńskiej. At-Tajjiba jest już miejscem wymierającym. Funkcjonują tu trzy parafie – rzymskokatolicka, greckokatolicka i melchicka. Ojciec David P. Khoury, który prócz tej drugiej prowadzi lokalną szkołę i aktywnie działa na rzecz konserwacji zabytków, wspólnie z proboszczem parafii melchickiej o. Jackiem Abedem zebrali środki na budowę 16 mieszkań dla potrzebujących parafian z At-Tajjiby. Ojciec Jack Abed jest postacią bardzo popularną, zwłaszcza wśród odwiedzających miejscowość. Chętnie zaprasza podróżnych do kościoła, opowiada jego historię i dzieli się swoją. Urodził się w Jafie, starożytnym mieście dzisiaj wchłoniętym przez Tel Awiw. Zrzekł się obywatelstwa izraelskiego i wyjechał do At-Tajjiby na znak protestu i solidarności z Palestyńczykami. Wszyscy trzej proboszczowie, bo także rzymskokatolicki ks. Bashar Fawadleh, otwarcie protestują przeciwko przemocy, której ofiarami padają z rąk osadników palestyńscy chrześcijanie.
Miejscowość słynie również z browaru Taybeh, prowadzonego przez Madis Khoury, córkę jednego z założycieli i prawdopodobnie pierwszą i jedyną mistrzynię piwowarstwa na całym Bliskim Wschodzie. Powstanie browaru w 1994 r. nie obyło się bez kontrowersji w muzułmańskim społeczeństwie palestyńskim,
Marzenia, które utknęły na granicy
Kolumbia, Ameryka i ciężar odpowiedzialności
Korespondencja z Kolumbii
W styczniu tego roku grupa Kolumbijczyków została deportowana z USA w atmosferze międzynarodowego skandalu. Stali się tłem pierwszej dyplomatycznej burzy nowej kadencji Donalda Trumpa. Prezydent nazwał migrantów kryminalistami i kazał zakuć w kajdanki, choć żaden z nich nie popadł w konflikt z prawem. Uciekali przed przemocą i biedą, kierowani naiwnością i desperacją.
Kolumbijska rzeczywistość jest ściśle związana z amerykańskimi ambicjami kształtowania świata. USA, z ich interesami i problemami wewnętrznymi, są obecne w Kolumbii od lat. Dziś, gdy granice Ameryki zamykają się, pytanie o jej odpowiedzialność za losy kolumbijskich migrantów zyskuje na wadze.
Gdy w 1962 r. pułkownik armii amerykańskiej William P. Yarborough wylądował w Kolumbii, zastał kraj, w którym wrzał duch rewolucji. Przewrót na Kubie rozpalał wyobraźnię progresywnych ruchów społecznych. Służąc chłodną ekspertyzą, apostoł strategii antypartyzanckich miał pomóc zdusić rewolucyjny ferment. Sugerował wypowiedzenie brudnej wojny wrogowi wewnętrznemu. W tajnym raporcie Yarborough zalecał stworzenie struktur kontrwywiadu i terroru wobec komunistów. Powstałe na mocy tej dyrektywy oddziały paramilitarne były jak dżin wypuszczony z butelki, który jeszcze przez dekady podsycał najdłuższą wojnę domową na zachodniej półkuli.
Wkrótce po wizycie amerykańskiej delegacji armia kolumbijska wdrożyła wytyczne Waszyngtonu. Celem była jedna z „niezależnych republik” – autonomiczna enklawa rządzona przez organizacje chłopskie. Przez dwa tygodnie armia atakowała 50 partyzantów we wsi Marquetalia. Stosowano bombardowania, tortury i broń chemiczną. Ogłoszony w prasie triumf okazał się pozorem – zajęta wieś świeciła pustkami. Uciekinierzy stworzyli FARC, rozpływając się w dżungli jak duchy. Przez lata liderzy partyzantki głosili, że brutalne kampanie wojskowe z tamtego okresu były dowodem na konieczność podjęcia walki zbrojnej. Atak na Marquetalię uznaje się za symboliczny początek konfliktu w Kolumbii.
José Vincente to jeden z ponad 6 mln przymusowo przesiedlonych Kolumbijczyków. Jest nim od 20 lat. W innym życiu mieszkał na wzgórzach okalających Medellín. Miał hodowlę bydła. Ale w Kolumbii dochodowy interes przyciąga gangi. Pewnej nocy przyjechały ciężarówki grupy paramilitarnej. Napastnicy skrępowali go, okradli i kazali się wynosić. Prokuratura wpisała go do rejestru ofiar i przyznała skromne wsparcie.
Gdy stracił wszystko, jego dom zaczął się rozpadać. Żona z dwojgiem dzieci wyjechała do USA i zerwała kontakt. Został mu tylko strach. Próbował przetrwać – prowadził taksówkę, pracował na targu, handlował. Kiedy wybuchła pandemia, wyjechał do miasteczka Riosucio, do matki. Rządził tam Clan del Golfo, największa w kraju grupa przestępcza o korzeniach paramilitarnych. Działo się tam wiele złych rzeczy, gangsterzy zabijali policjantów. Ale myślał: „To moje rodzinne miasteczko, nie mogę się bać. Nie robię nic złego”. Napadli go podczas powrotu z trasy. Znów stracił wszystko. Grozili mu śmiercią za bycie donosicielem. Miał już nigdy więcej nie pokazywać się w Riosucio.
Prawie 60-letni José Vincente sprzedał wszystko, co mu pozostało, a brakującą sumę pożyczył. W maju 2024 r. wyruszył przez przesmyk Darién, by dotrzeć do USA. „Chciałem tam znaleźć lepszą przyszłość i odnaleźć dzieci, których nie widziałem od 12 lat”.
W Ameryce lat 80. w modzie była kokaina. Odzwierciedlała reaganowski indywidualizm i blichtr. Jej źródło biło tysiące kilometrów na południe w andyjskiej dżungli. 40 lat później Gustavo Petro w ONZ zwrócił się do Zachodu: „Służymy wam za wymówkę dla pustki i samotności waszego społeczeństwa. Ukrywamy przed wami problemy, których reformy się wzbraniacie. Łatwiej jest wypowiedzieć wojnę dżungli, jej roślinom, jej ludziom”. Petro mówił o dekadach porażek ponoszonych przez USA w walce z własnym nałogiem. Starań równie nieskutecznych, co szkodliwych dla kraju, w którym rosła koka.
Na przełomie wieków Kolumbia stała nad przepaścią. Za sprawą pieniędzy z handlu kokainą, korupcji i przemocy przestępczość zorganizowana rozkładała demokrację od środka. Podczas wizyty w Cartagenie Bill Clinton zadeklarował: „Kolumbijscy przemytnicy
Autor jest doktorem na Uniwersytecie Autonomicznym w Barcelonie, specjalizuje się w problematyce Kolumbii i Ameryki Łacińskiej
„Tęsknica” w Teatrze Powszechnym
Już 18 marca 2023 r. na Scenie Małej Teatru Powszechnego w Warszawie odbędzie się premiera spektaklu „Tęsknica” w reżyserii Pameli Leończyk. Tytuł spektaklu nawiązuje do dawnego określenia opisującego długotrwały stan tęsknoty i smutku oraz do nazwy słowiańskiego demona
Podróże po Polsce
Drohiczyn jest miastem tak urzekającym, że gdy zobaczyłem go po raz pierwszy, powiedziałem, że chciałbym tu być pochowany. Położenie na malowniczej skarpie nad Bugiem płynącym wolno wśród łach i zarośli jest niepowtarzalne, a styk katolicyzmu z prawosławiem i polskości z ruskością uświadamia lepiej niż gdziekolwiek istotę naszego kulturowego dziedzictwa. Ale czegóż to Polak nie potrafi: oficjalne oblicze Drohiczyna jest dziś narodowo-polskie. Choć przecież obok kościołów wznosi się okazała cerkiew, zaprzeczając narzucanemu przekazowi. Tablica na drohiczyńskim rynku mówi jednak
NRD przeciw Kohlowi
Polskie zabiegi o uznanie granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej na konferencji 2+4 Konferencja 2+4 w sprawie zjednoczenia Niemiec i zawarcia traktatu o potwierdzeniu istniejącej granicy polsko-niemieckiej stała się jednym z fundamentów Europy postzimnowojennej. Odegrała rolę konferencji pokojowej, do której nie doszło po zakończeniu II wojny światowej. Uniemożliwiła ją zimna wojna. Dopiero jej koniec, który nastąpił w wyniku pierestrojki w ZSRR i Jesieni Ludów 1989 r., otworzył drogę do zjednoczenia Niemiec i uregulowania związanych z tym spraw, w tym potwierdzenia polskiej granicy zachodniej.
Prawda i fałsz o deportacjach
Mniejsza liczba obywateli II RP wywiezionych w głąb ZSRR nie zmienia oceny zbrodni stalinowskich Jedną z najtragiczniejszych kart okupacji radzieckiej polskich Kresów Wschodnich w latach 1939-1941 były cztery deportacje ludności polskiej w głąb ZSRR. Pierwsza odbyła się 10 lutego 1940 r. Celem tych działań była depolonizacja Kresów Wschodnich poprzez „oczyszczenie ich z elementów niepewnych”. Decyzja o wywózkach zapadła 5 grudnia 1939 r. na połączonym posiedzeniu Biura Politycznego KC WKP(b) i Rady Komisarzy Ludowych
Zagłada Zamojszczyzny
Niemcy wysiedlili około 110 tys. Polaków z 297 wsi, niemal 4,5 tys. dzieci wywieziono do Rzeszy, aby je zgermanizować „Zawada pod Zamościem. 5 grudnia 1942 r. o trzeciej nad ranem Niemcy otoczyli wioskę. Trzask wyłamywanych drzwi i ujadanie psów, wrzask gestapowców. W kilka minut wszyscy musieli opuścić domy. Zebrano nas na placu przy kościele w Wielączy (nasz dom był bliżej kościoła), skąd podwodami (wozami konnymi) zawieziono nas do Zamościa. W obozie przejściowym, przeznaczonym
Akcja „Wisła” – banderowcy mordowali, Polacy wysiedlali
Gdyby nie zbrodnicza działalność OUN-UPA, nie byłoby operacji „Wisła” Wstęp Przymusowe wysiedlanie Ukraińców za wschodnią granicę w latach 1944-1946 nie spowodowało zaprzestania działań zbrojnych przeciw państwu polskiemu prowadzonych przez oddziały Ukraińskiej Armii Powstańczej dowodzone przez kpt. Mirosława Onyszkiewicza i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów kierowanej przez Jarosława Starucha. Jednostki te stanowiły kilkutysięczną strukturę konspiracyjną, z którą współpracowała miejscowa ludność. W wyniku akcji ukraińskiego podziemia ginęło coraz więcej ludzi, odnotowywano coraz większe straty materialne, toteż 29








