Tag "Stany Zjednoczone"

Powrót na stronę główną
Świat

Mamdani. Więcej niż burmistrz

Młodzi socjaliści w USA bez rewolucji, ale z wielką zmianą

Od objęcia przez Zohrana Mamdaniego stanowiska burmistrza Nowego Jorku, prawdopodobnie najważniejszej funkcji w amerykańskiej polityce samorządowej, minęło nieco ponad siedem miesięcy. Za wcześnie na miarodajne oceny jego pracy. Rzadko kiedy efekty reform tak głębokich jak te, które zapowiedział Mamdani, widać po krótkim okresie. Mało tego, większości zmian nie udało się jeszcze wdrożyć. Można oczywiście koncentrować się na kwestiach czysto wizerunkowych – popularnych konferencjach prasowych w czasie finałów ligi NBA, kiedy o mistrzostwo po kilku dekadach przerwy walczyła lokalna drużyna Knicksów, albo potyczkach retorycznych z innymi, znacznie starszymi politykami Partii Demokratycznej, popieranymi przez AIPAC i inne proizraelskie organizacje lobbingowe. Jednak najważniejsza konkluzja w kontekście amerykańskiej polityki jest dość oczywista: świat się nie zawalił.

Mimo wszystko podobni

Stany Zjednoczone nie zostały pomalowane na czerwono ani nie przekształciły się w federację komunistyczną. Mamdani nie znacjonalizował majątków, nie zorganizował bojówek hunwejbinów, nie okazał się terrorystą, nie przekształcił swojego miasta w enklawę islamskiego radykalizmu. A właśnie takie i podobne zarzuty stawiano mu jeszcze w kampanii wyborczej.

Biorąc pod uwagę, że, jak wylicza „The Wall Street Journal”, w tym mieście rezydenturę podatkową deklaruje 364 tys. milionerów, bogaci Nowojorczycy teoretycznie mieli czego się bać. Wszak Mamdani obiecywał coś, co w amerykańskiej polityce jest nieobecne co najmniej od czasów Ronalda Reagana, a może dłużej – redystrybucję majątku w dół, a nie w górę drabiny społecznej.

Okazało się, że nawet Donald Trump jest w stanie dogadać się z Mamdanim bez większego problemu, chociaż wcześniej wyzywał go od komunistów i terrorystów, groził także zamrożeniem federalnych grantów na inwestycje infrastrukturalne dla Nowego Jorku w przypadku zwycięstwa 34-letniego członka Demokratycznych Socjalistów Ameryki (DSA), lewego skrzydła Partii Demokratycznej. Do niczego takiego nie doszło, Nowy Jork uniknął nawet przesadnie brutalnego desantu policji imigracyjnej ICE czy obecności Gwardii Narodowej na ulicach.

Częściowo to bezbolesne współistnienie jest podyktowane bliskością ich stylów uprawiania polityki. Mimo 46-letniej różnicy wieku i tego, że pod względem doświadczenia życiowego, światopoglądu i orientacji ideologicznej (której Trump w ogóle nie ma) dzieli ich właściwie wszystko, obaj doskonale odnajdują się w polityce czasów ekonomii uwagi.

Jak wiele miesięcy temu zauważył Chris Hayes, prezenter stacji MS NOW oraz autor popularnej książki „The Sirens’ Call” o roli uwagi w amerykańskiej polityce, Mamdani jest pierwszym, który zrozumiał, jak zbudować kampanię, a potem całą bazę wyborców, opierając się na TikToku i narzędziach w pełni internetowych. Nikt przed nim w amerykańskiej polityce nie zorganizował konferencji prasowej wyłącznie dla influencerów. Tradycyjnymi mediami Mamdani też nie gardzi, rozmawiał zarówno z „New York Timesem”,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Wieczne wojny Ameryki

Dlaczego współczesne Stany Zjednoczone tak łatwo wkraczają na ścieżkę wojenną

Wydaje się, że gorąca faza wojny prowadzonej przez USA i Izrael z Iranem – boleśnie odczuwana przez cały świat – zbliża się do końca. W tym kontekście warto się pokusić o odpowiedź na pytanie, dlaczego współczesne Stany Zjednoczone tak łatwo wkraczają na ścieżkę wojenną, choć w najstarszym znanym traktacie o sztuce wojennej (chińskim, rzecz jasna) czytamy, że wojna „jest sprawą życia i śmierci; drogą do bezpieczeństwa lub ruiny”. Odpowiedź na to pytanie musi być złożona. Przyszło mi do głowy pięć powodów tego stanu rzeczy.

W gąszczu teorii stosunków międzynarodowych i teorii polityki w ogólności błąka się koncepcja mówiąca, że demokracje nie walczą. Że ze swej natury są pacyfistyczne. Na pierwszy rzut oka wydaje się to całkiem sensowne. Czy obywatele demokratycznych państw nie wolą spędzać czasu w galeriach handlowych, zamiast tkwić w okopach? Czy nie wolą być leczeni ze zwykłych chorób w normalnych szpitalach, zamiast wylizywać się z ran w szpitalach polowych? Ponieważ ostatecznie to oni decydują w wyborach, będą wywierali ciągłą presję na swoich reprezentantów, aby ci stale przedkładali pokój nad wojnę.

Demokratyzujący się świat – z coraz większą liczbą demokratycznych państw – miał być światem bezpiecznym, światem bez wojen. Notabene teoria demokratycznego pokoju była także fundamentem, na którym po I wojnie światowej zbudowano Ligę Narodów – pierwszą organizację międzynarodową, która miała ostatecznie zapobiegać prowadzeniu wojen. Państwo agresywne w stosunku do innego państwa miało natychmiast napotykać opór pozostałych członków Ligi i być w ten sposób demokratycznie – to znaczy głosami zdecydowanej większości – przywoływane do porządku.

Tyle teorii. Praktyka jest inna. Dawno temu zauważył to Alexander Hamilton: „Sparta, Ateny, Rzym, Kartagina były republikami. Ateny i Kartagina były nawet republikami handlowymi. A jednak państwa te były zaangażowane w wojny tak ofensywne, jak defensywne w nie mniejszym stopniu aniżeli sąsiadujące z nimi w owym czasie monarchie. W brytyjskim systemie przedstawiciele ludu konstytuują jedną z gałęzi legislatywy. Od wieków handel jest zasadniczym znakiem rozpoznawczym tego kraju. Niewiele narodów jednakże prowadziło wojny tak często jak Brytyjczycy”.

Prawdopodobnie ustrojom demokratycznym trudniej zaangażować się w wielkie wojny absorbujące ogół obywateli. Wymaga to przygotowania gruntu, i to przez dłuższy czas. Wymaga grania na odpowiednich strunach emocjonalnych. Wymaga przekształcenia takiej wojny w rodzaj krucjaty, w której obywatele demokratycznego państwa pod wpływem perswazji rządzących dochodzą do przekonania, że zło wcielone zagrażające istocie ich życia znalazło się nagle na powierzchni ziemi i trzeba je z niej zetrzeć. Inaczej starty zostanie umiłowany przez obywateli demokracji system wartości. To zarazem powód, dla którego ustrojom demokratycznym trudniej zakończyć wojnę, nawet gdy osiągnęły one już w niej swoje cele.

Przed tym dylematem stanęli przywódcy zachodnich aliantów podczas II wojny światowej. Gdy było już wiadomo, że Hitler przegra wojnę, a prawdziwym wyzwaniem będzie ekspansja Związku Radzieckiego, kontynuowali oni politykę unconditional surrender – bezwarunkowej kapitulacji Niemiec Hitlera. Kontynuowali ją m.in. dlatego, że po latach demonizowania Niemców (dali oni do tego powody) trudno było nagle oświadczyć własnym obywatelom, że są to tacy sami ludzie jak my. Że, owszem, prowadziliśmy z nimi wojnę,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Wykorzystani i wykluczeni

Stosunek Ameryki do imigrantów zawsze kształtowały rasizm i cynizm

Korespondencja z USA

Gdybyśmy mogli przenieść się w czasie i zapytać ojców założycieli Stanów Zjednoczonych, jak sobie wyobrażają swój kraj za 250 lat… Można założyć, że nie spodobałyby się im ani dzisiejsza korupcja, ani autorytarne zapędy Donalda Trumpa. Ale już forsowana przez jego gabinet idea kraju rządzonego przez białą, zamożną elitę jako jego jedynych prawomocnych właścicieli?

Historycy są obecnie zgodni: fundamentalne słowa z Deklaracji niepodległości „all men are created equal”, wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi, nigdy nie były egalitarnym manifestem. Odnosiły się wyłącznie do wolnych, białych mężczyzn z majątkiem, i to z myślą o nich została napisana późniejsza konstytucja.

A skoro tak, to patrząc na tę 250-letnią historię kraju, ojcowie założyciele najpewniej poczuliby szczere zdumienie, że przetrwał, mimo iż cyklicznie rozszerzał demokrację na grupy pierwotnie z niej wykluczone. I że legendarna już żywotność USA i zdolność do autoregeneracji napędzająca ich rozwój na wszystkich frontach wzięła się z tego właśnie, że grupy dyskryminowane podejmowały walkę o swoje ekonomiczne i obywatelskie prawa.

Opowieść o wykluczeniu w USA biegnie trzema torami. Pierwszy zarezerwowany jest oczywiście dla Afroamerykanów, których ojczyzna uznała za swoich obywateli dopiero po wojnie secesyjnej, w 1865 r., ponad 250 lat od chwili, gdy ich przodkowie po raz pierwszy wylądowali na amerykańskiej ziemi (1619 r.). Na równe prawa cywilne i wyborcze musieli jednak zaczekać kolejne 100 lat, do roku 1965. Jest to opowieść o uwłaczającym istocie człowieczeństwa procederze niewolnictwa, utrwalona już w świadomości społecznej nie tylko w Ameryce, ale i na świecie.

Tor drugi to historia rdzennych mieszkańców amerykańskiej ziemi – włączonych w projekt demokracji dopiero w 1924 r., do dziś walczących, z różnym powodzeniem, o prawa, odszkodowania i swoją godność.

Ja jednak uwagę poświęcę torowi trzeciemu – wykluczeniu, którego obiektem jest… imigrant. To bowiem historia nie tylko najbardziej przypudrowana i mitotwórcza, ale też kluczowa dla zrozumienia obecnej polityki imigracyjnej i wywołanego przez Biały Dom, kuriozalnego dla obserwatorów z zewnątrz, sporu o to, kto i dlaczego „zasługuje” na bycie Amerykaninem. Do drastycznego ograniczenia legalnej imigracji, a nawet prób unieważnienia zapisów konstytucji, dochodzi w momencie, gdy Ameryka potrzebuje imigrantów bardziej niż kiedykolwiek. Kraj stoi na krawędzi kryzysu demograficznego i grozi mu brak rąk do pracy, zwłaszcza w rolnictwie. Warto zatem przy okazji tak doniosłego jubileuszu zapytać, czy trwające do dziś wykluczanie imigrantów ma rację bytu i społeczną oraz wyborczą nośność.

Tylko biali mężczyźni

Pierwszy ruch wykluczający osoby „niewłaściwe” z wizji budowy kraju młodziutkie państwo wykonało już w roku 1790, uchwalając Ustawę o naturalizacji. Była pilna, bo o planach ekspansji na zachód i zapotrzebowaniu w związku z tym na nowych osadników architekci państwa rozmawiali ze sobą, już pracując nad Deklaracją niepodległości. Służyła temu także sławetna koncepcja Manifest Destiny, Oczywistego Przeznaczenia, sformułowana w 1845 r. – rozszerzanie państwa na cały kontynent USA uznawały za swoje „boskie” prawo i obowiązek.

Nowo powstały Kongres przyjął ustawę jako jedną ze swoich pierwszych – otwierała ona drogę do obywatelstwa białym, wolnym mężczyznom. Szczytne idee oświecenia poszły w kąt, kolor skóry był dla ojców założycieli najistotniejszy. W świecie, w którym wyrośli, rasa była czynnikiem porządkującym życie społeczne i ekonomiczne. Benjamin Franklin publicznie wyrażał lęk przed

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Ameryka, Ameryka

Trzech emerytowanych ambasadorów siedziało niedawno przy zielonej herbatce (bo zdrowa) i zabawiało się cytatami. O Ameryce.

Oto nasz Wielki Brat odezwał się w sprawach polskich. Ustami Eda Martina, pełnomocnika prezydenta USA ds. ułaskawień. „Spotkałem się z Ziobrą kilka tygodni temu – mówił Martin polskim mediom. – Jest bardzo rozważny. Dla Amerykanina minister sprawiedliwości to bardzo ważna funkcja. To w pewnym sensie najwyższe stanowisko po prezydencie”. I dodawał z troską: „Widzieć, jak jest atakowany przez media, przez system sądowy i przez Tuska – to się wydaje niemożliwe. Niby niemożliwe, ale widzieliśmy właśnie, jak Trumpowi robili to samo. Moim zdaniem Ziobro jest na wiele sposobów jak Trump. (…) Rzeczy, które robił każdy inny minister sprawiedliwości, teraz nazywają przestępstwem. Aż trudno się to mówi. Sowieci byli na waszej ziemi nie tak dawno temu. A to wygląda jak sowiecki komunizm,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Nomadzi z przymusu

Co roku 5 mln Amerykanów traci dom z powodów eksmisji, podatków czy niespłaconych kredytów

– Jesteście imigrantami? – spytała siwiejąca brunetka, wpatrując się w dwóch śniadych mężczyzn.

Poczekalnia autobusowa w Burlington w stanie Iowa była prawie pusta, nie licząc 10 osób, z którymi podróżowałam z okolic Chicago. Spotkałam dotychczas dwie Niemki jadące do Milwaukee. Im głębiej w serce Ameryki, tym więcej Amerykanów wszystkich identyfikacji etnicznych, z bagażami składającymi się z ogromnych, wymęczonych walizek, kraciastych toreb, widywanych w Polsce w latach 90., i dużych foliowych worków. Te przeważają.

Większość tych osób śpi na dworcowych bądź przystankowych ławkach, czekają na przesiadki. Z Burlington można jechać we wszystkie strony świata. Zdarza się, że na autobus trzeba czekać nawet do 10 godzin. Poczekalnia staje się więc tymczasowym domem. Można tu się umyć, zjeść, podgrzać jedzenie w kuchence mikrofalowej.

Ponieważ sama od jakiegoś czasu nie mam domu, próbuję zrozumieć koncepcję domu oraz różne potrzeby z nim związane, szczególnie gdy ktoś nam go odbiera. Co roku 5 mln Amerykanów traci dom z powodów ekonomicznych: eksmisji, podatków czy niespłaconych kredytów. Prowadzi to do poszukiwania pracy nawet bardzo daleko od wcześniejszego miejsca zamieszkania. Przyglądam się również ruchomym domom – takim, które człowiek nosi ze sobą i zatrzymuje w miejscu uznanym akurat za przyjazne, m.in. z powodu dostępu do pracy czy braku uprzedzeń. (…)

Sama przemierzyłam już trasę Nowy Jork-Chicago-Manitowoc w Wisconsin-Duluth w Minnesocie-Galesburg w Illinois-Burlington – łącznie ponad 2,2 tys. km, głównie autobusami, moja walizka zdążyła więc stracić jedno kółko i jest odrapana tak bardzo, jakby dorwał się do niej rzeźbiący odpowiednik Jacksona Pollocka. (…)

Wybieram autobusy, ponieważ do mniejszych miejscowości nie ma zwyczajnie czym dojechać. Poza tym w środkowych stanach USA, w odróżnieniu od hubów obu wybrzeży – Nowego Jorku, Los Angeles i San Francisco – są one znacznie tańsze niż samoloty i pociągi. Nie wszędzie się też doleci. Odległości między portem lotniczym w stolicy danego stanu a miejscem docelowym bywają tak duże,

Fragmenty książki Izy Klementowskiej Nomadzi. Długa podróż do domu, Marginesy, Warszawa 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Polska Partia Wojny. Zrobią wszystko, co Donald Trump każe

Polacy a Ameryka Trumpa

W sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” z marca 2026 r. zapytano, czy polscy żołnierze powinni wziąć udział w konflikcie na Bliskim Wschodzie, jeśli poprosiłyby o to Stany Zjednoczone. 84,7% badanych odpowiedziało „nie”, 11% było za, a 4,4% nie miało zdania.

Natomiast w sondażu United Surveys by IBRiS dla Wirtualnej Polski, przeprowadzonym w dniach 27-29 marca 2026 r., zadano pytanie: „Czy uważasz Stany Zjednoczone za stabilnego i wiarygodnego gwaranta bezpieczeństwa dla Polski?”. Z tą opinią zgodziło się 40,6% Polaków (9,4% było o tym zdecydowanie przekonanych). Przeciwnego zdania było 54,5% badanych. 4,9% respondentów nie miało zaś w tej sprawie opinii.

Co interesujące, w grupie wyborców koalicji rządzącej aż 77% respondentów nie ufa USA. Zupełnie inne stanowisko zajmują wyborcy PiS. Aż 87% uważa Stany Zjednoczone za wiarygodnego partnera.

W przypadku sympatyków Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna – 58% nie widzi w USA stabilnego gwaranta bezpieczeństwa, przeciwnego zdania jest 42% respondentów.

„Ludzie Prawa i Sprawiedliwości oraz Karola Nawrockiego chcą wplątać Polskę w wojnę na Bliskim Wschodzie. Nie pozwolę na to. Przydałby się wam, nie tylko dziś, kubeł zimnej wody na głowę”, napisał w lany poniedziałek Donald Tusk. No i internet się zapalił: czy Tusk nie przesadził, czy znów jedzie kijem po klatce z lwem, czy też coś jest na rzeczy.

Tusk nie przesadził. Mamy partię wojny. PiS i ośrodek prezydenta Nawrockiego uciekają od tego określenia, wołają, że to nie oni, ale fakty są nieubłagane. PiS i Nawrocki byli gotowi wciągnąć Polskę w wojnę z Iranem. I o tym mówili.

Najgłośniej mówił Marcin Przydacz, szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej, który w niedzielę wielkanocną zachęcał do pomocy Ameryce. Przekonywał w Polsat News, że europejscy sojusznicy z NATO powinni wesprzeć Stany Zjednoczone. Między innymi poprzez ewentualny udział w misji odblokowania zamkniętej przez Iran cieśniny Ormuz.

Zdaniem Przydacza część sojuszników zachodnich, „zwłaszcza tych, którzy mają odpowiednią flotę i odpowiedni sprzęt”, powinna „w ramach jakiejś działalności koalicyjnej wesprzeć Amerykanów”, z jednej strony w imię własnego interesu – w tym obniżenia cen energii – z drugiej w imię euroatlantyckiej solidarności. „Ja do tego ich bardzo mocno namawiam”, podkreślał. A to, że atak na Iran był autorskim pomysłem Trumpa i Netanjahu i sojusznicy o tym nie zostali poinformowani? Że Trump raz nawoływał Europę,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Szahaj Felietony

Malinowski, Fleck i inni

Gdy byłem visiting fellow w Cambridge, wybrałem się do Department of Social Anthropology, aby wziąć udział w seminarium naukowym. Od czasu bowiem, gdy miałem przyjemność słuchać na studiach wspaniałych wykładów z historii antropologii kulturowej prof. Marka Ziółkowskiego (późniejszego senatora i ambasadora), moja miłość do tej dyscypliny naukowej była niezachwiana. Szefem departamentu (katedry) był wtedy Ernest Gellner, światowej klasy żydowsko-czesko-brytyjski antropolog kultury. Zapytał, skąd jestem… i przeszedł na polski. Choć było to zaledwie kilka słów przywitania i zgody na wzięcie udziału w seminariach katedry, i tak zrobiło na mnie wrażenie. Równe temu, jakie odniosłem, gdy wiele lat później wybitny filozof i estetyk amerykański Joseph Margolis (a było to w Houston podczas zjazdu jednego z oddziałów amerykańskiego towarzystwa filozoficznego) nagle przerwał prowadzoną po angielsku konwersację i powiedział do mnie po polsku: „Wiesz, moja mamusia nigdy nie chciała ze mną rozmawiać w jidysz, zawsze po polsku”. Wracając do Gellnera, bywał później w Polsce i wiem, że był zaprzyjaźniony z polskimi antropologami kulturowymi. Jak się okazało, w jego katedrze byli także inni znający język polski. Skąd się tam wzięli? Przebywali na stażach w Polsce.

Dlaczego tutaj? Odpowiedź musi nas skierować w stronę jednego z najwybitniejszych polskich naukowców wszech czasów, a mianowicie Bronisława Malinowskiego. Zaryzykuję tezę, że obok Kopernika i Marii Curie-Skłodowskiej jest on najbardziej znanym na świecie polskim badaczem. Założycielem instytucjonalnym antropologii kulturowej jako nauki uniwersyteckiej,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Kogo dosięgnie miecz SAVE?

Coraz więcej wskazuje na to, że Trump szykuje się do demontażu demokracji w USA

Korespondencja z USA

Ustawa o ochronie uprawnień wyborczych, The Safeguard American Voter Eligibility Act, w skrócie SAVE Act, to nowelizacja prawa wyborczego, którą właśnie zajął się Senat. Główne zmiany pojawią się w procesie weryfikacji tożsamości głosujących. Wyborca będzie musiał osobiście, legitymując się odpowiednim dokumentem, potwierdzić swoje obywatelstwo w chwili rejestracji do wyborów (która jest w USA wymagana) i ponownie wylegitymować się przy urnie. Komisje wyborcze będą zaś miały obowiązek przekazywania rejestrów wyborców Departamentowi Bezpieczeństwa Wewnętrznego (DHS) w celu ich sprawdzenia pod kątem obywatelstwa. Ponieważ, z myślą o ochronie wyborów przed ingerencją ze strony rządu, odpowiedzialność za ich organizację powierzona została na mocy konstytucji stanom, wymóg dostarczania DHS list z danymi wyborców byłby historycznym odejściem od utrwalonych tradycji, być może też działaniem niekonstytucyjnym.

Drugą fundamentalną zmianą w ordynacji wyborczej miałaby być likwidacja wyborów korespondencyjnych, o których Trump od początku swoich występów politycznych mówi jako o głównym źródle korupcji (przemilczmy fakt, że 23 marca br. sam zagłosował korespondencyjnie w prawyborach przed wyborami połówkowymi na Florydzie). Będą niewielkie wyjątki: dla żołnierzy w służbie czynnej i dla osób obłożnie chorych, ale chorobę trzeba będzie udowodnić.

Ta forma głosowania dostępna jest obecnie we wszystkich stanach, przy czym w grubo ponad 40 na żądanie, bez podawania przyczyn. Ma również bardzo długą, bo przeszło 150-letnią tradycję – wprowadzono ją w czasie wojny secesyjnej, by umożliwić głosowanie żołnierzom. Różne stany rozmaicie ją tylko regulują. W większości karty wyborcze trzeba zamawiać, w ośmiu są automatycznie rozsyłane do wszystkich mieszkańców stanu. Różne są także przepisy w kwestii odsyłania kart: czy liczy się data stempla pocztowego, czy doręczenia przed dniem wyborów.

Dalej – ustawa przewiduje kary dla komisji, które nie będą współpracować z DHS, np. zasłaniając się konstytucją. Będą musiały się liczyć z utratą dopłat federalnych na organizację wyborów. Poza tym ustawa każdemu obywatelowi da prawo pozywania członków komisji lub całych komisji na bazie podejrzeń o nieprawidłowości w organizacji i obsłudze wyborów.

Zdaniem Trumpa zmiany są konieczne i pilne, by nie powtórzyły się fałszerstwa, przez które nie wygrał w 2020 r. Tę „największą tragedię w historii kraju”, jak lubi powtarzać, spowodowały bowiem według niego głosy oddane bezprawnie przez setki tysięcy (czasami mówi o milionach) nielegalnych imigrantów przekupionych przez demokratów oraz karty wyborcze podpisane przez osoby dawno zmarłe.

Wskrzeszony trup Stop the Steal

Oto pierwsza rzecz, którą należy wiedzieć, by zrozumieć, dlaczego ustawa SAVE nie tylko dzieli, ale i zatrważa Amerykę. U jej podstaw legł resuscytowany przez Trumpa z fanfarami ruch Stop the Steal. Sześć lat od tamtych wydarzeń i dziesiątki, jeśli nie setki dochodzeń oraz audytów później (a wykazały one bezpodstawność twierdzeń Trumpa i w wielu przypadkach nadzorowali je sami republikanie, np. były sekretarz stanu Georgii Brad Raffensperger) armia służących dziś Trumpowi w Kongresie przede wszystkim za papugi republikanów uczyniła tamtą teorię spiskową lokomotywą polityczną. Przypomnimy: skala fałszerstw w wyborach z 2020 r. wyniosła 0,0007% – rzecz potwierdzona nawet przez słynny konserwatywny think tank The Heritage Foundation.

Druga sprawa: nielegalne głosowanie od dawna jest w USA karane. Grozi za to więzienie i natychmiastowa deportacja. Badania potwierdzają zaś, że „oszustwa” wynikają głównie z nieświadomości praw wyborczych (np. w wypadku posiadaczy zielonej karty) bądź głosowania w złym stanie przez osoby, które zmieniły adres.

Emocje i kontrowersje wzbudza również kwestia dokumentów wymaganych do potwierdzenia obywatelstwa. Ameryka bowiem nie posiada w tym momencie systemu powszechnej identyfikacji obywateli. Jako dokumentu potwierdzającego tożsamość używa się tu na co dzień prawa jazdy,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Między cieśniną Ormuz a Lwowem

Świat zajęty jest wieściami o blokadzie cieśniny Ormuz i w ogóle wojną z Iranem rozpętaną przez niedoszłego pokojowego noblistę. Nic dziwnego. Ma aż nadto ważnych powodów, aby śledzić losy tej wojny. Jak twierdził Carl von Clausewitz, „wojna jest jedynie kontynuacją polityki”, więc świat próbuje odgadnąć, jaką politykę kontynuuje wojna z Iranem, w szczególności jaki jest cel tej wojny. Czym miałaby się ona według zamierzeń Ameryki zakończyć? Coraz więcej polityków i komentatorów odkrywa smutną prawdę, że Donald Trump nie znał najwyraźniej tego twierdzenia Clausewitza i sam nie bardzo wie, co chciałby, zwłaszcza w Iranie, przez tę wojnę osiągnąć. Mówiąc inaczej, nie wie, po co ją rozpoczął. 

Sam podał już kilka wykluczających się celów tej wojny, która trwa w najlepsze i, jak się wydaje, jeszcze trochę potrwa. Na razie efekty – nie wiem, czy aby na pewno zamierzone – są dwa: ceny ropy w świecie rosną, a w Iranie reżim Strażników Rewolucji, choć bez ajatollaha Alego Chameneiego na czele, umacnia się. Mało tego, Iran, którego lotnictwo i obrona powietrzna rzekomo zostały rozbite pierwszego dnia wojny, wciąż odpala rakiety i wysyła drony, rażąc nimi cele na terytoriach sojuszników USA – jego broń ma jeszcze za mały zasięg, by dotrzeć do Stanów Zjednoczonych. 

Śledząc losy tej wojny i klnąc na drożejące paliwo, zapomnieliśmy trochę o tym, że przecież i za naszą wschodnią granicą wojna trwa! I to nie gdzieś daleko,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Jak Unia broni się przed Trumpem

Nie użerać się nadmiernie z Ameryką

Jan Truszczyński – dyplomata, główny negocjator członkostwa Polski w Unii Europejskiej, były ambasador RP przy UE.

Gdy rozmawialiśmy rok temu, mówił pan, że Europa musi się wziąć w garść. Bierze się?
– Europa już wtedy była w trakcie brania się w garść. Sprawy przyśpieszyły po 20 stycznia 2025 r. i po pierwszych zimnych prysznicach, jakie otrzymała z Waszyngtonu. Wtedy stało się jasne, że działania na rzecz większej samodzielności, odpowiedzialności za samego siebie, własnego przemysłu zbrojeniowego mają sens, są potrzebne i trzeba je wykonywać szybciej. I to się dzieje. Chociażby instrument finansowy SAFE, który jest wdrażany, i to w tempie, które zostało zaprogramowane w pierwszej połowie ubiegłego roku, kiedy był przygotowywany i negocjowany.

Wtedy ustalono, że ma to być program europejski, i wyznaczono limit 35% dla zamówień spoza Unii Europejskiej.
– W finalnej wartości komponentów użytych do wytworzenia gotowego produktu maksymalnie 35% może pochodzić spoza Unii Europejskiej.

Te 35% bardzo rozeźliło Amerykanów. Dwóch ich ambasadorów, przy Unii i w NATO, napisało w tej sprawie list, żądając dopuszczenia firm amerykańskich bez limitów.
– Widziałem ten list. Nie zaskoczył mnie specjalnie, bo lobbing jest rzeczą naturalną i w sumie nieuchronną. Mnie tylko zaskakuje, że to dokonuje się tak późno, podczas gdy warunki uczestnictwa w programie SAFE, wszystkie parametry, znane są od 29 maja 2025 r.

A nie zdziwiła pana forma listu? Te bardzo obcesowe argumenty.
– No cóż, zawsze wielu ambasadorów amerykańskich było nominatami politycznymi, w jakiś sposób związanymi z aktualnym prezydentem. W tym sensie nihil novi sub sole. Ale obecni ambasadorowie amerykańscy przyjęli sposób zachowania filmowego wojownika – który energicznie, siłowo wkracza w politykę wewnętrzną kraju przyjmującego i usiłuje w nim zaprowadzać amerykańskie czy raczej trumpowskie porządki. W ostatnich tygodniach widzieliśmy nie tylko zaskakujący i zdumiewający wybryk ambasadora Rose’a tutaj, w Polsce, ale również wyczyny ambasadora Billa White’a w Belgii, popisy ojca Jareda Kushnera, Charlesa Kushnera, we Francji, wygłup ambasadora amerykańskiego w Kopenhadze, popis kandydata na ambasadora w Islandii – ten jeszcze się nie znalazł w Rejkiawiku, a już spekulował, że kraj mógłby się stać 52. stanem USA… To po prostu dzisiejsza przeciętna jakość ambasadora amerykańskiego.

Unia wstrząśnięta. I co dalej?

Jak to działa na Europę?
– Te rzeczy, o których przed chwilą powiedziałem, nie są najistotniejsze. To jedna z twarzy obecnej Ameryki. Natomiast wszystko to, co stanowi bezpośrednią amerykańską ingerencję w sprawy europejskie – próby zmiany sytuacji politycznej w poszczególnych krajach, osłabiania Unii Europejskiej – buduje przekonanie, że trzeba silniej angażować się w proces jej wzmacniania.

Odnoszę wrażenie, że w Unii w ostatnim czasie nastąpiła duża zmiana. Obronność: mamy SAFE i nie tylko. Sprawa handlu: podpisano umowę UE-Mercosur i umowę z Indiami. Proces decyzyjny: jeszcze dwa lata temu każde państwo w danej sprawie miało zwykle własną opinię. Teraz zbierają się razem i wydają wspólny komunikat. Albo trójka, albo czwórka, albo szóstka. Czy to jest realna zmiana?
– Myślę, że poszedł pan o krok za daleko. To, że

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.