Po superwtorku nie wiadomo, kto będzie reprezentował obie partie w wyborach prezydenckich, wiadomo za to, kto nie będzie ich reprezentował Chociaż prezydenckie prawybory – w których wyborcy Partii Demokratycznej i Partii Republikańskiej głosują na tego kandydata, który według nich będzie najlepiej reprezentował ich partię w listopadowych wyborach prezydenckich – trwają od początku lutego i przetoczyły się przez cztery stany, prawdziwa walka zaczęła się dopiero w ostatni wtorek. Superwtorek, w tym roku wypadający 1 marca, to początek istnego maratonu wyborczego. Nim miesiąc się skończy, opinię o tym, kto powinien reprezentować ich ugrupowanie, wyrażą demokratyczni i republikańscy wyborcy w większości stanów. Sanders nie lubi wtorku W tegoroczny superwtorek do prawyborów ruszyli wyborcy jednej lub drugiej partii w 13 stanach (nie w każdym przypadku obie przeprowadzały głosowanie w tych samych stanach) i na Terytorium Samoa Amerykańskiego, a także demokraci przebywający za granicą. W prawyborach Partii Republikańskiej do zdobycia były głosy 595 delegatów spośród 2472, którzy będą uczestniczyli w lipcowej konwencji nominacyjnej w Cleveland w stanie Ohio. Aby zostać namaszczonym na kandydata całej Partii Republikańskiej w wyborach prezydenckich, pretendent do nominacji musi mieć po swojej stronie 1237 delegatów. Z kolei w prawyborach w Partii Demokratycznej do zdobycia były głosy 865 delegatów spośród 4764, którzy też pod koniec lipca, ale w Filadelfii, formalnie wybiorą swojego reprezentanta. Również tu kandydat chcący zapewnić sobie nominację musi uzyskać poparcie co najmniej połowy delegatów na konwencję. Tegoroczne prawybory w Partii Demokratycznej to starcie Hillary Clinton i Berniego Sandersa. Od samego początku w wyścigu do prezydenckiego fotela prowadzi była pierwsza dama, senator i sekretarz stanu, będąca kandydatką demokratycznego establishmentu. Jednak jej 74-letni konkurent – mimo 25 lat spędzonych w Kongresie, najpierw w Izbie Reprezentantów, a obecnie jako senator z mikroskopijnego Vermontu, występujący jako outsider – okazał się trudnym przeciwnikiem. Nie tylko jest świetnym organizatorem, ale też nawiązuje znakomity kontakt z pokoleniem swoich wnuków. Odniósł także niebywały sukces w zbieraniu pieniędzy na potrzeby kampanii wyborczej. W lutym zebrał ich znacznie więcej od konkurentki – sukces tym bardziej znaczący, że gros wpłat na jego fundusze wyborcze to skromne datki, co wskazuje również na dużą mobilizację jego zwolenników. Jednak ani środki pozostające do jego dyspozycji, ani mobilizacja stronników nie wystarczyły, by zapewnić mu sukces w superwtorek – Sanders wygrał jedynie w czterech stanach, w tym w Vermoncie, w którym mieszka. Z kolei Hillary Clinton wygrała w siedmiu stanach, w tym w największym z nich – Teksasie. W dodatku wygrywała z dużą przewagą nad Sandersem. Przy ordynacji proporcjonalnej (delegaci przysługujący każdemu ze stanów przydzielani są kandydatom w zależności od wielkości zdobytego poparcia) i w obliczu prawyborów w kolejnych stanach, w których jej przewaga też jest znacząca, oznacza to, że Bernie Sanders praktycznie nie ma szans na odrobienie dystansu do byłej sekretarz stanu. Łącznie, uwzględniając wynik superwtorku, cieszy się ona poparciem 1052 delegatów na konwencję nominacyjną w stosunku do 427 delegatów uzbieranych przez Berniego. Należy przy tym podkreślić, że mimo wysiłków nie udało się Sandersowi nawiązać dobrego – by nie powiedzieć żadnego – kontaktu z Afroamerykanami i Latynosami. Wśród mniejszości przewaga Hillary Clinton jest miażdżąca, co zdecydowało o skali jej zwycięstwa. Jeżeli obecna tendencja się utrzyma, do końca miesiąca powinna ona zapewnić sobie wystarczającą liczbę delegatów na konwencję, by uzyskać nominację. On jeden i ich dwóch W Partii Republikańskiej sytuacja jest znacznie bardziej skomplikowana. Największym poparciem w sondażach cieszy się Donald Trump i to on jest wyraźnym – wygrał w siedmiu stanach – zwycięzcą superwtorku. Jednak konkurenci, szczególnie ultrakonserwatywny senator z Teksasu Ted Cruz, który wygrał w trzech stanach, nie poddają się bez walki. Sukces Cruza, który zwyciężył m.in. w swoim Teksasie, jest tym większy, że w ostatnich dniach wiele wskazywało, że to Marco Rubio, intensywnie promowany przez republikański establishment, weźmie wreszcie na siebie zadanie zatrzymania Trumpa. Tymczasem Rubio, chociaż radził sobie nieźle, wygrał tylko w Minnesocie, a to za mało, by stanowić realne zagrożenie dla Trumpa, który już zdobył poparcie 319 delegatów na konwencję (do zapewnienia nominacji potrzeba 1237 głosów). Cruza jak dotąd wspierać będzie na konwencji 226 delegatów,
Tagi:
Jan Misiuna







