Trochę za duży ten tornister

W gminie Miłoradz dużo było nerwów, czy wyprawki przyjdą na czas

Grażyna Sadowska, dyrektorka Szkoły Podstawowej w Miłoradzu pod Malborkiem, już nie może słuchać o wyprawkach dla pierwszoklasistów. Od początku sierpnia wisi na telefonie, próbując wyjaśnić wszystkie niejasności związane z tą inicjatywą.
– Zamówiłam w hurtowni już osiem kompletów, ale nie wiem, czym mam zapłacić i na kogo wystawić rachunek – mówi zdezorientowana, rozkładając ręce.
Pracownica opieki społecznej, która odpowiedzialna jest za przyznawanie wyprawek, uspokaja ją, twierdząc, że wszystko powoli się wyjaśnia, a one same są w trakcie wypisywania decyzji, komu taką pomoc przyznać.
– Ile czasu można pisać decyzję! – zżyma się dyrektorka. – Rok szkolny już się rozpoczął, a rodzice z pretensjami przychodzą do mnie.

Dla kogo te wyprawki?

Wokół trwają wrześniowe porządki, jutro zbiera się rada pedagogiczna, wcześniej jest narada dyrektorów, a tu na dodatek jeszcze te wyprawki. Dyr. Sadowska po prostu nie wie, w co najpierw ręce włożyć. Słyszała w radiu, że w niektórych gminach rodzice dostają do ręki pieniądze i sami kupują potrzebne rzeczy, przedstawiając jedynie urzędnikom rachunek. To wcale nie byłoby złe rozwiązanie, bo przecież każda matka wie najlepiej, jak wyposażyć swoje dziecko. A zwłaszcza zna jego rozmiary i upodobania, co jest istotne na przykład przy zakupie stroju sportowego czy tornistra.
Jakby jeszcze mało było problemów, ktoś puścił plotkę, że wyprawki należą się wszystkim pierwszoklasistom, nie tylko tym najbiedniejszym. Zainteresowani wydzwaniają więc do szkoły, zaś ona jako dyrektorka musi prostować, tłumaczyć, wyjaśniać. A wszystko to przez biedę. W gminie Miłoradz jest ponad 30-procentowe bezrobocie. Mimo zdenerwowania jest jednak dobrej myśli i zapewnia solennie, że zrobi wszystko, aby dzieci otrzymały szkolne przybory w przepisowym czasie.

Młyny biurokracji mielą wolno

Rozporządzenie w sprawie wyprawek ogłoszono 19 lipca. Przewiduje ono, iż każdy pierwszoklasista pochodzący z rodziny o dochodach poniżej średniej socjalnej ma otrzymać wyposażenie szkolne. W jego skład mają wejść: komplet książek, tornister, piórnik, dwa zeszyty, kredki, plastelina oraz strój sportowy.
Kierowniczka Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Miłoradzu, Mirosława Lampkowska, uważa, że przyczyną całego zamieszania jest zbyt późne ogłoszenie decyzji.
– Rozporządzenie pojawiło się w samym środku sezonu ogórkowego – mówi – kiedy utrudniony był kontakt z zainteresowanymi, część z nich zresztą już od początku wakacji sama kupowała przybory, np. większość rodziców zakupiła książki jeszcze w czerwcu.
Na dodatek pracownicy socjalni nie byli w stanie od razu pisać decyzji, bo do gminy nie dotarł dziennik urzędowy zawierający rozporządzenie, a dla nich tylko on jest podstawą prawną.
– Stosowny dziennik nr 111 otrzymaliśmy 26 sierpnia – mówi urzędnik – a do naszych kolegów z sąsiedniej gminy przyszedł jeszcze później. Od miesiąca na niego czekaliśmy, wcześniej dostaliśmy już numer 134, a 111 jak nie było, tak nie było. Pewnie w drukarni też zrobili sobie wakacje…
Mimo tych biurokratycznych opóźnień pracownicy miłoradzkiego GOPS i tak są dobrze zorganizowani. Zawczasu przeprowadzili wywiady i ustalili listę uprawnionych. Teraz, gdy dziennik wreszcie nadszedł, pozostaje szybkie wypisanie decyzji i przelanie pieniędzy. Z tymi ostatnimi też jest pewien kłopot.
– Na tornister, strój gimnastyczny i przybory powinniśmy otrzymać 90 zł, tymczasem dostaliśmy tylko 74 zł. Władze zapewniają, że pozostałe pieniądze przekażą później, ale przecież dzieci nie mogą czekać. Zdecydowaliśmy już, że resztę kosztów pokryjemy z funduszy gminnych – wyjaśnia Mirosława Lampkowska.

W oczekiwaniu na prezent

Nie mniej zdezorientowani od urzędników są rodzice pierwszoklasistów.
Ewa Zygadlińska kupiła dla syna Bartka komplet książek już w czerwcu. Teraz, gdy dowiedziała się, że otrzyma identyczny w wyprawce, poleciała do szkoły i oddała ten kupiony. Może dyrektorce uda się go zwrócić w wydawnictwie i odzyskać pieniądze. Podobnie postąpiła mama Ilony, Grażyna Chodnicka, i mama Natalki, Justyna Kotkowska, oraz wielu innych rodziców. Wiesława Król ze Starej Kościelnicy już wyszykowała dla swojego syna Dawida całą wyprawkę, zanim dowiedziała się, że dostanie rządową. O tym, iż może odnieść kupione w czerwcu podręczniki, dowiaduje się ode mnie.
Najtrudniej jednak to całe zamieszanie wyjaśnić maluchom.
– Bartek był strasznie zawiedziony, kiedy zgarnęłam jego książki i odniosłam do szkoły – mówi Ewa Zygadlińska.
Chłopiec pokazuje mi to, co ma: kredki z Niemiec, piórnik od babci, dwa bloki. – Chciałbym dostać buty, takie z korkami – marzy.
Za to Dawid Król jest wniebowzięty. Paraduje z wyładowanym tornistrem po mieszkaniu, gotowy do pierwszej lekcji. Wcale się nie martwi, tak jak jego mama, że za kilka dni dostanie drugi w wyprawce.
– To nawet fajnie, będę miał dwa na zmianę, jak żaden z moich kolegów – mówi zadowolony. Ale matce żal wydanych 10 zł.
Według rozporządzenia z 19 lipca, pierwszoklasiści mieli otrzymać wyprawki tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego, by tak jak Dawid mogli się nimi zwyczajnie nacieszyć. Tymczasem dzieci wciąż czekają, a cała sprawa utknęła w urzędach.

Nareszcie mają

Dyr. Grażyna Sadowska dotrzymała słowa. Jej pierwszoklasiści otrzymali wyprawki prawie w przyrzeczonym terminie, podobnie stało się w całej gminie Miłoradz.
– Plecaki, strój sportowy i przybory dostaliśmy już w piątek, 30 sierpnia, a książki 2 września – mówi Grażyna Chodnicka, zakładając Ilonie kolorowy tornister. – To nie jest ten wyprawkowy – uprzedza – bo tamten córce się nie podoba i jest trochę za duży.
Rafał Kowalczyk też ma dwie teczki, na razie będzie chodził z mniejszą, a dużą, darowaną zostawi sobie na następny rok.
– Ogólnie jesteśmy zadowoleni z wyprawek – mówi mama Natalki. – Tylko dla niektórych dzieci stroje i tornistry są zbyt wielkie. Ale nie mamy o to pretensji do dyrektorki, bo to nie jej wina. Na przyszłość chyba byłoby lepiej, gdyby wyprawki mogli kupować rodzice wspólnie z dziećmi.
Za to Rafał jest cały przejęty otrzymanym prezentem. Wyjmuje z teczki wyprawkowy piórnik, kredki, wycinanki i strój sportowy z trampkami w woreczku. Niestety, nie są to buty z korkami, o jakich marzył Bartek. Książek Rafał mi nie pokaże, bo jak inne dzieci zostawił je w szufladzie w szkole.
– Na razie jest fajnie, bo pierwszaki nie muszą się uczyć jeszcze tyle, ile starsi – dodaje Natalka, pozując razem z Rafałem do kolejnego zdjęcia z darowanymi tornistrami. Dla jej rodziców, którzy od kilku lat są bez pracy, wyprawka była znaczną pomocą.
– Tylko żeby dyrektorce udało się oddać te książki, które kupiliśmy w czerwcu – wzdycha jej mama, bo 130 zł to dla niej dużo pieniędzy.
Zaś babcia Rafała, emerytowana nauczycielka, chciałaby, aby wyprawkowa akcja nie okazała się jednorazowa i była kontynuowana w przyszłym roku – z odpowiednim wyprzedzeniem.
– Bieda u nas ogromna – mówi. – Tu znalezienie pracy graniczy z cudem. Zresztą nawet dla pracujących zakup samych podręczników dla kilku pociech to wydatek ponad miarę…


W skali kraju wyprawki ma otrzymać ponad 100 tys. najbiedniejszych pierwszoklasistów. Akcja ma na celu wyrównywanie warunków startu i prowadzona jest w tym roku po raz pierwszy. Całkowity koszt wyposażenia na jednego ucznia wynosi 190 zł: 100 zł – książki, 90 zł – tornister, strój gimnastyczny i inne przybory. Wcześniej szkoły sporadycznie zapewniały komplety podręczników dla najuboższych.

 

Wydanie: 36/2002

Kategorie: Oświata
Tagi: Helena Leman

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy