Podróże po Polsce

Podróże po Polsce

Drohiczyn jest miastem tak urzekającym, że gdy zobaczyłem go po raz pierwszy, powiedziałem, że chciałbym tu być pochowany. Położenie na malowniczej skarpie nad Bugiem płynącym wolno wśród łach i zarośli jest niepowtarzalne, a styk katolicyzmu z prawosławiem i polskości z ruskością uświadamia lepiej niż gdziekolwiek istotę naszego kulturowego dziedzictwa. Ale czegóż to Polak nie potrafi: oficjalne oblicze Drohiczyna jest dziś narodowo-polskie. Choć przecież obok kościołów wznosi się okazała cerkiew, zaprzeczając narzucanemu przekazowi.

Tablica na drohiczyńskim rynku mówi jednak tylko o tradycji piastowskiej. A głaz pamiątkowy informuje, że w Drohiczynie w roku 1253 koronował się na króla Daniel Romanowicz. Ten władca jest na ogół znany jako Daniel Halicki – czyżby nazwa ruskiego Halicza nie mogła włodarzom miasta przejść przez gardło? Przypuszczenie zamienia się w pewność, gdy na obelisku w ogóle nie znajdujemy informacji, czyim właściwie królem był Daniel. Może królem Polski? Tymczasem to jedyny w dziejach król Rusi! Polak rzeczywiście potrafi. Zwłaszcza zaprzeć się swego dziedzictwa.

Zjawisko to widać jeszcze lepiej na Śląsku. W Szczawnie niewielki pomniczek upamiętnia przebywającą tu kiedyś żonę gen. Jana Henryka Dąbrowskiego, na ścianie dawnego hotelu widnieje informacja, że mieszkał tu Zygmunt Krasiński. Istotnie, w XIX w. zjeżdżali do tego uzdrowiska kuracjusze z całej Europy. Jednak na tym samym budynku umieszczono nieco mniejszą tablicę informującą, że w Szczawnie urodzili się pisarze niemieccy Carl i Gerhart Hauptmannowie. Pisarze niemieccy! Już bardziej stosowne byłoby mówić o Krasińskim „pisarz polski”, bo on był tu przyjezdnym, a oni tutejszymi. Mniejsza też o zrównanie obu braci – wszak tylko Gerhart był geniuszem. Ważniejsze jest konsekwentne używanie nazwy Szczawno w odniesieniu do czasów dawnych. Na Śląsku bowiem wolno zauważać niemiecką przeszłość, ale nie wolno podawać niemieckich nazw. Jeżeli w zamku Książ dowiadujemy się wszystkiego, czego trzeba, o Hochbergach, byłych właścicielach, to już nie dowiemy się, że ich zamek nazywał się Fürstenstein. Toteż i w Szczawnie brak informacji, że to dawny Ober Salzbrunn czy Bad Salzbrunn. Jest to jeszcze bardziej przykre, bo nazwa polska jest nie tylko sztuczna, ale również zastępująca polskie nazwy nadane już uprzednio. Jeszcze kilka lat po wojnie Salzbrunn nazywał się bądź Słońsk, bądź Solice, „Szczawno” pojawiło się dopiero w roku 1951. Nie mogliśmy się zdecydować.

Trudno udźwignąć dziedzictwo niemieckie, a przecież, wraz z przejęciem Śląska, jest to też nasze dziedzictwo. Na tablicy w Szczawnie nazwa miejsca śmierci Gerharta Hauptmanna brzmi Jagniątków. Tymczasem akurat wtedy ta wieś nazywała się Agnieszków – tu też nie mogliśmy się zdecydować. Ale czy coś by się stało, gdyby podać, choćby w nawiasie, wcześniejszą, historyczną nazwę niemiecką: Agnetendorf? Hauptmann zmarł tu, w swej willi Wiesenstein, 6 czerwca 1946 r., już pod władzą polską. Na zdjęciu widzimy go krótko przed śmiercią w towarzystwie żony i radzieckiego oficera; twarz starca wyraża bierność, bezradność, całkowitą apatię. Dolny Śląsk (Niederschlesien) i Karkonosze (Riesengebirge) – to była dlań od urodzenia domowa ojczyzna; teraz ma 84 lata i siedzi przed obiektywem, w obliczu opuszczenia stron rodzinnych na zawsze.

Willa Wiesenstein w należącym dziś do Jeleniej Góry Jagniątkowie jest otoczona pietyzmem, ale i tam, czytając serdeczny list żony pisarza, można uznać, że jedynym uczuciem, jakie Hauptmannowie żywili do Polaków, była wdzięczność. I nawet nie odbiega to zapewne od prawdy: małżeństwu Hauptmannów władze polskie (a i wojskowe władze radzieckie) zapewniły warunki znośniejsze niż 3 mln Niemców wypędzanych. Nie zmienia to jednak faktu podstawowego – wypędzenia właśnie. Nie przeczytamy w Jagniątkowie ostatnich słów pisarza: „Czy jestem jeszcze we własnym domu?”.

Gerhart Hauptmann, laureat Nobla, od końca XIX w. wielbiony także w Polsce, tłumaczony jeszcze przez Marię Konopnicką, jest symbolem powojennej tragedii Niemców. Nasuwająca się w tym miejscu replika o niemieckich zbrodniach byłaby nie na temat. Zapewne w realiach powojennych usunięcie Niemców z terenów na wschód od Odry i Nysy Łużyckiej było koniecznością, ale nie zwalnia mnie to ani z empatii, ani z pamięci. Tego jednak Polak nie potrafi: problem powojennych wypędzeń – bądź jakichkolwiek poprzednich – czy innych gospodarzy nie został w Polsce przepracowany. W Szczawnie to za trudne, ale czemu jest za trudne w Drohiczynie?

Wydanie: 40/2022

Kategorie: Andrzej Romanowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy