Tag "Stany Zjednoczone"

Powrót na stronę główną
Opinie

Amerykańsko-izraelska wojna z Iranem a MAGA 

W zeszłym roku prezydent Donald Trump wypowiedział słowa, które miały skłonić przedstawicieli Komitetu Noblowskiego do przyznania mu Pokojowej Nagrody Nobla: „Oni mówili: »On będzie wszczynał wojny«. Nie zamierzam wszczynać wojen. Zamierzam je kończyć”. Niestety, bliżej nieokreśleni „oni” mieli całkowitą rację. I rację miał Komitet Noblowski, nic sobie nie robiąc z presji wywieranej przez amerykańską administrację, aby uhonorować jej zwierzchnika. Druga kadencja Trumpa to prezydentura ekspansjonistyczna i niezwykle agresywna. Prezydentura niemająca prawie nic wspólnego z hasłami skoncentrowania się na wielorakich problemach wewnętrznych Ameryki, powstrzymania się od interwencjonizmu, od mieszania się w sprawy innych państw, szczególnie gdy Stanów nie wiążą z nimi istotne interesy.  

A właśnie te hasła konstytuują, jak wiadomo, konserwatywny ruch MAGA, który wyniósł Donalda Trumpa do władzy. Intelektualni orędownicy ruchu MAGA siedzieli cicho po awanturze wenezuelskiej, bo była krótka i jak na razie przyniosła sukces. Nie chcą jednak dalej siedzieć cicho, gdy prezydent wywołał kolejną wojnę – tym razem bardzo niebezpieczną dla samych Amerykanów i dla reszty świata. To z tego obozu słyszymy już, że prezydent Trump „działa w sposób bezczelny w imieniu obcego rządu, sprzeniewierzając się tym samym swoim obowiązkom wobec narodu amerykańskiego zapisanym w Konstytucji Stanów Zjednoczonych, która nie upoważnia prezydenta do przemierzania świata i bombardowania – wedle swej woli – innych państw” (Doug Bandow). 

Można było się domyślać, że obrońcy działań prezydenta USA, nie chcąc go poróżnić z ruchem MAGA, będą przedstawiali jego decyzję nie jako wywołanie nowej wojny, ale zakończenie starej. Ściślej rzecz biorąc, trwającej 47 lat wojny irańsko-amerykańskiej.  

Skąd liczba 47? Oddam tu głos prezydentowi Trumpowi: „Od 47 lat irański reżim wykrzykiwał »śmierć Ameryce« i uruchomił niekończącą się kampanię rozlewu krwi i masowych mordów, biorąc na cel Stany Zjednoczone, nasze oddziały i niewinnych ludzi w wielu, wielu krajach”. Przywódca Ameryki odniósł się w ten sposób do wydarzeń z roku 1979 i słynnego kryzysu związanego z wzięciem przez Iran amerykańskich zakładników. Wszystko to działo się za prezydentury Jimmy’ego Cartera i z pierwszoplanowym, niedającym powodów do dumy z racji finału sprawy, udziałem „naszego” Zbigniewa Brzezińskiego. Następnie Trump wymienił rok 1983 i śmierć 241 amerykańskich żołnierzy w zamachu na bejruckie koszary, za którym stał Iran. Działo się to za prezydentury Ronalda Reagana, który w reakcji na tę tragedię postanowił wycofać z Bejrutu amerykańskich żołnierzy. Potem Trump przywołał rok 2000, stwierdzając, że Iran „wiedział i prawdopodobnie był zaangażowany w atak na USS Cole” (było to za prezydentury Billa Clintona). Zakończył zaś odwołaniem do 7 października 2023 r. i ataku Hamasu na Izrael, którego ofiarami byli także amerykańscy obywatele. Rządził wtedy Joe Biden. Warto podkreślić, że żaden z wymienionych prezydentów nie zdecydował się na rozpoczęcie wojny z Iranem, choć miał casus belli.  

Wiemy, że obecny prezydent Stanów Zjednoczonych od czasów pierwszej kadencji popadł w spór z obiektywną prawdą. Nie było jednak wiadomo, że jest również na bakier z matematyką. Powinien przecież zacząć swoje obliczenia nie od roku 1979, lecz od 1953,

Prof. Piotr Kimla jest pracownikiem Katedry Stosunków Międzynarodowych i Polityki Zagranicznej Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego 

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

O co chodzi w wojnie Nawrockiego z rządem?

Walczy z Tuskiem i marzy o Rzeczypospolitej prezydenckiej

To widzimy: istniejący w Polsce system władzy Karolowi Nawrockiemu nie wystarcza, rozpycha się więc w nim, uzurpując sobie coraz więcej kompetencji.

„Prezydentowi Nawrockiemu wyraźnie uwiera gorset nałożony przez Konstytucję. Chciałby być rządem, sądem i prokuratorem”, komentował te starania na platformie X szef MSWiA Marcin Kierwiński. I nie są to zarzuty na wyrost.

Nawrocki chciałby być nad-rządem. Pilnować premiera, narzucać mu program działania i go rozliczać. Temu służyły zwoływane przez niego rady: Rada Gabinetowa i Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Skończyły się dla prezydenta klapą. 27 sierpnia, podczas pierwszej (i ostatniej) Rady Gabinetowej, w zderzeniu z Donaldem Tuskiem Nawrocki poległ. Próbował rozliczać rząd, ale szybko mu przypomniano, jakie ma uprawnienia. Dyscyplinowaniu rządu i koalicji miała też służyć Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Ostatnia miała miejsce 11 lutego. I jeżeli ją pamiętamy, to z awantury między Nawrockim a marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Czarzastym.

Nawrocki chciał też kierować armią i służbami specjalnymi. Wzywał więc do Pałacu Prezydenckiego szefów służb. To też skończyło się klapą, szefowie na spotkanie nie przyszli. W rewanżu Nawrocki odmówił podpisania nominacji na pierwszy stopień oficerski 136 funkcjonariuszom ABW i Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

Ostatecznie doszło do spotkania szefów służb z prezydentem, ale zaproszono na nie również ministra obrony i ministra koordynatora ds. służb specjalnych. A co do nominacji oficerskich, prezydent zapowiedział, że każdy wniosek będzie rozpatrywał „indywidualnie”.

Karol Nawrocki ingeruje także w obszar trzeciej władzy. Odmówił podpisania nominacji sędziowskich 46 sędziom. Chce mieć władzę nad sędziami, by się pilnowali, czy ich orzeczenia spodobają się prezydentowi, czy nie.

W tym kontekście jego weto do ustawy o KRS można uznać za detal. Natomiast detalem na pewno nie będzie to, czego się spodziewamy w związku z wyborem przez Sejm sześciu sędziów Trybunału Konstytucyjnego. A spodziewamy się – mówią o tym politycy PiS – że prezydent odmówi przyjęcia ich ślubowania. To będzie oznaczało, że konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego eskaluje i że Nawrocki jest tej eskalacji głównym winowajcą.

Prezydent chce też rządzić polityką zagraniczną. Nie podpisuje nominacji ambasadorskich i żąda uzgadniania z nim nazwisk ambasadorów. Do tego deklaruje, że niektórym nominacji nigdy nie podpisze. Próbuje kształtować polską politykę zagraniczną, zarówno jeśli chodzi o stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, jak i w ramach Unii Europejskiej. Pałac Prezydencki wciąż usiłuje zmonopolizować kontakty z USA i z Donaldem Trumpem. Wmawiając nam przy tym, że Karol Nawrocki ma znakomite relacje z amerykańskim prezydentem. To oczywista bujda, ale służy do rozpychania się.

Jeśli chodzi o Unię Europejską, prezydent już wiele razy dał się poznać jako jej przeciwnik i polityk podgrzewający antyunijne nastroje. Podczas wizyty w Czechach, w listopadzie, wygłosił na Uniwersytecie Karola referat na temat przyszłości UE. Krytykował w nim obecną Unię za zbytnią „centralizację” i m.in. opowiadał się za zniesieniem stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej i za zmianą w systemie głosowania w Radzie UE. To była ta powtarzająca się fraza o Unii jako luźnym związku,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat Wywiady

Mamy akt brutalizacji, prymitywnej i barbarzyńskiej

Trump udziela licencji na zabijanie

Prof. Roman Kuźniar – politolog,  profesor nauk humanistycznych, dyplomata, w latach 2005-2007 dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Panie profesorze, jak atak Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran zmienił świat?
– Myślę, że wojna w Iranie jedynie potwierdziła to, co już o świecie wiedzieliśmy od ponad roku. Jest przecież egzemplifikacją władzy Donalda Trumpa, egzemplifikacją jego polityki. Tego się spodziewaliśmy po Trumpie. I po jego najbliższym sojuszniku, który właściwie go w tę wojnę wciągnął.

Spodziewaliśmy się?
– Jej wybuch był zapowiedziany w tej, jak ją nazwałem, „strategii predatora” ogłoszonej przez Stany Zjednoczone w grudniu 2025 r. – Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA. Tam jest ta cała ideologia. Kto czytał ten dokument dokładnie, wiedział, czego możemy się spodziewać.

Jaki interes ma Ameryka w tej wojnie?
– A nie, my nie mówimy o interesach Ameryki. To był interes samego Trumpa. Owszem, Ameryka jest, można powiedzieć, współwinowajczynią w tej wojnie. Jest w jakimś spisku ze swoim prezydentem. Ale to jest wojna zdecydowanie bardzo osobista, bo taka jest ta prezydentura. Trump uwolnił się od ograniczeń republiki – mówię o trójpodziale władzy, o opozycji, która jest bardzo słabiutka, mam też na myśli wolę poddanych, bo już nie można powiedzieć o Amerykanach, że są obywatelami, oni to poczucie obywatelskości stracili. Stali się w dużym stopniu zniewolonymi konsumentami, zarówno dóbr materialnych, jak i tej papki, którą im serwuje Donald Trump. On i jego klan, jego obóz, łącznie z big techem, który obsługuje interesy klanu Trumpa. Nie jest to zatem wojna w interesie Ameryki, na pewno.

Więc?
– To przede wszystkim wojna Izraela. Agresję na Iran rozpoczął Izrael, potem dołączyły siły USA. Myślę, że to była świadoma decyzja Netanjahu, widział wahania Trumpa, ponieważ toczyły się rozmowy amerykańsko-irańskie, które mogły przynieść dobry rezultat, bo takie mieliśmy oświadczenia. Umówili się na kolejną turę, po Genewie miał być Wiedeń. I nagle, ni stąd, ni zowąd…

Wojna!
– Dosyć symptomatycznie nazywa się „Epicka Furia”. Furia, jak wiadomo, nie jest aktem racjonalnym, nie ma nic wspólnego z interesami furiata, a Trump występuje w niej przecież trochę w tej roli. Został do wojny wciągnięty przez przebiegłego premiera Izraela. Tak że ja tutaj nie widzę interesu Ameryki, widzę za to interes Trumpa, również taki, że chciałby w jakiś sposób uciec od coraz bardziej niewygodnej dla niego afery Epsteina. No i swój interes wyczuł wielki biznes…

Wielki biznes zarobi.
– Wielki biznes na tej wojnie skorzysta, mam na myśli przede wszystkim koncerny zbrojeniowe. Oczywiście część tego klanu, która żyje z tej prezydentury, skrajny odłam Partii Republikańskiej, nawet nie MAGA, ale ludzie o gangsterskiej mentalności, którzy są także w establishmencie amerykańskim – też skorzystają.

A jakie Izrael ma interesy w tej wojnie?
– Na pewno klarowny interes ma Netanjahu. On wojny potrzebuje, żeby przedłużać swoją władzę. Bo tak długo, jak jest premierem, pozostaje poza zasięgiem wymiaru sprawiedliwości. To przypadek podobny trochę do przypadku Trumpa, który, gdyby nie został prezydentem, pewnie trafiłby do więzienia, przynajmniej za to, co się stało 6 stycznia. To pokazuje, z jakimi ludźmi mamy do czynienia. Jeden jest słusznie oskarżony o zbrodnie wojenne przez Międzynarodowy Trybunał Karny, mam tu na myśli Gazę. Drugi też ma dorobek bardzo zaszargany. Natomiast, jeżeli mówimy o jakimś interesie Izraela… Izrael wyhodował sobie wroga, tak on to przynajmniej postrzega, w postaci Iranu, który był wsparciem dla palestyńskich grup terrorystycznych działających w otoczeniu Izraela.

Netanjahu ma takie podejście, że po co szukać sprawiedliwego rozwiązania problemu palestyńskiego, problemu dwóch państw, skoro można po prostu zrobić z Iranu drugą Gazę. Zamienić go w morze ruin i przynajmniej na jakiś czas osłabić jego zdolności do udzielania pomocy wrogom Izraela. Bo oczywiście bezpośredni atak Iranu na Izrael nie wchodził w grę. To, co mówili Izraelczycy w pierwszych godzinach wojny, że jest to preemptive strike, było zwykłym kłamstwem.

Uderzenie wyprzedzające…
– I proszę nie mylić tego z prewencją, co czasem pada w polskich mediach. To są dwie różne sytuacje. Otóż absolutnie nie ma potwierdzenia, nawet najmniejszego, że atak na Iran mógłby być uderzeniem wyprzedzającym. Gdyby tak było, Izrael musiałby przedstawić dowody tego w Radzie Bezpieczeństwa.

Nie przedstawił nic.
– Mówienie więc o preemptive strike było kłamstwem. Podobnie jak kłamstwem było to, co mówiła administracja amerykańska, że chodzi o potencjał nuklearny Iranu. On nie istniał. Słuchałem dłuższej rozmowy z szefem Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, który absolutnie to wykluczał. A przedstawiciele MAEA w Iranie byli, robili badania. Zwłaszcza po atakach w ubiegłym roku. No to po co one były? Ale i wcześniej nie wyglądało na to, aby Iran prowadził prace, które mogłyby go doprowadzić do broni nuklearnej. Gdyby coś miało być, to zarówno wywiad izraelski, jak i agencja wiedeńska, i nie tylko one, o tym by wiedziały. A nie ma takich dowodów.

Interesujące jest zachowanie państw arabskich, które – chociaż są atakowane – wyraźnie nie chcą wejść do tej wojny.
– Państwa Zatoki to państwa, w których rządzi pieniądz. Są całkowicie bez zasad czy poczucia solidarności, jakiejś lokalnej troski o bezpieczeństwo w regionie. To ich zupełnie nie obchodzi. Tu się zdają na Stany Zjednoczone. Natomiast rzeczywiście nie wchodzą w wojnę, mimo że są prowokowane przez Iran. Ale trudno to uznać za prowokacje, ponieważ jeżeli Iran jest atakowany z terytorium tych krajów, z baz amerykańskich, to państwa te stają się uczestnikiem wojny…

A Europa? Czy Europa da się wciągnąć w tę wojnę?
– Europa początkowo zachowała się bardzo nie w porządku. Język europejski w odniesieniu do Trumpa był przed wojną taki, że my jesteśmy po stronie porządku międzynarodowego. Pamiętamy te słynne polemiki z Davos, Monachium. A kiedy wojna się zaczęła, to wypowiedzi przywódców europejskich, Macrona czy Ursuli von der Leyen, były wobec Iranu bardzo napastliwe. Za to, że Iran się broni. Jakby nie wiedzieli, kto tę wojnę rozpoczął. Dopiero po jakimś czasie nastąpiło w Europie wyrównanie kursu,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

SAFE 0% – na to liczą Amerykanie

Polska osiągnęła już taki poziom wydatków obronnych, że z marginalnego klienta europejskich i amerykańskich globalnych koncernów zbrojeniowych stała się polem zmagań o wielkie i coraz większe pieniądze. Musimy wreszcie dorosnąć i zrozumieć, że w tej grze wszelkie chwyty są dozwolone. Musimy uzyskać świadomość podmiotowości w tej grze, a nie skazywać się na bycie jej przedmiotem. Wymaga to od rządzących zdobycia i ciągłego pogłębiania skomplikowanej wiedzy technicznej, by nie zdawać się na podpowiedzi lobbystów. A stawką są już dziesiątki i setki miliardów złotych. Jak trafnie powiedział ostatnio minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, nie możemy być frajerem, ciągle ogrywanym.

Przykładem tego wszystkiego jest walka o instrument finansowy SAFE. W tzw. drugiej grupie projektów finansowanych z SAFE mają się znaleźć złożone przedsięwzięcia, wymagające skupienia sił wielu krajów, ale zgłoszone do realizacji przez konkretne państwo unijne. W tym przypadku udział podmiotów spoza Unii Europejskiej może sięgać najwyżej 35% wartości konkretnego przedsięwzięcia obronnego. To dużo, ale dla przyzwyczajonych do dominacji – za mało. Wywołało to akcję sprzeciwu, przede wszystkim ze strony amerykańskiej.

Można więc przypuszczać, że w tym kontekście gra o polskie zamówienia szczególnie się zaostrza, skoro od dwóch lat próbuje się nam sprzedać pomysł dokupienia co najmniej dwóch eskadr nowoczesnych myśliwców. W puli znajduje się 48 dalszych, nowych F-35 lub F-15EX,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

SAFE – maski opadły

Dlaczego PiS jest przeciw?

„Postaram się to wytłumaczyć, najprościej jak potrafię. Patrzcie mi na usta – 20 mld, tylko dla tej huty. Stalowa Wola, Podkarpacie, Polska. Dotarło, zakute łby?”, wołał Donald Tusk w Stalowej Woli, przekonując do ustawy o SAFE. Nie ma wątpliwości – za rok, za 10 lat i później, gdy będą przypominane boje o te pieniądze i cała obecna kampania, wystąpienie premiera będzie wskazywane jako jeden z dwóch najważniejszych momentów. A drugi… Gdy piszę te słowa, jeszcze się nie wydarzył. To prezydent Nawrocki za biurkiem – albo podpisujący ustawę, albo ją wetujący. Reszta jest dodatkiem.

SAFE to unijny program obronny – przewiduje unijną pożyczkę, na korzystnych warunkach, trochę powyżej 3% rocznie, rozłożoną na 45 lat, z 10-letnim okresem karencji. Polsce z tortu SAFE Unia przyznała aż 43,7 mld euro, czyli ok. 180 mld zł. Te pieniądze mamy wydatkować w ramach 139 programów zwiększających obronność, które wybrało polskie wojsko. Nie politycy, tylko generałowie.

SAFE to trzeci filar polskich wydatków obronnych. Pierwszym jest budżet MON, rekordowy. Drugim – uchwalony jeszcze za PiS, w 2022 r., przy poparciu ówczesnej opozycji, Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych. To instrument dłużny – za pożyczone pieniądze kupujemy sprzęt obronny, głównie z USA. A teraz dochodzi do tego SAFE.

Jak zapewnia wojsko, ok. 89% środków z SAFE ma być przeznaczone na zakupy w polskich firmach. Jest to więc okazja, jakiej wcześniej nie było, by odbudować polską zbrojeniówkę, wzmocnić ją na tyle, aby była konkurencyjna na światowych rynkach. To jak najbardziej możliwe. SAFE przewiduje współpracę firm europejskich i ich rozwój. Otwiera też możliwości specjalizacji, co stanowi szansę dla polskich producentów. Przykładem jest wyrzutnia rakiet Piorun. Znakomicie spisuje się na wojnie w Ukrainie,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Nie możemy być frajerami

Radosław Sikorski opisuje Polskę w świecie

„Wielkie przewroty – polityczne, gospodarcze, technologiczne – które zmieniają świat, dokonują się na naszych oczach”. Tak zaczął sejmowe wystąpienie o polityce zagranicznej Radosław Sikorski (26 lutego br.). Dobrze je ułożył. Najpierw pokazał ów zmieniający się świat, coraz groźniejszy, z wojną u naszych bram. Potem pokazał głównych aktorów tego świata. W dalszej kolejności definiował polskie interesy i to, jak Polska powinna w tym niestabilnym świecie się poruszać, jakich złudzeń unikać.

Sikorski ma temperament, więc wchodził co chwila w polemikę z tezami rozpowszechnianymi przez PiS i obie Konfederacje. Musiał, bo polskie spory przeniosły się na politykę zagraniczną. Mówił zatem, że nie należy bać się Rosji, że trzeba wspierać Ukrainę. Że Europa, owszem, przeżywa kryzys, ale da się go przezwyciężyć. Że w Europie jesteśmy silniejsi – bo współpraca daje przewagę. I że polexit to pewna klęska. Ameryka? Ma własne interesy. I w imię tych interesów może nas zostawić. Jak w Jałcie. Jesteśmy więc sojusznikiem USA, ale nie możemy być frajerami.

Oto świat, w którym Sikorski nas plasuje.

 

To, po pierwsze, świat wojny u bram. Czy Rosja nas zaatakuje? Tego nie wiemy, ale wiemy, że wojna kończy wszystko, bo bezpieczeństwo jest warunkiem realizacji wszelkich celów państwa.

A Polska jest dziś w sytuacji półwojennej. Doświadczamy ataków cybernetycznych i aktów dywersji, szarpiemy się z Moskwą. Gorącą wojnę mamy u sąsiada – Ukraina walczy o niepodległość. „Wszystkim, którzy uważają, że pomoc Ukrainie jest niepotrzebna czy nieopłacalna, mówię wyraźnie: popełniacie błąd”, mówił Sikorski. I dopowiadał: „»Musimy za wszelką cenę utrzymać niepodległość Ukrainy, Litwy i Białorusi, bo to jest w naszym życiowym interesie«, twierdził w latach 90. Giedroyc. »Gdyby Rosja wchłonęła Ukrainę, to jesteśmy ugotowani, wzięci za gardło«”.

Dalej minister tłumaczył: „Widzimy sens w tym, aby Ukraina się rozwijała i ciążyła ku Unii. Zwycięstwo Kijowa będzie naszym zwycięstwem. Rosja – wbrew temu, co mówi jej propaganda – wcale nie wygrywa. Nie dajmy się nabrać. Rosja nie jest i nigdy nie była niepokonana. Przypominam – tylko w XX w. Moskwa przegrała: wojnę z Japonią w 1905 r., I wojnę światową, wojnę polsko-bolszewicką w 1920 r., wojnę w Afganistanie i zimną wojnę”.

Wątek wojny rosyjsko-ukraińskiej szef MSZ kończył refleksją nad mapą zmieniającego się świata: „Stawką wojny w Ukrainie jest nie tylko niepodległość tego państwa i nie tylko bezpieczeństwo naszego regionu Europy. Ta wojna zdecyduje o tym, który podmiot stanie się trzecim –

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Zakute łby

Noszę się z pomysłem, by zmontować książkę pod roboczym tytułem „Wypisy z mojego życia”. Bigos i groch z kapustą, cytaty, fragmenty moich dzienników, felietonów pisanych nie tylko do paryskiej „Kultury”, notatki, a nawet fragmenty listów, forma luźna. Nie wiem, czy z tego coś będzie, problem też z rozmiarem, kto wyda mi tak grubą książkę? I jak to sensownie zmontować? Na razie grzebię w swoich dziennikach i w felietonach do „Kultury”, pisałem je ponad 15 lat. Niełatwo mi, jakbym się taplał w wielkich kałużach mojego życia. Dzienniki zdają mi się słabe, są chyba do spalenia, ale bywają dobre fragmenty, jak bursztyny.

Jest rok 1989, czas wielkiego przełomu. 21 listopada zapisałem w dzienniku: „Wielkie manifestacje w Pradze. Antysocjalistyczna wiosna ludów. Victoria Pope, świetna amerykańska dziennikarka o niezwykłej latynoskiej urodzie, wróciła z Pragi. Jest pod wrażeniem, jak Czesi są rozważni. Mogłaby teraz zostać na dłużej w Polsce, kochała Polskę, gdy była umęczona, mieszkała tu kilka lat, a teraz już nie ma w niej uczuć. Coś się skończyło, mówi. Idziemy błotnistym Nowym Światem, a ja mówię, że czuję podobnie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

W stanie przedwojennym

Zmarł sędziwy Robert Duvall, aktor, któremu do miejsca w filmowym panteonie wystarczyło siedem lat z czterema powstałymi w tym czasie arcydziełami Francisa Forda Coppoli – zagrał bowiem w obydwu częściach „Ojca chrzestnego”, „Rozmowie” i „Czasie apokalipsy”. W tym ostatnim zapadł w pamięć jedną z najsłynniejszych, ale i najbardziej mrocznych fraz w historii kina: „Uwielbiam zapach napalmu o poranku”, wieńczącą brawurową sekwencję nalotu kawalerii powietrznej na wioskę zajętą przez partyzantkę Wietkongu.

Przez lata byłem ślepo zachwycony fantazją sceny helikopterowego ostrzału przy dźwiękach wagnerowskiego „Cwału Walkirii”, dzisiaj, w dobie obłąkanego trumpizmu, patrzę inaczej i widzę więcej. Jak Trumpowi marzy się amerykańska riwiera w zrównanej z ziemią Gazie, tak podpułkownik Kilgore, życiowy epizod aktorski Duvalla, chce po prostu posurfować w delcie Mekongu, gdzie tworzą się największe fale. Kiedy wśród żołnierzy napotyka mistrza surfingu, idée fixe staje się zadaniem bojowym – trzeba zapakować deski na pokład i przysposobić zatokę do zabawy. A że jest mocno obsadzona przez wietnamską partyzantkę, do zadania wykorzystuje się eskadrę śmigłowców, myśliwców i grad bomb zapalających. Trup ścielący się gęsto i artyleryjski ostrzał nie stanowią dla Kilgore’a przeszkody, dopiero kiedy pożar wzniecony przez rzeczony napalm zmienia termikę powietrza i powoduje zanik fal, podpułkownik musi się pogodzić z tym, że ch… bombki strzelił, surfowania nie będzie.

Psychopatyczni bogowie wojen

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Butem w głowę

Kolega z Waszyngtonu, który pracował w Departamencie Stanu, pisze do mnie o Trumpie. A obiecywał, że zamknie się w bunkrze, odizoluje od polityki, bo ma dosyć. Jednak przez szczeliny mu się przesącza: „Wideo z Obamami jako małpami nie jest ani pierwszym, ani jedynym przejawem rasizmu Trumpa i jego lokajów. Ani braku godności, ani wszelkich cech charakteryzujących cywilizowanego człowieka. Ameryka przestała nieść pochodnię wolności i demokracji znacznie wcześniej i wcześniej zaczął się kryzys jej tożsamości. Może zapoczątkowały go zamachy terrorystyczne z 11 września, może kryzys finansowy z pierwszej dekady nowego wieku, może pandemia, a może pierwsza kampania Trumpa. Nie wiem, ale Ameryka nie jest tą samą Ameryką, jaką znaliśmy i do której odnosiliśmy nasze wartości w dziedzinie polityki. Dziś Trump to Ameryka – agresywna, głupia, rasistowska i destrukcyjna. Ponad 40% wyborców otwarcie popiera go i wszystkie jego odrażające ekscesy. A są też tacy, którzy popierają go po cichu. Trump jest dziś autentycznym uosobieniem Ameryki i zwierciadłem jej moralnego upadku i destrukcji jej autorytetu na świecie”.

Trudno nie pomyśleć, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Kto opodatkuje big techy

Czas zapłacić podatki od gigantycznych dochodów

Używając słynnego, choć wyświechtanego powiedzenia, można stwierdzić, że w amerykańskiej polityce ogon macha psem. Tyle że nie bardzo już wiadomo, kto jest w tej metaforze ogonem, a kto psem. Mowa o coraz bardziej symbiotycznej relacji pomiędzy tamtejszymi koncernami technologicznymi a rządem federalnym. Wbrew obiegowej opinii giganci z Doliny Krzemowej nigdy nie byli specjalnie odlegli od Waszyngtonu, bo od początku istnienia takich firm jak Facebook (potem Meta) czy OpenAI wisiało nad nimi widmo regulacji, a nawet rozczłonkowania. Dziś mało kto może o tym pamięta, ale przecież przed wyborami prezydenckimi w 2020 r. jedną z głównych kandydatek do nominacji w Partii Demokratycznej była senator Elizabeth Warren, idąca do Białego Domu pod hasłem „Break Up Big Tech”, czyli podzielenia koncernów technologicznych na mniejsze spółki w celu przywrócenia w tym sektorze gospodarki chociaż śladowej, a dzisiaj nieistniejącej konkurencji rynkowej.

O ile jednak wcześniej waszyngtońskie elity próbowały zachować przynajmniej pozory kontroli nad Doliną Krzemową, w obecnej administracji mamy do czynienia z hołdem lennym. Do tego stopnia, że nie wiadomo, kto decyduje i o czym. Świat z prędkością światła obiegło zdjęcie z ubiegłorocznej inauguracji drugiej prezydentury Donalda Trumpa, gdzie obok siebie stali Mark Zuckerberg, Jeff Bezos, Elon Musk i szef Google’a Sundar Pichai, wszyscy gotowi do pełnej współpracy z nową władzą. Żeby jednak zrozumieć naturę relacji tych ludzi i ich firm z Donaldem Trumpem, trzeba się przyjrzeć współczesnym relacjom państwa z prywatnymi korporacjami. To pomoże odpowiedzieć na pytanie, czy gdziekolwiek na świecie aparat państwowy ma szansę taką relację zdominować.

Europa pod ostrzałem

O tym, że centrum władzy w życiu politycznym przechodzi z sektora publicznego do prywatnego, mówił w wykładzie inaugurującym rok akademicki na Uniwersytecie Stanforda brytyjski historyk prof. Timothy Garton Ash. Przypomniał wówczas, że dawniej w czasach kryzysu szefowie największych amerykańskich koncernów przemysłowych pielgrzymowali po rozwiązania do Waszyngtonu, a teraz kierunek pielgrzymki z reguły jest odwrotny. To decydenci polityczni proszą ludzi z Doliny Krzemowej o znalezienie rozwiązania problemu dezinformacji w czasie pandemii koronawirusa, przełamanie paraliżu inwestycji infrastrukturalnych, przeprowadzenie zielonej rewolucji energetycznej czy, jak obecnie, o wygraną w globalnym wyścigu po sztuczną superinteligencję.

Ten argument w opublikowanej dwa lata temu książce „The Tech Coup” rozwinęła Marietje Schaake, była holenderska europosłanka, dzisiaj również wykładowczyni na Stanfordzie. Główną tezą jej książki jest założenie, że w dzisiejszych czasach suwerenność „wypływa”

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.