Tag "Stany Zjednoczone"

Powrót na stronę główną
Opinie

Polska nie jest kolonią

Zachowanie ambasadora Rose’a to nie tylko bezczelność na granicy chamstwa, ale także przejaw niebywałej pychy

To zdanie, które nie wydaje się odkrywcze, trzeba w ostatnim czasie jednak powtórzyć, a nawet częściej przytaczać, bo nabrało ono w świetle skandalicznych wypowiedzi amerykańskiego ambasadora nowego znaczenia. Marszałek Czarzasty, nie popierając absurdalnego wniosku o przyznanie Trumpowi Pokojowej Nagrody Nobla, nie tylko nie zrobił niczego złego i w najmniejszym stopniu nie obraził amerykańskiego prezydenta, ale po prostu postąpił słusznie. Poparcie tego wniosku byłoby kpiną z Trumpa. W dodatku ustawiałoby nasz kraj w gronie państw zależnych, niesuwerennych, klienckich. Samo dopominanie się nagrody miało w sobie coś z zachowania Nerona, który domagał się od Aten przyznania olimpijskiego wieńca w poezji, śpiewie i muzyce. Zresztą dla Nerona finał był smutny, gdy popełniał samobójstwo w obawie przed zasłużoną zemstą mieszkańców Rzymu, stwierdził: „Jakiż to artysta ginie we mnie”. Ciekawe, jak skończy karierę Trump.

Ogłoszenie przez niefortunnego ambasadora USA w Polsce, że zrywa wszelkie kontakty z marszałkiem Czarzastym, to właśnie przejaw imperialnej mentalności, oznaczającej, że zachcianki Trumpa są prawem, i inne państwa, a zwłaszcza sojusznicy Ameryki, mają obowiązek je spełniać. Jeszcze bardziej bezczelna była odpowiedź udzielona polskiemu premierowi. Na rzeczową i całkowicie słuszną uwagę, że sojusznicy nie powinni wzajemnie się pouczać, ambasador był uprzejmy stwierdzić, że odpowiedź premiera została wysłana do niego przez pomyłkę, a w rzeczywistości adresowana była do Czarzastego i dlatego panu Rose’owi bardzo się podobała. To nie tylko bezczelność na granicy chamstwa, ale także przejaw prostackiego poczucia humoru oraz niebywałej pychy ambasadora, który powinien znaleźć sobie inne zajęcie.

Polska wiele razy była zajmowana, atakowana,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Kolejny powrót Stacha z Warty

Muzeum w Gdyni przypomniało Stanisława Szukalskiego, który mówił, że nie jest artystą Byle Jakim Takim

„Ja, Polak, nie katolik i nie komunista, co ja będę robił w Polsce?”, pisał Stanisław Szukalski, ps. Stach z Warty, jeden z najwybitniejszych i zarazem najbardziej niezrozumiałych i zapomnianych polskich rzeźbiarzy, którego nie da się przypisać do żadnego kierunku w sztuce. Szukalski zmarł 19 maja 1987 r. w Kalifornii. Od przyjazdu w 1940 r. do Stanów Zjednoczonych prawie 30 razy zmieniał adresy, poszukując w okolicach Los Angeles najtańszych mieszkań. Często z powodu podwyżki czynszu o 50 dol. musiał prosić sąsiadów o pomoc w przeprowadzce, bo wynajęcie firmy transportowej przekraczało jego możliwości. Nie miał warunków do rzeźbienia, pieniędzy na gips i narzędzia rzeźbiarskie, nie mówiąc o robieniu odlewów w brązie. Od 1960 r. żył z niewielkiego zasiłku dla biednych, przyznanego mu przez miejscowe władze. Ale nie narzekał i mówił, że do głodowania jest przyzwyczajony, bo gdy w 1914 r. jego ojciec Dyonizy został śmiertelnie potrącony przez samochód w Chicago, policja kilkakrotnie znajdywała go na ulicy omdlałego z głodu.

Stach z Warty przewidywał, że umrze sam ze sobą, zapomniany przez Stany Zjednoczone i Polskę, bo taką cenę płacą artyści samorodni, niepodlegli, odważni, nieulegający modnym kierunkom, niebojący się płacić wielkiej ceny za mówienie co myślą, niezdolni do cierpienia w cichości. Nikt nie lubi ludzi genialnych, oni tylko mieszają innym w poglądach, tych utartych i dla nich wygodnych.

Dlaczego po wojnie Szukalski nie wrócił do kraju, choć cały czas żył historią Polski, słowiańskimi legendami i marzył o wielkości swojej ojczyzny?

Zachwyty w Ameryce

Dla Stanisława Szukalskiego, urodzonego 13 grudnia 1893 r. w Warcie koło Sieradza, największym autorytetem był jego ojciec Dyonizy, kowal, socjalista, heretyk i obieżyświat pracujący najpierw przez kilka lat w Brazylii, potem w Afryce Południowej walczący z Anglikami po stronie Burów. Od 1903 r. kowal w Chicago, dokąd ściągnął całą rodzinę. Stach podziwiał go za odwagę w czynach i słowach, uczciwość i prawdomówność. Będąc świadom artystycznych zdolności syna, Dyonizy zapisał go na sobotnie zajęcia w Art Institute of Chicago, gdzie 13-letni Stach zachwycił nauczycieli umiejętnościami. Cztery gazety napisały o jego talencie, a jedna dała tytuł: „Geniusz, syn polskiego kowala”. Wtedy to ojciec wysłał 15-latka z 200 dol. w kieszeni na studia do krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Ale Stach nie dotrwał do dyplomu, zbuntował się przeciwko profesorom, którzy kazali mu rzeźbić z pozujących modeli, i po trzech latach wrócił do USA.

Po tragicznej śmierci ojca w 1914 r. Stach cierpiał biedę. Wszystko zmieniło się, gdy poznał pierwszą żonę, malarkę Helen Walker, która pomogła mu finansowo w rozwoju talentu rzeźbiarskiego. W 1923 r. w Chicago ukazała się pierwsza monografia jego twórczości „The Work of Szukalski”, potem kolejne albumy i wydawnictwa. Polski artysta stał się sławny w świecie, dostawał zamówienia na rzeźby, rysunki i portrety, był nagradzany na międzynarodowych wystawach. Amerykański „Vanity Fair” pisał, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Gdzie nasza niepodległość?

Nie zawsze utrata niepodległości następuje tak jak w roku 1939: w ciągu paru tygodni. W XVIII w. traciliśmy ją stopniowo, przez dziesięciolecia. Ostatnich polskich królów, Augusta III i Stanisława Augusta, wybrano pod osłoną wojsk rosyjskich. Długo sobie nie uświadamialiśmy, że nie jesteśmy już wolni. Gdy oprzytomnieliśmy – było za późno.

W XXI w. Karol Nawrocki został prezydentem z woli rodaków (choć z nieznaną liczbą głosów), ale i z poparciem obcych. Udzielona mu w trakcie kampanii audiencja w Białym Domu, skierowane do niego słowa Donalda Trumpa: „You will win”, bezprecedensowa, tużprzedwyborcza agitacja w Jasionce pod Rzeszowem amerykańskiej sekretarz Kristi Noem – już same te czynniki obniżają powagę obecnego prezydenta. I to tym bardziej, że tego poparcia wcale się on nie wstydzi: po wygranej, podczas kolejnej wizyty w Białym Domu, wylewnie za nie Trumpowi dziękował. Co znaczy, że takie ingerencje zalegalizował. Także na przyszłość.

No i pozostał Trumpowi wierny. W styczniu, po kompromitujących występach Amerykanina w Davos, pospieszył z deklaracją, że jego wsparcie dla niego „jest niezachwiane”. Milczał, gdy Trump obrażał pamięć europejskich, a więc i polskich, żołnierzy poległych w Afganistanie; nawet oddana Ameryce Giorgia Meloni wyraziła wtedy oburzenie. Gdy wreszcie Nawrocki zabrał głos w tej sprawie, o Trumpie nawet się nie zająknął. Wkrótce potem jego doradca, Sławomir Cenckiewicz, przekonywał, że wydawanie unijnych pieniędzy na inwestycje w UE jest niezgodne z nową amerykańską strategią bezpieczeństwa narodowego. Czyli ta nowa strategia ma obowiązywać także w Polsce. Od pół roku nie godzi się Nawrocki na nominację ambasadorską dla Bogdana Klicha – a czemu? Bo ten przed laty wypowiedział się krytycznie o Trumpie. Gdy zaś niedawno amerykański ambasador publicznie zrugał marszałka Sejmu, Kancelaria Prezydenta natychmiast stanęła po stronie Amerykanina. Zatem hasło Nawrockiego „Po pierwsze, Polska, po pierwsze, Polacy” powinno brzmieć: „Po pierwsze, Ameryka, po pierwsze, Trump”. Polacy są dla niego na dalszym miejscu. Czy tak się zachowuje prezydent państwa niepodległego?

Powie ktoś: niepodległość straciliśmy,

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Od hegemonii do patostreamingu

Od wejścia Trumpa do realnej polityki trwa nieprzerwanie telenowela, w której USA mogą się przejrzeć, zobaczyć agonię swojej hegemonii jako farsę. Zarówno dla milionów Amerykanów i Amerykanek, jak i choćby dla Europy emitowany dzień po dniu real-sitcom z Donaldem Trumpem w roli najgłówniejszej z głównych musi być jak koszmarny sen. Funkcjonowanie Trumpa jest zaiste pozaintelektualnym stand-upem o wulgarności władzy absolutnej, o jej grafomańskim przesłaniu, o czymś, co można by nazwać uświęconym kretynizmem. Dla tych, którzy z racji swoich interesów wciąż próbują nas przekonać, że mamy do czynienia z demokratycznie wybranym prezydentem mocarstwa jądrowego i militarnego, więc po prostu należy się dostosować i grać według jego nut, ważna jest „autentyczność” samej postaci Trumpa. Cóż, Trump jest sobą i wyłącznie sobą, na tym polega całe nieszczęście tej persony. Kiedy zderzamy się z ogromem infantylizmu i groteskowości tego przedstawienia jednego aktora, musimy się przyznać do czegoś w rodzaju porażki, nasza wyobraźnia nie pomieściła takiej figury na politycznej szachownicy świata. Kiedyś rozmawiałem ze swoimi studentami o fenomenie polskiego patostreamera i zapytałem ich, o co chodzi, skąd jego sława przekładająca się na gigantyczne zarobki. Usłyszałem, że sławę zdobył, rozpalając ognisko w swoim mieszkaniu. A dalej poszło samo.

Sława goni sławę i sławą pogania. Kiedy słucham tłumaczeń i prób racjonalizowania aktywności Trumpa,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

W poszukiwaniu nowych biegunów

Mark Carney w Davos rzucił rękawicę Trumpowi. I może wygrać, bo jest większym realistą

Jednym z najczęściej powtarzanych dziś sloganów na temat rewolucyjnych wręcz zmian w stosunkach międzynarodowych jest przypisywane Antoniowi Gramsciemu, sparafrazowane przez Slavoja Žižka stwierdzenie, że stary porządek już umarł, a nowy wciąż walczy o to, by się narodzić – teraz natomiast trwa era potworów. Giuliano Da Empoli, włoski kulturoznawca i doradca polityczny, współpracujący m.in. z Matteo Renzim, twierdzi z kolei, że mamy do czynienia z okresem zdominowanym przez barbarzyńców, którzy anarchię wprowadzają celowo, bo w zamieszaniu wywołanym brakiem zasad łatwiej jest kraść i się wzbogacać, bez względu na społeczne czy wręcz ogólnoświatowe konsekwencje.

Z kolei jeśli wsłuchać się w słowa Donalda Trumpa, a następnie wczytać w dokumenty publikowane przez jego administrację, można odnieść wrażenie, że wszystko już wiadomo. Wracamy do XIX-wiecznej koncepcji stref wpływów, w których może istnieć tylko jeden ośrodek władzy. Wszystko, co wyszło spod ręki członków obecnej amerykańskiej ekipy rządzącej – od Narodowej Strategii Bezpieczeństwa przez Narodową Strategię Obrony po priorytety Departamentu Stanu – zdaje się jednoznacznie stwierdzać, że Waszyngton już dominuje nad półkulą zachodnią, Azję oddając Chinom, a Europę zostawiając samą w starciu z Rosją.

Współczesny świat w starych ramach

Czasem jako uzasadnienia tej teorii używa się argumentów pseudopragmatycznych. Jak w przypadku Wenezueli czy Grenlandii, gdzie Stephen Miller i Marco Rubio dwoją się i troją, żeby przekonać świat, że od amerykańskich interwencji w tych miejscach zależy bezpieczeństwo wewnętrzne USA. Można też używać pokrętnej logiki historycznej, jak w słynnym tekście „Prezydentura Lotu 93” robił to kilka lat temu Michael Anton, były już szef planowania polityki w Departamencie Stanu. On z kolei uzasadniał, że awanturnictwo militarne poza własną strefą wpływów prowadzi do upadku imperium, co wiadomo z historii Związku Radzieckiego, jego zdaniem przegranego w zimnej wojnie z powodu niepotrzebnej obecności wojskowej na Kubie.

Można przywoływać stare paradygmaty, jak doktryna Monroego z 1823 r., dająca Amerykanom prawo do chronienia zachodniej półkuli przed europejską rekolonizacją. Albo iść w stronę przepowiedni i hiperboli, jak słynna opowieść o Objawionym Przeznaczeniu, czyli religijno-strategicznej doktrynie zakładającej, że Stany Zjednoczone powinny rozciągać się od oceanu do oceanu, bo Bóg tak chciał.

Wszystkie te ćwiczenia mają jednak mniej więcej tyle sensu, ile wlewanie wody do dziurawej szklanki. Choćby nie wiadomo, ile cieczy wlać, nigdy nie zostanie ona w naczyniu – nie przyjmie jego kształtu.

Tak właśnie jest w 2026 r. ze światem, który Donald Trump próbuje wcisnąć w ramy rodem z XIX w. Nie trzeba być ekspertem od geopolityki ani profesorem historii, żeby rozumieć, że ten manewr skazany jest na porażkę.

Historie o świecie podzielonym na strefy wpływów Chin, Rosji i USA można z wielu przyczyn włożyć między bajki. Nawet jeśli trwają poważne dyskusje na temat tego, ile dziś mamy biegunów geopolitycznych. Jennifer Lind, wykładowczyni Uniwersytetu Stanforda i wybitna analityczka zajmująca się Chinami, w niedawnym eseju dla magazynu „Foreign Affairs” przekonywała, że są tylko dwa bieguny, a ten chiński jest znacznie silniejszy od amerykańskiego. Nie wszyscy jednak z tym się zgadzają.

Premier Indii Narendra Modi, lider postrzegający swoje przywództwo w kategoriach nie kadencyjnych czy partyjnych, lecz cywilizacyjnych (nie mówi po angielsku i samo w sobie jest to ciekawe – bo uważa, że nie musi), raczej nie zamierza poddawać się chińskiej dominacji, wszak Indie to dziś najludniejszy kraj świata i potężny gracz gospodarczy. Tak samo trudno uwierzyć, że Rosję stać na bycie czymkolwiek innym niż podwykonawcą Chin.

Tezy o zacementowanym już porządku światowym są publicystycznie chwytliwe, ale dalekie od rzeczywistości. Świat jest dziś w tzw. momencie kontradyktoryjnym – z jednej strony podzielony bardziej niż kiedykolwiek po 1945 r., z drugiej – bardziej niż kiedykolwiek połączony. Łańcuchami dostaw, powiązaniami handlowymi, wieloetnicznymi rodzinami, migracją i wszystkim innym, co zostało z umierającej globalizacji. Pozostaje pytanie, jak to wszystko pozszywać, żeby przy okazji uniknąć globalnego konfliktu.

Czego chce Mark Carney

Premier Kanady Mark Carney w wystąpieniu w Davos pokazał, że można podjąć taką próbę. Co więcej, istnieje realna szansa na zrobienie tego w sposób systemowy, a nie anarchiczny, oparty na nagiej sile militarnej i eksporcie wojny, jak chce to robić Trump. Jakkie Cilliers, południowoafrykański politolog i badacz trendów, stwierdził niedawno, że fakt zabicia starego porządku opartego na zasadach nie znaczy, że w jego miejsce nie może powstać nowy. Z tą różnicą, że będą to inne zasady, korzystniejsze dla państw postkolonialnych i rozwijających się. Wszystko wskazuje na to, że Carney dokładnie to chciałby osiągnąć.

Oczywiste jest, że premier swoje przemówienie budował od wielu miesięcy. W Europie nie brakuje polityków, którzy już po Davos chwalili się, że słyszeli na żywo pierwsze, prawdopodobnie próbne wersje tego wystąpienia. Wtedy jeszcze przyjmowali tezy Carneya ze zdziwieniem, dzisiaj widzą w nich pragmatyzm i racjonalizm. Nawet jeśli od Davos nie minęły jeszcze dwa tygodnie, a Carney już znalazł się pod gigantyczną presją z powodu swojej wizji rzeczywistości.

Żeby jednak zrozumieć, co naprawdę chciał osiągnąć, po co otwarcie sprowokował Trumpa i na co naprawdę może liczyć, trzeba cofnąć się do minionej wiosny, kiedy amerykańska administracja regularnie poniżała ówczesnego premiera Kanady Justina Trudeau, nazywając go gubernatorem i grożąc aneksją kraju oraz przekształceniem go w 51. stan USA.

Kiedy Trump przejmował władzę po raz drugi, wydawało się niemal pewne, że liberałowie, którym przewodził Trudeau i których dziś reprezentuje Carney, przegrają wybory w 2025 r. z kretesem. Winne temu były wewnętrzne czynniki strukturalne, jak rosnące koszty życia, kryzys mieszkaniowy, stagnacja gospodarcza i nierówności pomiędzy różnymi prowincjami w kraju. Jeśli jednak Trump kiedykolwiek dokonał cudu przy urnie, to właśnie wtedy, w dodatku nie w wyborach, w których sam startował.

W ciągu dwóch miesięcy liberałowie odrobili ponad 20 pkt proc. straty do konserwatystów, przegonili ich i obronili stanowisko premiera. Głównie dzięki Trumpowi, do którego zaczęto porównywać przywódcę Partii Konserwatywnej Pierre’a Poilievre’a – ostatecznie pozostawionego przez wyborców poza parlamentem. To był pierwszy globalny przypadek, w którym zbliżenie z Trumpem okazało się toksyczne, nawet jeśli było to jedynie zbliżenie estetyczne,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Bezsilność

Książka „Dziady i dybuki” Jarosława Kurskiego. Wiele lat temu, gdy mi go przedstawiano, zrobiłem niepewną minę, a znajomi wybuchnęli śmiechem. Wołali: „Nie bój się, to tylko brat, ten porządny”. Jarosław Kurski od lat kieruje „Gazetą Wyborczą”.

Książka w pierwszej części jest poruszająca. Kurski odkopuje swoje dwa rodzinne korzenie, odkrywa, że jeden jest żydowski, ten od strony matki. Wyobrażam sobie, że jego brat jest zdruzgotany tą książką. Ojciec dyrektor już na pewno wie, i Braun, i koledzy z partii. Jaki wstyd. To zdumiewające, że w jednym domu wychowywało się dwóch braci – jeden jest człowiekiem mądrym i szlachetnym, a drugi po prostu kanalią. Wśród tylu obrzydliwości w PiS Jacek Kurski wyróżnia się, stworzył telewizję, która korzystała z doświadczeń propagandy krajów totalitarnych. Gardzą nim nawet ludzie prawicy. Ciekawe, że bracia mają to nawet wypisane na twarzach: uczciwość i podłość.

Brakuje mi Marcina Króla, zmarłego kilka lat temu historyka idei, twórcy „Res Publiki”, od 1988 r. byłem w redakcji tego pisma. Marcin, chcąc nie chcąc, bardzo wpłynął na moje życie. Zachorował na grypę (ciekawe, kto go zaraził, tej osobie też jestem wdzięczny), a miał jechać na małe stypendium do Szwecji,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Dworskie szachy

Debata na temat amerykańskiej polityki zagranicznej przypomina ćwiczenia z psychologii, a nie ze stosunków międzynarodowych

Prawie ćwierć wieku temu Stany Zjednoczone przy wydatnej pomocy Wielkiej Brytanii dokonały pierwszego wielkiego wyłomu w powojennym porządku światowym, opartym na suwerenności, multilateralizmie i prymacie instytucji nad wolą polityczną przywódców. W zbiorowej pamięci Zachodu inwazja na Irak być może już wyblakła, a w niektórych miejscach – jak w Polsce – nigdy na dobre nie zaistniała, ale przedstawiciele globalnego Południa doskonale wiedzą, jakie były tego konsekwencje.

Znacznie ciekawsze jest jednak to, że nawet po upływie tylu lat, dziesiątkach rozmów, napisanych esejów, książek, zrealizowanych filmów dokumentalnych czy przesłuchań w amerykańskim Kongresie nadal tak naprawdę nie wiadomo, dlaczego do tej inwazji doszło.

Suma wszystkich strachów

Metodologia poszukująca jednego, może nie wyłącznego, ale dominującego powodu, który pchnął amerykańską administrację do obalenia reżimu Saddama Husajna i wieloletniej, całkowicie bezowocnej politycznie okupacji tego kraju, jest jednak całkowicie nieadekwatna do rzeczywistości. Rację ma bowiem publicysta „New York Timesa”

Ezra Klein, który w niedawnej rozmowie z Jonathanem Blitzerem z „New Yorkera” stwierdził, że jedyne, co z całą stanowczością można stwierdzić na temat tej inwazji, to fakt, że była opcjonalna. Ale nie było jednej ręki, która pociągnęła za spust. Jednego momentu, który zdecydował o wysłaniu wojsk. Jednego gestu Saddama, jednego momentu sprzeciwu Francji na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ. Tamta wojna była po prostu sumą wszystkich strachów ówczesnej Ameryki. Dokładnie tak jak niedawna operacja wojskowa w Wenezueli.

Próba racjonalizowania działania Donalda Trumpa i jego ekipy wobec reżimu Nicolása Madura jest z góry skazana na porażkę, ponieważ skuteczna byłaby tylko w przypadku logicznych działań amerykańskiej władzy. Tymczasem nie ma żadnych dowodów na to,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Zamach na światowy porządek

Sojuszniczość nie polega na serwilizmie, a oprócz polityki jest jeszcze moralność

Idee demokracji można głosić. To przychodzi najłatwiej. Można też bez pytania wpraszać się z nimi do innych i pouczać, jak mają urządzać swój ustrój polityczny i gospodarczy. Naturalnie w interesie ich własnego ludu… Nie przeszkadza to w niegodnych postępkach, których przykładów we współczesnej historii nie brakuje.

Amerykańskie przywództwo

Takie są fakty:

  • w 1953 r., w reakcji na nacjonalizację naftowego monopolu British Petroleum, przy pomocy CIA i brytyjskiego wywiadu MI6 obalono w Iranie demokratycznie wybrany rząd Mohammada Mosaddegha i zainstalowano proamerykańskiego szacha Rezę Pahlawiego;
  • w 1954 r. CIA obaliła demokratycznie utworzony rząd Jacoba Arbenza w Gwatemali, co pociągnęło za sobą brutalną 40-letnią wojnę domową;
  • w 1956 r. USA poparły reżim Ngo Dinh Diema, który odżegnał się od narodowych wyborów w Wietnamie – ich przeprowadzenie uzgodnione zostało wcześniej w porozumieniu genewskim, co sprowokowało 19-letnią wojnę, w której zginęło 2,5 mln ludzi, z czego prawie 2 mln to ludność cywilna;
  • w 1960 r. CIA wspierała przewrót w Kongu i zabójstwo prezydenta Patrice’a Lumumby, którego miejsce na 37 lat zajął skorumpowany dyktator Mobutu Sese Seko;
  • w 1964 r. demokratycznie wybrany prezydent Brazylii João Goulart został usunięty w wyniku wspieranego przez CIA zamachu stanu, co zapoczątkowało 20-letnią władzę junty wojskowej;
  • w 1966 r. po drugiej stronie Atlantyku, w Ghanie, przy udziale CIA obalony został rząd prezydenta Kwame Nkrumaha, w miejsce którego zainstalowany został prozachodni gen. Emmanuel Kwasi Kotoka;
  • w 1967 r. amerykańskie zamiłowanie do demokracji dało o sobie znać w Europie, gdzie CIA skutecznie wsparła obalenie Andreasa Papandreu, liberalnego premiera Grecji, i przejęcie władzy na siedem lat przez dyktaturę wojskową (tzw. junta czarnych pułkowników);
  • w 1973 r. w Chile CIA skutecznie pomogła gen. Augustowi Pinochetowi w obaleniu demokratycznie wybranego prezydenta Salvadora Allende, co umożliwiło dwie dekady dyktatorskich neoliberalnych rządów;
  • w 1976 r. w sąsiedniej Argentynie USA wsparły zamach stanu, który obalił demokratyczną prezydent Isabel Perón i pomógł w przejęciu władzy przez prawicową wojskową dyktaturę generała Jorge Videli;
  • w latach 1984-1986 w Nikaragui, mimo zwycięstwa sandinistów w demokratycznych wyborach, Amerykanie za republikańskiej prezydentury Ronalda Reagana aktywnie wspierali prawicowych rebeliantów Contras, a służące temu środki finansowe pochodziły z nielegalnej sprzedaży broni reżimowi irańskiemu (pół wieku wcześniej prezydent Franklin Delano Roosevelt, gdy zwrócono mu uwagę, że wstyd zadawać się z krwawym dyktatorem Nikaragui Anastasiem Somozą, gdyż jest to „son of a bitch”, odrzekł: „He may be a son of a bitch, but he’s our son of a bitch”);
  • w 1991 r. i ponownie w 2004 r. USA były uwikłane w zamachy stanu na Haiti, wymierzone w rządy prezydenta Jeana-Bertranda Aristide’a;
  • w 2009 r. USA zaangażowały się ponownie w Ameryce Środkowej w usunięcie ze stanowiska i zmuszenie do opuszczenia kraju prezydenta Hondurasu Manuela Zelai;
  • w 2013 r. Stany Zjednoczone po cichu poparły dokonany w Egipcie przez gen. Abda al-Fattaha as-Sisiego zamach stanu, który obalił demokratycznie wybranego prezydenta Muhammada Mursiego, i chętnie wspierają autorytarne rządy w Kairze miliardową pomocą wojskową.

Obłuda obrońców demokracji

Przykłady można mnożyć, dowody przytaczać. Skoro w każdym tego typu przypadku zaangażowane były (i są) tajne służby, a oficjalne źródła informacji z reguły (i chętnie) mijają się z prawdą, o wielu sprawach nie wiemy. Dopiero z czasem odkryje je, acz nie wszystkie, historia. Wiemy, że pośród orędowników i propagatorów pięknych idei demokracji wiele jest hipokryzji i zakłamania, prywaty oraz cynizmu i dlatego po czynach trzeba ich sądzić. Przede wszystkim należy uważnie przyglądać się faktom, badać problemy interdyscyplinarnie, kompleksowo i porównawczo, aby wyciągać wnioski poprawne nie politycznie, lecz merytorycznie, aby formułowane teoretyczne interpretacje sprzyjały dobrym praktykom w sferze polityki rozwoju społeczno-gospodarczego.

Uderzać musi dwulicowość mocarstw zachodnich, zwłaszcza USA – tego najgorętszego zwolennika wolności i demokracji. Przejawia się to w równoczesnej krytyce jednych państw z reżimami autorytarnymi i oszczędzaniu drugich, z którymi utrzymywane są aktywne kontakty. Niekiedy ta krytyka jest agresywna, aż wroga, jak w przypadku antyrosyjskiej i antychińskiej retoryki oraz praktyki poprzedniej i obecnej administracji amerykańskiej, co w istocie sprowadza się do rusofobii i sinofobii. Zachodni politycy i media nie żałują ostrych uwag i mocnych słów pod adresem autorytarnej Białorusi, szczędzą ich natomiast w stosunku do równie autorytarnego

Prof. Grzegorz W. Kołodko jest dyrektorem Centrum Badawczego Transformacji, Integracji i Globalizacji Akademii Leona Koźmińskiego

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Być albo nie być 51. stanem USA

Grenlandczycy nie chcą zamienić jednej obcej władzy na drugą

Grenlandczycy niespecjalnie chcą zostać obywatelami Stanów Zjednoczonych. Można natomiast zastanowić się, jakie hipotetyczne korzyści wyspa uzyskałaby z dołączenia do USA, a co by utraciła. Grenlandia byłaby największym stanem Ameryki, większym od Alaski, której powierzchnia to 1,7 mln km kw., i jednocześnie najmniej zaludnionym. Wygrywające obecnie w tej kategorii Wyoming zamieszkuje niecałe 600 tys. osób, czyli mniej więcej dziesięć razy tyle, co Grenlandię.

Jako część USA wyspa miałaby swoich przedstawicieli w Kongresie – dwóch senatorów (jak każdy inny stan) i jednego reprezentanta w Izbie (tyle mają najsłabiej zaludnione stany). Grenlandczycy mogliby także głosować w wyborach prezydenckich – wyspa miałaby trzy głosy elektorskie. Inuici mieliby więc wpływ na politykę wielkiego światowego mocarstwa, aczkolwiek raczej niewielki. Chyba że amerykańscy politycy próbowaliby przekonać Grenlandczyków do głosowania na ich partię w wyborach i by im się przypodobać, zaproponowaliby pakiet ustaw i inwestycji mających na uwadze dobro mieszkańców wyspy.

Od zawsze nowe stany były przyjmowane do Unii parami, by nie zaburzyć politycznej równowagi. Początkowo wolne stany przyłączano wraz z niewolniczymi, potem czerwone (czyli o skłonnościach republikańskich) wraz z niebieskimi (głosującymi na demokratów). Ostatnie dwa stany włączone do USA to Alaska i Hawaje. Akces obu nastąpił w 1959 r. Alaska głosuje na republikanów, Hawaje na demokratów. Przyjęcie Grenlandii do Stanów Zjednoczonych zaburzyłoby więc trwające od wieków status quo.

Sądząc po tym, jak mieszkańcy wyspy głosują w swoich wyborach, można śmiało założyć, że stan Grenlandia byłby niebieski. Rozwiązaniem byłoby więc równoległe dołączenie jakiegoś czerwonego stanu. Tylko jakiego? Tak się składa, że Puerto Rico – od dekad czekające w dziwnym stanie politycznego zawieszenia na włączenie do USA – w wyborach też głosowałoby na demokratów (i to jest powód owego zawieszenia). Wygląda więc na to, że chwilowo nie ma odpowiednich kandydatów. Gdyby więc prezydent Trump uparł się i jakimś sposobem Grenlandia stałaby się 51. stanem USA, republikanom nie byłoby to na rękę. Mając większość w Kongresie, z pewnością spróbowaliby „przekupić” Grenlandczyków, by przeciągnąć ich sympatie na swoją stronę. Taki rozwój wydarzeń mógłby się okazać dla wyspiarzy korzystny.

Włączenie wyspy do USA niewątpliwie pociągnęłoby za sobą szereg

Fragmenty książki Pauliny Tondos Grenlandia. Ulotny duch Północy, Bezdroża/Helion, Gliwice 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Czy nadworny narcyz świata wysadzi nas w powietrze?

Odbyłem interesującą rozmowę z jednym z najbystrzejszych obserwatorów spraw amerykańskich – prof. Przemysławem Grudzińskim. To nasz były ambasador w Waszyngtonie. W niniejszym tekście obok swoich własnych zamieszczam także kilka jego myśli.

Stany Zjednoczone są słabnącym mocarstwem. Wiemy to nie od dziś. Zajmowała się tym tematem cała plejada naukowych gwiazd z Paulem Kennedym, Immanuelem Wallersteinem, Andrew Bacevichem, Samuelem Huntingtonem, Giovannim Arrighim, Niallem Fergusonem i Emmanuelem Toddem na czele. W amerykańskim kapitalizmie drzemią jednak niewiadome siły i od wielu lat zastanawiałem się, jak ten kraj poradzi sobie z faktem schyłku swoich mocy sprawczych. Co zostanie wymyślone w amerykańskich enklawach naukowych, gospodarczych, militarnych i politycznych, które wciąż zachowują wiodącą pozycję? Nie spodziewałem się, że jedną z odpowiedzi na kryzys potęgi USA będzie odrzucenie liberalnego porządku światowego, zdeptanie prawa międzynarodowego i międzynarodowych instytucji oraz zwrot ku polityce nagiej siły i ekspansja terytorialna. Jeśli chodzi o tę ostatnią, to wydawało mi się, że czas „ruchomej granicy” Stanów Zjednoczonych zakończył się w XIX w. Wiele wskazuje, że się myliłem.

Naturalnie rozgrywająca się w przerażającym tempie ekspansywna polityka USA (ogłoszenie nowej strategii bezpieczeństwa 5 grudnia 2025 r., atak na Wenezuelę 3 stycznia 2026 r.) oznacza całkowity rozbrat z zasadniczymi założeniami ruchu MAGA, czyli skoncentrowaniem się na wewnętrznych problemach Ameryki, powstrzymaniem od interwencjonizmu, od mieszania się w sprawy innych państw. Donald Trump wygrał wybory, głosząc takie właśnie hasła. Realizuje politykę, która leży na przeciwnym biegunie jego wyborczych obietnic. Oszukał amerykańskich wyborców. Nie znaczy to, że wyborcy mu tego nie wybaczą. Wybaczą, jeśli tylko jeszcze mocniej zaciśnie pętlę amerykańskiego kolonializmu na szyjach krajów Ameryki Środkowej i Południowej, co oznacza, że z krajów tych popłynie jeszcze więcej bogactw (vide wenezuelska ropa) i ludzkich zasobów do USA.

Gdyby ktoś chciał zobaczyć na własne oczy, jak wygląda współczesny amerykański kolonializm, to proponuję podróż do Portoryko. Przybywających do bogatego portu (puerto rico) witają wszystkie wielkie sieci amerykańskie, oferujące usługi po znacznie wyższych cenach niż w Stanach Zjednoczonych. Wita rodzima ludność zarabiająca grosze i, co za tym idzie, niezdolna do skorzystania z tych usług i produktów. Pozostaje jej wyjazd do Ameryki i szukanie szczęścia na

Prof. Piotr Kimla jest pracownikiem Katedry Stosunków Międzynarodowych i Polityki Zagranicznej Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.