To oni zatrzęśli sceną

To oni zatrzęśli sceną

Aktorskie błyski 2017

Teatr stoi aktorami, nawet jeśli z niektórych recenzji wynika, że przedstawienia robią się same. To im należą się oklaski i podziękowania. Spośród wielu kreacji w ponad 120 spektaklach, które obejrzałem w ubiegłym roku, przypominam zaledwie 20, które pozostawiły największe wrażenie.

GRAŻYNA BARSZCZEWSKA – w spektaklu według Wiesława Myśliwskiego „Niezatańczone tango” (Teatr Polski w Warszawie) siedzi na staromodnym kredensie. Nogi jej zwisają, wygląda na steraną kobietę. Dziwne to zachowanie, bo niezgodne z ładem świata. Matka siedząca na kredensie? A jeśli to duch Matki? Cóż to jednak za duch, który za chwilę wybuchnie złością na sklepową, bo nie doważyła mięsa! Zirytowana Matka gramoli się z trudem na podłogę. Świat jej nie rozpieszcza. Grażyna Barszczewska nie szczędzi uwagi, aby każde zachowanie Matki uwiarygodnić, nadać mu właściwe rysy, brzmienie. W jej grze obowiązuje ekonomia – środki są używane oszczędnie, ale odpowiednio wzmacniane czy osłabiane nabierają emocjonalnej barwy. Kiedy wspominać będzie ostatniego sylwestra z mężem, w jej gestach i spojrzeniu zawiruje roztańczony parkiet – i rozżalenie, że mąż z nią wtedy nie zatańczył.

EWA BŁASZCZYK – scena jest prawie pusta, blisko publiczności stoją stolik i krzesło. Na stoliku porcelanowa filiżanka z niedopitą kawą. Po bokach zwisają dwa kawałki białego płótna, które będą ekranem – między nimi czarna czeluść. To z tej czeluści nadchodzi Ona. Przychodzi z drugiej strony lustra – to przecież chwila, w której umarła. Taki tytuł nosi monodram Ewy Błaszczyk „Oriana Fallaci. Chwila, w której umarłam” (Malarnia Teatru Studio). Z powściągliwością opowiada o spotkaniach reporterki z bohaterami wywiadów, o matce, o zapamiętanym z dzieciństwa bombardowaniu, o generale z południowego Wietnamu, który zabija jeńca. Czasem jej bohaterka wybucha, krzyczy, protestuje przeciw bólowi. Czasem ulega lirycznemu wspomnieniu, odtwarza nastrój chwil, które już nie powrócą. Staje przed nami jak otwarta księga, bezbronna.

GRZEGORZ FALKOWSKI – jako Henryk w „Ślubie” (koprodukcja Teatru Współczesnego w Szczecinie i Teatru im. Kochanowskiego w Opolu) odsłania podwójność – postaci i obserwatora postaci, komentującego swoje zachowania i dystansującego się od samego siebie, jak to bywa we śnie. Tak to napisał Gombrowicz. Ale tym razem Henryk jest potrójny, bo jest także reżyserem, który obserwuje i ocenia zachowania nie tylko postaci, ale i przyglądającego się jej aktora. To ten trzeci podejmuje decyzje, co zachować, a co wyrzucić ze scenariusza. Prawie nie rozstaje się z egzemplarzem sztuki, który leży na stole. Pewne partie wykreśla, wpisuje tajemne znaki i dokonuje korekt. Co więcej, do wspólnictwa w tym dziele zaprasza widzów, z którymi niejako razem reżyseruje „Ślub”, konstruuje jego dramaturgię.

ADAM FERENCY – w „Dzienniku przebudzenia” według Jerzego Pilcha (spektakl impresaryjny) gra bohatera, dla którego ważny jest kontakt z drugą osobą. To jego asystentka, a jednocześnie ktoś nie do końca zdefiniowany, może muza, ideał, a może śmierć? W dialogu, a przynajmniej w obecności lub przewidywaniu obecności młodej kobiety odradza się nagle przerwane życie – spowolnione i pokiereszowane. Być może doświadczenie przebytej choroby sprawia, że życie na nowo nabiera oczywistego smaku. Ważna dla każdego chwila namysłu i odkrycia nowych czy też zapomnianych barw codzienności. Lekcja pokory i cierpliwości. Zaczyna się od z trudem wydobywanych dźwięków, zakłóconej artykulacji. Potem bohater zmaga się z lukami pamięci, idąc na spotkanie z zagadką jutra.

WIKTORIA GORODECKAJA – koncentruje uwagę widzów na świecie wewnętrznym Nastazji Filipowny w adaptacji „Idioty” Fiodora Dostojewskiego (Teatr Narodowy). To ona prowadzi grę ze światem, z pożądliwymi mężczyznami, gotowymi ją zdeptać. Walczy, zmienia strategię, próbuje wybrać swoją drogę w świecie pełnym zasadzek. Ona, zmienna jak salamandra, piękna i błyskotliwa, zaborcza i skłonna do romantycznych gestów. Oni – zdeprawowani, w kleszczach namiętności, świadomi swojego upadku. Wodzi ich za nos i na pokuszenie. Marzy i omdlewa w marzeniu jak wielka nieobecna. Czuje się spętana. Czasem stłucze filiżankę albo czyjeś serce.

BOGUSŁAW KIERC – przedstawił w siedzibie filii biblioteki miejskiej na Dworcu Głównym we Wrocławiu monodram oparty na „Odejściu Głodomora” Tadeusza Różewicza (produkcja festiwalu WROSTJA). Spektakl trwał niewiele ponad pół godziny. Aktor zmierzył się z ułamkami tekstu Różewicza, dając pokaz aktorskiej maestrii. Piosneczka o Brysiu, który „wpadł do kuchni i porwał mięsa ćwierć”, stała się motywem przewodnim, dając aktorowi możliwość wielokrotnego opracowania głosowego tego utworu. Kierc zrobił z tej dziecięcej makabrycznej rymowanki klucz do emocjonalnego wejrzenia w świat Głodomora – inteligenta, który wystawia się na pokaz, aby być przedmiotem pogardy. Aktor idealnie związał techniczną biegłość z głębią przekazu, w którym szło przecież o życie, o los artysty.

ANDRZEJ KŁAK – jako Franz K. w „Procesie” według Kafki w reżyserii Krystiana Lupy (spektakl w koprodukcji czterech teatrów, wystawiany w warszawskim Nowym Teatrze) jest bohaterem wewnętrznie krępowanym. Jego działania stale poddawane są kontroli i zawieszane, w nim samym następuje proces rozpadu. Pozostaje to w zgodzie z istotą dzieła Kafki, które na poziomie najwyższym jest metaforą ludzkiego losu. Przestrogą i ostrzeżeniem: zawsze jesteś winien i nieuchronnie poniesiesz karę. Wyrok zapadł już w chwili, kiedy pojawiłeś się na świecie. Franz nigdy się nie dowie, dlaczego musi zginąć w poniżeniu. Domyśla się tylko, że w jego sytuacji mógłby się znaleźć każdy. Z rosnącą rezygnacją wygląda przez okno, szukając jakichś znaków na zewnątrz. Ale ich nie znajduje.

ŁUKASZ LEWANDOWSKI – kreśląc podwójną „tożsamość” bohatera „Historii Jakuba” Tadeusza Słobodzianka (Teatr Dramatyczny, Scena na Woli), polską i żydowską, stawia pytanie, kim jest. Wciąż traktuje się go jak bliskiego-obcego. Dramatyzm opowieści splata się z żywiołowym humorem, łagodzącym przeżycia Jakuba rysowane przez aktora wyrazistą kreską. To on jest narratorem, odsłaniającym świat pełen udręki – najpierw w tonacji burleski, potem w coraz poważniejszej. Rzecz toczy się na prawie pustej scenie, pośrodku stoi tylko długi stół i kilka krzeseł. W głębi kilka starych szaf. Nikt do nich nie zagląda, ale może kryją trupy?

Lewandowski stworzył także inną zaskakującą kreację – uczestnika zbrodniczego „ostatecznego rozwiązania”, hitlerowskiego oficera Maksa Auego we wstrząsającym przedstawieniu „Punkt zero. Łaskawe” (Teatr Provisorium).

MAŁGORZATA NIEMIRSKA – w „Pociągach pod specjalnym nadzorem” (Teatr Dramatyczny, Scena na Woli) jako żona zawiadowcy stacji portretuje dojrzałą, przekwitającą kobietę. Wodzona na pokuszenie przez praktykanta Milosza Pipkę, powściąga lęk przed jego witalną bezpośredniością, aby nieść mu macierzyńską pociechę. Jej niezdecydowanie i wahania między przerażeniem a fascynacją, niepewność i obrona przed okazywaniem uczuć, wszystko to wybrzmiewa w tej przemyślanej w każdym detalu kreacji. Zwieńczonej później wzruszającą kołysanką.

EDYTA OLSZÓWKA – jako Ala/Alicja z „Elementarza” (Teatr Narodowy) przez dwie godziny prawie nie opuszcza sceny, przechodząc kurs wedle abecadła, od a do zet, nabierając doświadczenia i biegłości w posługiwaniu się językiem, narzędziem (nie)porozumienia. Wszystko odbywa się w uruchomionej pamięci od pierwszego zdania jak latarnia: „Ala ma kota”. Ale o kocie… później – jak zastrzega Ala. Zaraz się okaże, że ta Ala jest podszyta Alicją z Krainy Czarów, że elementarny świat abecadła przenika surrealistycznie splątany świat wyobraźni absurdalnej, a gry językowe zastawiają na bohaterkę i widzów niejedną pułapkę. Prostotę wspiera więc wyrafinowanie formalne, poetyka snu. Olszówka ulega stanom nieważkości, zadumy, zwątpienia, a widzowie posłusznie za nią podążają.

MARIAN OPANIA – jako tytułowy Ojciec (Teatr Ateneum) z biegłością mistrza ukazuje stopniowy zanik umiejętności poznawczych, pojawiające się poczucie zagrożenia i trwogi, a na koniec dojmującą tęsknotę za utraconym bezpieczeństwem. Oddany do domu opieki tęskni już tylko za matką, od której daremnie oczekuje opieki. Postać, którą buduje aktor, tchnie prawdą. We wcześniejszej fazie choroby, kiedy zdarzają się bohaterowi chwile, w których panuje nad sytuacją, potrafi snuć drobne intrygi, sypać komplementami albo zadziwiać dociekliwością. Wciąż poszukuje zegarka i czyni z tego poszukiwania ceremonię. Z czasem pogrąża się bezpowrotnie w mrokach niepamięci. Bezradny, zagubiony, tragiczny w swojej bezbronności budzi żywe współczucie i lęk.

BARTOSZ PORCZYK – w przedstawieniu Natalii Korczakowskiej „Berlin Alexanderplatz” (Teatr Studio) gra Franza, który po czterech latach wyszedł z więzienia, skazany za zabójstwo kochanki, i postanowił sporządnieć. Jego losy to odpowiedź na pytanie, jakie szanse ma człowiek w świecie z natury pełnym zła, przemocy i nienawiści. Reżyserka i aktor spotkali się wcześniej podczas pracy nad „Smyczą”, głośnym spektaklem jednoosobowym Porczyka. Ich ponowne spotkanie okazało się bardzo twórcze. W tamtym monodramie boleśnie doświadczany przez życie bohater Porczyka zrywał się ze smyczy ku wolności, w tym przedstawieniu płaci życiem za swoje błędy, ale budzi pragnienie wolności u innych. Nie jest tu bohaterem romantycznym, gubi się bez busoli moralnej, zamyka w sobie i ucieka od życia.

JERZY RADZIWIŁOWICZ – dał dwie zachwycające role, każdą w innej konwencji. Jedna to kreacja psychologiczna reumatologa Paula w „Naszych żonach” (Syrena), jednego z trzech przyjaciół, którzy stają przed koniecznością dokonania wyboru między prawem a prawdą. Paul wiedzie życie ciche a wygodne, wyprane niemal do szczętu z emocji, gubiąc po drodze więź z ukochaną córką. Kiedy jednak nagle wybuchnie, skry będą lecieć, a ciarki przebiegać po plecach. Druga rola to tajemnicza postać w sztuce Levina „Nikt” (Teatr Narodowy), która pojawia się i znika, siejąc niepokój. To pozujący na Przeznaczenie niejaki Szukra. Nie jest jednak reprezentantem fatum, tylko kolekcjonerem mocnych wrażeń.

MAŁGORZATA ROŻNIATOWSKA – ironicznie ożywiła w spektaklu „Dziecię Starego Miasta” (Teatr WARSawy) figurę Matki Boskiej (Matka Boska Dolorosa Varsoviensis), którą sportretowała z niebywałym talentem komediowym. To Matka Boża rutynowo nurzająca się w fanatycznych śpiewankach, ogórkach kiszonych (z zapałem je podjada), odpustowych dekoracjach, migoczących lampkach. Trochę znużona adoracją, ale wciąż zagrzewająca do ofiar i wyrzeczeń w imię świętej wiary i honoru Polski. Na koniec ten kiczowato-patriotyczny wizerunek niespodziewanie się zmienia, kiedy Rożniatowska zaśpiewa czystym tonem patriotyczną dumkę, pełną smutku i nostalgii, już bez cierpiętniczych motywacji.

NATALIA SIKORA – jako Piaf w „Pięknym nieczułym” (Teatr Polonia) w pełnych napięcia, załamań i pulsującej emocji wyznaniach ukazuje neurotyczny stan zakochanej bez pamięci kobiety, gotowej do największych poniżeń, aby zatrzymać kochanka. Sikora nie próbuje Piaf udawać, ale się z nią identyfikuje. Niewyobrażalne katusze, wywoływane każdym dobiegającym z zewnątrz dźwiękiem: hotelowej windy, zatrzymującego się samochodu, zamykanych drzwi, artystka przekuwa w sztukę. W piosenkach Piaf, które śpiewa w drugiej części spektaklu, opowiada tę samą historię nadziei i poniżeń, osiągając najwyższe piętro dostępne artystce – jej tragedia staje się przedmiotem adoracji publiczności. Trudno nie poddać się jej hipnotycznemu głosowi i sile emocjonalnej – stany ducha i jakości muzyczne wyraża całą sobą, muzyka ją przenika, każdy gest, spojrzenie, najmniejsze drgnienie wyrażają bezmiar cierpienia i potrzebę wolności, akceptacji.

KRZYSZTOF SZCZEPANIAK – błyszczy jako Lola vel Simon w musicalu „Kinky Boots” (Teatr Dramatyczny). Aktor obdarzony wieloma talentami umiejętnie je pielęgnuje pod skrzydłami Teatru Dramatycznego, na scenie uwodzi wrodzonym poczuciem komizmu, bezbłędnymi układami ruchu i brawurą wokalną. Już samo jego wejście elektryzuje widownię, a potem każde pojawienie się obiecuje niespodzianki. Sama historia nie jest skomplikowana. Nikt nie chce kupować butów firmy Price i Syn. Zanosi się na bankructwo, ale dzięki Loli, przebojowej londyńskiej drag queen, spadkobierca zaczyna produkować seksowne buty właśnie dla drag queen. Nie o historię jednak chodzi, ale o to, jak on ją opowiada.

BORYS SZYC – jako Szarik w „Psim sercu” (Teatr Współczesny w Warszawie), bezdomny pies przygarnięty przez profesora, przeżywa chwile triumfu. Ale to złuda, bo po eksperymencie medycznym stanie się człowiekiem i straci instynkt przetrwania na rzecz celowego szkodnictwa. Poddany obróbce przez komitet blokowy pod wodzą oślizgłego Szwondera staje się nowym człowiekiem. To znaczy kimś uległym zwierzchności, gotowym na wszelką niegodziwość, z ustami pełnymi frazesów. Aktor zachwyca w finałowej scenie, kiedy wcielony znowu w psa Szarik tuli się do nóg swojego pana – poraża siłą gorzkiej emocji. Poruszająca kreacja.

GOŁDA TENCER – prawdziwe historie i skondensowana sztuczność; prawda i konwencja. Przestrzeń „Golema”, spektaklu-instalacji Teatru Żydowskiego (w reżyserii Mai Kleczewskiej) aż kipi od niespodzianek. Wielką siłę przyciągania ma scena z udziałem Gołdy Tencer, która śpiewa kołysankę, adresując wyrzuty do Wnuczka. Artystka stwarza hipnotyczną aurę, podporządkowuje sobie widzów, rozproszonych w hali ATM, którzy nagle skupiają się wokół niej, gdy wjeżdża na wielkim elektrycznym wózku inwalidzkim i krąży po całej sali, pociągając za sobą pozostałych. Jest to przyciąganie rozpaczy – Gołda Tencer przekazuje całą sobą, śpiewem i wyrazem twarzy, esencję tragizmu, jest wstrząsającym ucieleśnieniem bólu nagromadzonego przez wieki, jej obecność porusza widzów do głębi.

JERZY WALCZAK – właściwie nic nie mówi, ale jego obecność ciąży. Oskarża. Jest niemym krzykiem protestu. Zmartwiałą z przerażenia twarzą rysuje na scenie porte-parole autora „Malowanego ptaka” (koprodukcja Teatru Polskiego w Poznaniu i Teatru Żydowskiego). Nie przypadkiem to on, poniekąd prywatnie, wychodząc z roli, jako aktor Teatru Żydowskiego odczytuje własny apel: „Zwracam się do Państwa z prośbą o przygarnięcie pamięci o żydowskich mieszkańcach naszych ulic, o żydowskich właścicielach domów, w których teraz mieszkamy”. Ciąg dalszy tej prośby wyraża w przejmującym epizodzie Wnuczka w „Golemie”, kiedy próbuje nawiązać kontakt z umarłą Babcią. Przeczuwa, a widzowie wraz z nim, że obcuje z Dybukiem, a może Bestią.

MIROSŁAW ZBROJEWICZ – nie tyle gra Brechta w „Songu o Brechcie” (spektakl impresaryjny), ile go reprezentuje. Zewnętrznie nie przypomina pisarza, znanego z licznych fotografii. Ale nie o takie podobieństwo tu chodziło. Udało mu się ukazać pasjonata, który z upływem lat, utrudzony i zawiedziony, pozostaje wierny swojej pisarskiej misji i pasji. „Jestem pisarzem!”, woła do przesłuchujących go przedstawicieli amerykańskich władz, którzy dociekają, czy jest komunistą. Przede wszystkim czuje się pisarzem. Prawda tej opowieści o pisarzu w trybach historii sprawia, że postać znana z podręczników ożywa, a sprawy, o które Brecht walczył, nabierają życia. Tylko czy ktoś będzie chciał to w Polsce pokazywać?

Wydanie: 4/2018

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy