Tag "śmierć"
W tej sali nie ma winnych
Proces stał się sądem nad śledztwem w sprawie zabójstwa Iwony Cygan
Zapadł wyrok w procesie o zabójstwo licealistki Iwony Cygan ze Szczucina przed 28 lat. 17 osób w ławach oskarżonych Sądu Okręgowego w Rzeszowie usłyszało, że są niewinne. Dla Pawła K. prokurator domagał się kary dożywocia, dla jego ojca Józefa K. 25 lat więzienia. Przyjaciółka Iwony Renata G. miała iść do więzienia na cztery i pół roku, a 14 byłych policjantów ze Szczucina i Dąbrowy Tarnowskiej na od dwóch do sześciu lat.
Ojciec zamordowanej dziewczyny po usłyszeniu wyroku zasłabł, trzeba było wyprowadzić go na korytarz. Również siostry ofiary opuściły salę rozpraw, nie słuchając sędziego. (Omówienie uzasadnienia nieprawomocnego wyroku oraz reakcji uniewinnionych i ich obrońców w następnym numerze „Przeglądu”).
Chwila, Iwonko, a znów się spotkamy
W upalny, duszny wieczór 13 sierpnia 1998 r., który zapowiada nadciągającą w nocy burzę, 17-letnia licealistka Iwona Cygan ze Szczucina wychodzi na miasto. Na rynku spotyka się z koleżanką Renatą G. i obie ruszają w kierunku Zajazdu Leśnego. Wychodzą stamtąd o godzinie 21, bo Renata ma nazajutrz rano w Busku-Zdroju kurs samochodowy. Po pożegnaniu przyjaciółki dojście do domu zajmie Iwonie 10 minut. Nigdy tam nie dociera.
Prokurator, opierając się na zeznaniach policjanta Leszka W., który miał owej nocy służbę na mieście, odtwarza w akcie oskarżenia dalsze losy licealistki. Dziewczyny nie rozstały się o godzinie 21. W przekonaniu śledczych wsiadły do czekającego na nie samochodu, w którym byli ich starsi wiekowo znajomi ze Szczucina: Robert K. ksywa „Trabant”, Paweł K. „Młody Klapa” i jego ojciec Józef K., czyli „Stary Klapa”. O dwóch pierwszych w Szczucinie mówi się „Austriacy”, bo pracują jako budowlańcy w Wiedniu. Towarzystwo jedzie do baru U Trabanta, gdzie w pomieszczeniu biurowym znajduje się amatorskie studio filmów porno. Nagrywaniem zajmuje się „Młody Klapa”.
Z aktu oskarżenia: „Mężczyźni dają Iwonie coś do wypicia. Następnie Paweł K. każe jej się rozebrać, ona odmawia. Wtedy »Stary Klapa« i »Trabant« chwytają nastolatkę za ręce i biją po głowie. Paweł K. kastetem łamie dziewczynie żuchwę. Wszystko to dzieje się na oczach biernej Renaty”.
Zakrwawiona Iwona, z rękami związanymi nylonowym sznurkiem jest prowadzona przez lokal na oczach kilkudziesięciu biesiadników. Nikt nie reaguje na porwanie. Tę sytuację widzą też policjanci Leszek W. i Grzegorz J., siedzący w radiowozie przed lokalem. Kiedy bandyci jadą z ofiarą do hangaru w Łęce Szczucińskiej, policyjny wóz skręca w innym kierunku.
Następnego dnia rano funkcjonariusz Ryszard S. słyszy w szczucińskim komisariacie opowieść zdających nocną służbę Leszka W. i Grzegorza J., że widzieli nad Wisłą ciało zamordowanej Iwony Cygan. Ale żaden funkcjonariusz nie reaguje. Zwłoki, nad którymi krąży już rój much, dostrzega przed południem Stanisław D., który wyprowadza krowę na łąkę. Dopiero wtedy przyjeżdżają policjanci – wśród nich Leszek W. i Grzegorz J.
Martwa Iwona ma zmasakrowaną twarz i związane ręce. Spodnie,
Pomoc w umieraniu
Czy Francja legalizuje eutanazję?
Korespondencja z Francji
Obóz polityczny prezydenta Francji zrealizował właśnie jedną z nielicznych obietnic wyborczych. Jest nią ustawa o tzw. pomocy w umieraniu (aide à mourir), nad którą Francja debatowała od lat. W Polsce ukazało się wiele artykułów poruszających kwestię legalizacji eutanazji i cywilizacji śmierci. Francuska ustawa jednak nie do końca spełnia kryteria klasycznej eutanazji, którą stosuje się np. w Holandii czy Belgii. Sugeruje to także nazwa ustawy, która nie jest zwykłym eufemizmem, lecz tłumaczy kompromis, który narodził się w drodze długich rozważań i negocjacji społecznych. Temat na pewno zasługuje na obiektywne omówienie, by wyeliminować uproszczenia sprowadzające go do „zalegalizowania zabójstwa”.
Projekt ustawy dotyczącej pomocy w umieraniu ma wprowadzić możliwość uzyskania przez niektórych pacjentów pomocy w zakończeniu życia w sytuacji ciężkiej, nieuleczalnej choroby, powodującej nieznośne cierpienie. Ustawa opiera się przede wszystkim na zapisie, który przewiduje samodzielne podanie przez pacjenta śmiertelnej substancji. Interwencja lekarza lub pielęgniarki jest przewidziana jedynie wyjątkowo, gdy stan fizyczny chorego uniemożliwia wykonanie tego aktu.
W przeciwieństwie do Belgii i Holandii, gdzie eutanazja polega zasadniczo na bezpośrednim podaniu substancji przez lekarza, francuski ustawodawca chciał zachować zasadę, że decydujący akt należy do pacjenta.
Długa droga legislacyjna
Debata wokół projektu tej ustawy ujawniła głębokie podziały społeczne i polityczne między zwolennikami większej autonomii jednostki a obrońcami zasady nienaruszalności życia.
Droga do obecnego jej kształtu zaczyna się od ustawy Leonettiego z 2005 r., zakazującej uporczywej terapii. Mówi ona, że lekarz może przerwać leczenie, które stało się „nieracjonalne” lub nieproporcjonalne, ale zabronione jest celowe spowodowanie śmierci pacjenta.
Kolejnym etapem była ustawa Claeysa-Leonettiego z 2016 r., która umożliwiła głęboką i ciągłą sedację (obniżanie świadomości) pacjentów u kresu życia. Był to ważny etap: pacjent mógł zostać utrzymany w stanie nieświadomości aż do naturalnej śmierci, jednak nadal nie była to ani eutanazja, ani wspomagane samobójstwo.
Ewolucja legislacji w tym zakresie w Belgii,
Życie do końca
Przeczytałem z niejakim opóźnieniem nową powieść Zyty Rudzkiej „Tylko durnie żyją do końca”, w której potwierdza swoją klasę, jawiąc się mistrzynią ciętych ripost, gier słownych, zdań krótkich, a tak esencjonalnych, że każde wyrwane z kontekstu mogłoby funkcjonować osobno jako aforyzm. Podoba mi się w tej książce także bezczelna, przaśna afirmacja życia. Tym razem nie ma tu żadnej wypartej krzywdy, psychomachii rodzinnej, jest za to czysta, błogosławiona egzystencja uchodźczyni z miasta – między nagimi kąpielami w rzece i zalewaniem się pigwówką pędzoną przez jednego z dwóch stałych partnerów. Jedyne, z czym mam w tej powieści kłopot, to tytuł. Na odczytany wprost zgodzić się żadną miarą nie mogę.
Właśnie na wieczne odpoczywanie udała się moja przyrodnia siostra Grażyna. Żyła do końca. Dostała trzy lata w bonusie, lekarze mówili, że ma „nadżyte” około tysiąca dni, rzadko aż tak się mylą w ferowanych wyrokach. Nie chciała przenosin do hospicjum, nie godziła się na warunki dyktowane przez raka, miała swoje rytualne podróże na zakupy, na które musiała wydawać dwukrotnie więcej pieniędzy, bo mieszkająca po sąsiedzku córka zerwała z nią kontakt, siostra jeździła zatem po pieluchy, leki i prowiant taksówkami. Paliła jak smok, nawet kiedy dożywała swoich ostatnich dni w szpitalu i zdawało się, że nie ma już z nią kontaktu, potrafiła zebrać siły, aby zaprotestować, kiedy pielęgniarki chciały jej zabrać paczkę fajek – miała je na szafce, nie mogła już zapalić, ale patrzyła sobie na nie, jakby w ten sposób próbowała zmobilizować wycieńczony organizm do tego, by jeszcze raz się ogarnął, żeby można ją było chociaż na wózku wywieźć przed szpital na kilka sztachnięć.
Nie obnosiła się z „walką z chorobą”, jak to się czyni w dyskursie zdrowych, ona ją ignorowała – jeśli walką można nazwać zdyscyplinowane chodzenie na chemię paliatywną, których to sesji miała bodaj z 70. Owszem, poddawała się trującym kroplówkom zadowolona, że rak też obrywa,
Sprzątanie po zlodowaceniu
Nasypał mi się piasek do ucha. Z triasu. Znaczy, z dolnego triasu. Właściwie z oleneku. Dokładnie sprzed 250 mln lat. Przy kopaniu studni. Znaczy, przy odkopywaniu. Studni krasowej. Dokładnie to Studni z Sercem, bo tak ją nazwali odkrywcy.
O eksploracji w krasie kopalnym już kiedyś pisałem, że jest jak odsłanianie negatywu rzeźby. Albo jak mozolne deszyfrowanie tekstu natury. Niewyobrażalnie dawno temu, przez niewyobrażalnie długi czas (dziesiątki milionów lat) woda drążyła w skale pionowy tunel, który po kolejnych milionleciach zatkał się piaszczystymi osadami naniesionymi przez lodowiec. I teraz jak dziecko w piaskownicy przy użyciu grabek, łopatki i wiaderka z pasją odsłaniam dziurę. Która zdaje się nie mieć końca. Takich dzieciaków jak ja jest kilkanaścioro, wiader i lin też sporo, a że nie jesteśmy cierpliwi jak woda, prace idą całkiem szybko. W ciągu dwóch lat od odsłonięcia otworu mała grotka przeobraziła się w sporą jaskinię, długą na setki metrów (po odsłonięciu nieznanych korytarzy i sal), a głęboką na 25 m. I tam właśnie, na dnie ostatniej pionowej formacji, w całości zasypanej dolnotriasowymi osadami, poszło w bok.
Odkopuję korytarz w nieznane. Sypie się z sufitu i ścian, człowiek ma piach wszędzie, jak wtedy, gdy w dzieciństwie dawał się zakopać na plaży po szyję, ale eksploracyjny amok jest silniejszy od rozumu. Tę antyrzeźbę trzeba odsłonić do końca. Odtworzyć. Od-drążyć.
Poruszamy się jak drewnojady, larwy kłopotków czarnych wyżerające sobie tunele w belkach i powałach. Na zewnątrz rosną hałdy urobku, gliny i piasku, które zaczyna anektować roślinność ruderalna. Ulubiły sobie też to miejsce mrówki, pobudowały już dwa spore kopce i w mikroskali
Albo dobrze, albo wcale
Czy w Polsce już nie obowiązuje reguła, że o zmarłych mówimy tylko dobrze?
Maksyma de mortuis nil nisi bene (o zmarłych albo dobrze, albo wcale) w istocie pochodzi z Grecji. Uważa się, że jej autorem był Chilon ze Sparty – jeden ze słynnych siedmiu mędrców. Republika Rzymska przyswoiła tę normę najprawdopodobniej w okresie III-I w. p.n.e. Niemniej jednak podkreślenie jej znaczenia i wagi nastąpiło dopiero za sprawą rozwoju chrześcijaństwa, a więc w okresie schyłkowym Cesarstwa Rzymskiego oraz po jego upadku.
Geneza tej maksymy odsyła zatem do wspólnot politycznych opartych na zasadzie równości obywateli (pomimo różnic w zajmowanej przez nich pozycji i charakterze ustrojowym danej jednostki politycznej), następnie zaś dokonuje się jej recepcja w kulturze chrześcijańskiej, co, rzecz jasna, ma konsekwencje. Chrześcijaństwo bowiem wzbogaca ją o namysł nad równością wszystkich ludzi wobec nieuchronności śmierci oraz przekonanie, że to Bóg, nie człowiek, jest ostatecznym sędzią zmarłego.
Norma obyczajowa
Zanim rozważymy kwestię obowiązywania normy „o zmarłych albo dobrze, albo wcale” na polskim gruncie, zastanówmy się nad jej charakterem, znaczeniem i rolą.
Przede wszystkim jest to norma obyczajowa. Jakkolwiek bezczeszczenie zwłok jest prawnie zakazane, to już „bezczeszczenie” pamięci o zmarłym nie wywołuje skutków prawnych. Znaczenie tej maksymy dotyka przy tym fundamentów relacji społecznych, które w założeniu powinny być oparte na wzajemnym szacunku i uznaniu. Wszak samo stwierdzenie, że nie mówi się źle o zmarłym, sugeruje, że istnieje relacja, i to wzajemna, która oznacza, że dana osoba żyła w danym społeczeństwie i jako taka wywierała wpływ, pozytywny lub negatywny, na otoczenie. Zastosowanie tej maksymy wobec śmierci osoby, która żadnego wpływu na nas nie miała i nic nie wiemy na jej temat, byłoby mało sensowne.
Co wyraża swoisty gest powstrzymywania się przed wypowiadaniem negatywnych komentarzy na temat osoby, która odeszła? Z jednej strony, elementarną solidarność i zrozumienie wobec kondycji ludzkiej tego, że nasze życie ma kres. Według Heideggera nasza egzystencja jest byciem-ku-śmierci, wywołującym w nas trwogę. Zdecydowanie jest pewien wymiar egzystencjalny w znaczeniu tej maksymy. Z drugiej strony, gest ten wyraża troskę, zrozumienie, szacunek i współczucie dla bliskich osoby zmarłej. W tym znaczeniu kieruje nas on nie tyle ku refleksji nad „majestatem śmierci”, ile ku życiu tu i teraz, które dzielimy z innymi. Albo poprzez odpowiednie reakcje będziemy budowali lub podtrzymywali społeczne relacje z innymi, albo podejmiemy działania, które będą nakierowane na ich destrukcję. Pokazuje to może nie kluczową, ale istotną rolę społeczną, jaką odgrywa szacunek dla pamięci o zmarłych.
To jednak w żaden sposób nie zamyka tematu rozważań nad znaczeniem maksymy „o zmarłych albo dobrze, albo wcale”. Przeciwnie. Śmierć bowiem ma również charakter symboliczny w aspekcie politycznym. Rzecz dotyczy publicznego upamiętniania.
Pamiętani i wymazywani
Śmierć ważnych i znanych postaci związana jest z uhonorowaniem ich pamięci i dorobku. Ów akt publicznego upamiętniania oznacza nie tylko publiczne uznanie dla wartości reprezentowanych przez daną osobę, ale także performatywny proces kulturotwórczy, czyli nakierowanie na wartości, które powinny być przez dane społeczeństwo wspierane, podziwiane i reprodukowane.
W tym kontekście liczne są historyczne przykłady odrzucania dziedzictwa osoby zmarłej. W Rzymie Neron czy Kaligula zostali objęci damnatio memoriae – ich pamięć została potępiona, co oznacza, że mieli oni zostać wymazani z pamięci wspólnoty. W średniowieczu występowały tzw. procesy pośmiertne. Najbardziej znanym przykładem jest proces papieża Formozusa (IX w.), który w trakcie tzw. trupiego synodu został uznany za uzurpatora i skazany na śmierć (po śmierci). W tych wypadkach gest odrzucenia pamięci stanowi symboliczny wyraz przywrócenia ładu oraz zamknięcia okresu niepokojów i chaosu.
W związku z powyższym zasada, że nie mówi się źle o zmarłych, ma wymiar zarówno obyczajowy i moralny – można ją odnieść do relacji międzyludzkich – jak i polityczny i kulturowy. Co, siłą rzeczy, nieco komplikuje sytuację, szczególnie w przypadku takich społeczeństw jak społeczeństwo polskie
Dr Magdalena Gawin jest filozofką, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim
Nieśmiertelność
Odwieczna tęsknota ludzkości
Można śmiało założyć, że pragnienie nieśmiertelności bierze się z naszej niezgody na długość życia (które uważamy za zbyt krótkie) lub z lęku przed śmiercią. Ten lęk stanowił zaś kluczowy przedmiot zainteresowań filozofów i psychologów egzystencjalnych. Wystarczy wymienić Kierkegaarda, Heideggera, Sartre’a, Camusa, Jaspersa, Arendt, Schopenhauera czy Frankla. Większość z nich pokazywała, że jednym z podstawowych problemów, z jakimi mierzy się człowiek, jest nieuchronność końca życia. Mimo tysięcy stron zapisanych na ten temat i przemyśleń filozofów ludzkość nadal boi się odejścia w niebyt. To, co się zmieniło, to rosnąca mniej więcej od dekady wiara w naukę, która już za chwilę, za moment ma nam umożliwić odwrócenie procesów biologicznych lub nawet oszukanie śmierci.
Strach przed umieraniem
Psycholog dr Tomasz Baran wskazywał na naszych łamach: „Każdy z nas mniej lub bardziej zdaje sobie sprawę, że od chwili narodzin każda minuta przybliża do śmierci, do nieznanego końca, być może do nicości. Czy można być obojętnym wobec takiej perspektywy? Czy można się nie bać? W zasadzie historia ludzkiej myśli to historia sposobów radzenia sobie z lękiem przed śmiercią. Już starożytny filozof Epikur, znany głównie z radosnego podejścia do życia, śmiało może być nazwany egzystencjalistą, bo twierdził, że śmierci nie ma się co bać, bo tam, gdzie jest życie, nie ma śmierci, a później powracamy do chwili sprzed narodzin”.
Wspomniany Jean-Paul Sartre stwierdził: „Żadna doktryna nie jest bardziej optymistyczna – przeznaczenie człowieka powierzono jemu samemu”. Ten optymizm można traktować jako przekorę filozofa. W tym ujęciu cała decyzyjność spada na jednostkę, a to wizja równie optymistyczna, co przytłaczająca, bo okazuje się, że możemy zrobić wszystko, ale możemy też sobie to życie kompletnie zmarnować.
Od lat słyszymy w mediach o kolejnych milionerach i przywódcach, którzy szukają sposobu na nieśmiertelność. Największym mitem okazało się zamrożenie głowy Walta Disneya. Według jego córki legendarny twórca Myszki Miki mógł nawet nie wiedzieć, co to jest kriogenika.
Wróćmy do współczesności: jedną z rozmów o poszukiwaniu życia wiecznego wyłapały ostatnio mikrofony tuż przed paradą wojskową w Pekinie, gdzie Władimir Putin wraz z Xi Jinpingiem rozmawiali o możliwościach przedłużenia sobie życia za pomocą osiągnięć biotechnologii. Jednym z wątków miało być drukowanie organów na drukarkach 3D. Obaj przywódcy wykazali nadmierną wiarę w możliwości przeszczepów. Xi miał stwierdzić, że narządy można przeszczepiać w nieskończoność. Teoretycznie taka możliwość istnieje. Gorzej z praktyką.
– Biorąc pod uwagę ogromny rozwój nauk biologicznych i technicznych, ludzie są skłonni ulegać pewnej iluzji dynamicznego rozwoju nauki. Tak jak kiedyś wierzyli, że rewolucja przemysłowa rozwiąże dzięki technologii większość problemów, włącznie z klimatycznymi. Na przełomie XIX i XX w. wieszczono przecież, że sterowanie pogodą to kwestia najwyżej kilkudziesięciu lat. Podobnie dziś izraelski historyk prof. Yuval Noah Harari mówi o długowieczności. Jednym z powodów takiego myślenia jest wiara w możliwości ludzkiego umysłu, która ma uzasadnienie w rozwoju nauk, ale wiara ta równocześnie ów rozwój przesadnie ekstrapoluje. Dzięki takim wizjom pojawiają się proste rozwiązania poważnych i złożonych problemów – wyjaśnia prof. Piotr Oleś, psycholog osobowości i wykładowca Uniwersytetu SWPS.
Transplantologia dostarcza nam bardzo konkretnych liczb. Rejestry medyczne prowadzone przez takie organizacje jak United Network for Organ Sharing czy European Liver Transplant Registry pozwalają określić z dokładnością do roku, jak długo funkcjonuje konkretny narząd po przeszczepie. „Termin przydatności” serca mija po ok. 12-13 latach, płuc po siedmiu, wątroba potrafi wytrzymać 20 lat, podobnie jak nerki. Kolejną barierą jest przeszczepienie mózgu, które z wielu względów nie jest możliwe. Po pierwsze, nie da się zamienić mózgów bez utraty „ja”. Kiedy z mózgiem stanie się coś, co wpłynie na umysł, już tak zostaje. Po drugie, technicznie mózgu nie da się obecnie wyjąć z czaszki i przeszczepić.
Mózg w słoiku
W książce „Nieśmiertelność. Prometejski sen medycyny” prof. Andrzej Szczeklik, wybitny kardiolog i humanista, wspomina, jak wiele zmian w medycynie udało mu się zaobserwować podczas kariery zawodowej. Szczeklik opisuje, jak niektóre choroby zniknęły i jak zmieniła się aparatura. Ta dynamika nauk biologicznych napędza zaś wiarę w to, że człowiek prędzej czy później stanie się nieśmiertelny. Putin i Xi nabrali się właśnie na to przekonanie.
Harari, który w swoich książkach łączy perspektywy nauk biologicznych, społecznych i humanistycznych, zapowiada, że w nadchodzących dziesięcioleciach ludzkość poradzi sobie z problemem starzenia się, chorób genetycznych, a być może nawet śmierci. Nauka ma bowiem już niebawem zaproponować odwracanie procesów metabolicznych. Za jakiś czas będziemy więc mogli zamówić kurację odmładzającą o 10 czy nawet 25 lat. Zapewne na początku będzie to szalenie drogie, ale teoretycznie dostępne dla wszystkich. Autor „Homo deus” twierdzi też, że jeśli uda nam się przedłużyć życie np. do 300 lat, zniknie problem poszukiwania sensu życia. Dziś świadomość, że życie ma ograniczoną długość, silnie oddziałuje na potrzebę uzasadnienia swojego istnienia. W „Homo deus” hasło
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Zakwaterowanie
„Mam już grób, wreszcie mogę spać spokojnie”, mówi Siostra, spoglądając na parafialne zaświadczenie wykupu i rezerwacji miejsca na cmentarzu na 20 lat. Siostra, która przeżyła już wszystkie złowieszcze diagnozy i prognozy lekarskie, żyjąca od trzech lat ze złośliwym nowotworem i jego dwoma przerzutami – dzięki temu, co powszechnie zwykło się nazywać „walką z rakiem”, a co oznacza mozolne poznawanie nowych progów bólu, nowych wymiarów własnej cierpliwości, czyli w tym wypadku zdolności do znoszenia cierpień, a także wolę życia, pozwalającą wytrzymywać rekordowe ilości wlewów chemii paliatywnej i jej konsekwencje. Siostra trzyma się życia tak mocno, że nawet śmierć ją podziwia i wciąż przygląda się jej z bezpiecznej odległości. Siostra, która jest już legendą oddziału onkologicznego, pociechą dla strapionych pacjentów, ulubienicą pielęgniarek i zagwozdką lekarzy, poszła osobiście do proboszcza pobliskiej parafii, aby „przed śmiercią pozałatwiać kilka spraw”.
„Chodź ze mną na cmentarz, zobaczmy, gdzie będę sobie leżała”, mówi i podaje mi papier, na którym widnieje sektor, rząd i numer miejsca. Idziemy; cmentarz ładnieje im dalej od bramy wejściowej, bo więcej miejsca, zielono, a tujowa aleja nie zasłania widoku na Klimczok. „Popatrz jak pięknie, będziesz mógł sobie tu przychodzić popisać na ławeczce. Bo będziesz przychodził do mnie, prawda?”, upewnia się Siostra, a ja jej mówię, że jeśli zdarzy mi się ją przeżyć, co przy jej nadprzyrodzonej odporności wcale nie jest takie oczywiste… „Och weź już, przestań – strofuje mnie Siostra. – Musisz do mnie przychodzić, bo sama tu się zanudzę”.
Dochodzimy do wyznaczonej kwatery, patrzymy na oznaczenia, liczymy i… jest. „Ty, ale tu ktoś leży”, mówi Siostra i faktycznie – pan Jerzy, umarł półtora miesiąca temu, a już się zadomowił, nagrobek ma, kwiaty i znicze, wygląda, jakby tu leżał z dawien dawna. Sprawdzamy jeszcze raz, liczymy, nic się nie zmienia. Siostra, by tak rzec, skonfundowana
Prefuneralia rodzinne
Mijają właśnie trzy lata, od kiedy moja przyrodnia siostra żyje z rozsianym nowotworem jelita grubego. Żyje w istocie – nie wegetuje, nie dogorywa w hospicjum, ale funkcjonuje samodzielnie, a nawet dziarsko; zabieram ją regularnie do kina, teatru lub filharmonii, sama śmiga po galeriach handlowych. Można powiedzieć, że im dłużej doskwiera jej rak, tym bardziej się z nim zżyła, kolejne złowieszcze prognozy medyczne biorą w łeb, lekarze czytający wyniki jej badań myślą, że to akt zgonu, im dłużej siostra moja żyje, tym bardziej jej istnienie wymyka się rozumowi. Rodzina została jej, by tak rzec, prostoduszna, z empatią nieco na bakier, bo ilekroć siostra moja próbuje pogadać z córką, zięciem czy tam szwagierką o estetyce i akustyce sali koncertowej albo ikonoklastycznym wymiarze nowego spektaklu Mai Kleczewskiej, inni próbują ją sprowadzać na ziemię, zagadując w temacie pogrzebu i stypy. No bo to trzeba zaplanować jakoś, gdyby jej się nie daj boże zmarło latem, taki Jurek w sierpniu ma już wykupione Kanary, a z kolei brat z żoną na lipiec wreszcie dostali sanatorium, no bo przecież ostatni lekarze dawali jej czas do marca, więc żeby potem nie było, że trzeba wszystko odwoływać, niechże ona się w końcu zdecyduje, kiedy ma zamiar się zawinąć, czy ma tego raka, czy udaje, bo coś jej za lekko, za wesoło, a tu trzeba poukładać sobie, pozałatwiać, rodzina musi się przygotować na śmierć.
Rodzina raczej nie z tych łapczywych kulturalnie, ale jak się okazało, że siostra bywa i chadza, no to i oni w końcu chcieli dać do zrozumienia, że nie są gorsi, nawet do kina im się wybrało na jaką komedię po 20 latach, do teatru też chcieli, ale bilety za drogie, się zdziwili, że też ona nie ma na co wydawać! No tak, leki ma w całości refundowane, emeryturka niczego sobie, tak to każdy by się mógł bujać z tym rakiem latami, a przecież wiadomo, że to tak nie może wyglądać wiecznie. Dlaczego ty się nie zamartwiasz, pytają, dlaczego się nie boisz, dociekają, no i właściwie co wart jest taki rak bez cierpienia, czy ty się boga nie boisz, a możeś tyś z diobłem jakim pakt zawarła, kto cię tam wie.
Rodziny się nie wybiera, pocieszam ją, kiedy mi się żali przez telefon, że znowu któraś do niej zadzwoniła przenegocjować menu uroczystości pożegnalnej i estetykę nagrobka. Ale może zróbmy tę stypę za twojego życia, mówię. W końcu na własnym pogrzebie być nie można, czemu jednak stypa miałaby się nie odbyć z udziałem przyszłego nieboszczyka, czemuż tego pośmiertnego benefisu nie uczynić przedśmiertnym – siostra rozsiądzie się wygodnie u końcu stołu i będzie słuchała, jak ją wspominają, oczywiście wyłącznie dobrze, bo o zmarłych, nawet jeśli są umarłymi in spe, źle mówić się nie godzi. Na Celebesie panuje zwyczaj, że dopóki nie zjedzie się komplet rodzinnych żałobników,
Wiatr w żagle
W końcu idę do Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Patrzę najpierw z dala na bryłę nowego budynku, tak ją obsmarowano, że powinna być czarna. Ogólnonarodowa histeria. W środku imponujące przestrzenie, ogrom światła, a jednak największe estetyczne wrażenie zrobił na mnie widok Pałacu Kultury i lasu wieżowców z panoramicznego okna na drugim piętrze. Wstrząsający miejski krajobraz.
Obiektów sztuki na razie niewiele, a te, które są, nie podobają mi się. Zresztą mam problem ze sztuką najnowszą. A przecież wyrobiłem sobie oko i uwielbiam malarstwo, zdarzało mi się o nim pisać. Co mają mówić ludzie, którzy nie mieli treningu estetycznego? Dla nich sztuka nowoczesna to jedno wielkie oszustwo. Z obiektów w muzeum najbardziej, o zgrozo, podobała mi się socrealistyczna rzeźba Aliny Szapocznikow „Przyjaźń” z 1954 r. Obok siebie stoją polski i radziecki robotnik bez rąk. Ten brak rąk, jak w greckich uszkodzonych rzeźbach, robi wrażenie. Naiwny myślałem, że stalinowskie władze na to pozwoliły. Jak ktoś głupieje, to wszystko zmieści się w głowie. Czytam, że rzeźba stała w holu Pałacu Kultury. Gdy wynoszono ją na fali dekomunizacji, okazało się








