Twierdza Antypody

Twierdza Antypody

Tysiącom obywateli Nowej Zelandii i Australii pandemia wciąż uniemożliwia powrót do domu

Przez długie miesiące poprzedniego roku liderzy wielu krajów patrzyli w tym kierunku z podziwem. Rządy w Wellington i Canberze uznawane były za wzory do naśladowania pod względem zarządzania kryzysem pandemicznym. Postępowanie nowozelandzkiej premier Jacindy Ardern wskazywano jako modelowy format przywództwa w czasach zarazy. Chwalono ją za zdecydowaną i konsekwentną strategię, częstą i płynną komunikację z obywatelami oraz wyjątkową w zawodowej polityce zdolność uspokajania nastrojów społecznych i unikania podsycania paniki. Sąsiadów z Australii doceniano z kolei za szybkość reakcji, zdecydowanie we wprowadzaniu izolacji niemal natychmiast po wykryciu ognisk zachorowań na covid i za wysiłki dyplomatyczne wywierające presję na Chiny, by wpuściły do siebie śledczych WHO badających źródła pandemii. W pewnym momencie oba kraje ogłosiły się nawet strefami wolnymi od koronawirusa, i to wtedy, gdy reszta świata nie była w stanie powstrzymać kolejnych fal zachorowań paraliżujących życie społeczne. Długo wydawało się więc, przynajmniej z europejskiej czy amerykańskiej perspektywy, że w kwestii polityki pandemicznej liderzy na antypodach nie mogą mieć sobie nic do zarzucenia.

O ile świat patrzył z zachwytem, o tyle zdanie obywateli było już często odmienne. W miarę zrozumiałą postawą było kontestowanie kolejnych lockdownów, ogłaszanych niekiedy z powodu nawet pojedynczych pozytywnych wyników, a zamykających w domach całe wielkie ośrodki miejskie. Z kolei obce Europejczykom czy Amerykanom było uczucie, które zwłaszcza w Australii szybko stało się główną osią sporu na linii obywatele-rząd. Przymusowa izolacja była uciążliwa, ale dla wielu wcale nie najgorsza. Zwłaszcza dla tych, którzy może nawet chcieliby dać się zamknąć w domach czy mieszkaniach, gdyby tylko mieli szansę… do nich wrócić.

Według oficjalnych szacunków australijskiego rządu federalnego uwięzionych poza granicami kraju pozostaje od wybuchu pandemii 43 tys. obywateli. Ta liczba nie oddaje jednak pełnej skali zjawiska, bo wielu Australijczyków, nawet jeśli o powrocie myśli, to chęci tej nigdzie nie zgłasza, czekając na uspokojenie się sytuacji pandemicznej, a przede wszystkim na złagodzenie polityki dotyczącej podróży międzynarodowych. Nowozelandczyków, którzy cały czas przebywają za granicą, jest znacznie mniej, ale i tutaj nie obyło się bez zgrzytów, bo rząd z wysłaniem po nich samolotów ratunkowych najpierw zwlekał, a potem został skrytykowany, że za te loty przepłacił. Problemy z powrotami do domu wynikają oczywiście z cały czas zamkniętych, chronionych granic. To izolacjonistyczne podejście w dużej mierze uratowało oba kraje w 2020 r. przed pandemiczną katastrofą, która stała się udziałem wielu innych państw. Przy okazji jednak wypchnęło poza margines umowy społecznej tysiące obywateli, wobec których ich własne władze zachowują się, jakby po prostu o nich zapomniały. Krótko mówiąc, uwięzieni za granicą Australijczycy i niektórzy Nowozelandczycy są ofiarami sukcesu polityki „Twierdzy Antypody”.

Na czym właściwie polega ich problem? Teoretycznie granice pozostają otwarte dla obywateli, mogą więc kupić bilet na najbliższy samolot, wsiąść na pokład i po kilkunastu godzinach pojawić się w domu. W dodatku teraz, półtora roku po wybuchu pandemii, wydaje się, że międzynarodowe połączenia lotnicze wróciły przynajmniej częściowo do normy i ze znalezieniem połączenia też nie powinno być specjalnego problemu. Rzeczywistość jest jednak znacznie bardziej złożona i szybko udowadnia, że większości powyższych stwierdzeń wciąż daleko do prawdy.

Wspomniane 43 tys. obywateli Australii z technicznego punktu widzenia może i byłoby w stanie wrócić do kraju, ale w zdecydowanej większości przypadków ich na to nie stać. Jeśli bowiem zdecydują się na lot powrotny, muszą przejść obowiązkową kwarantannę po przekroczeniu granicy. Odbywa się ona w hotelach, a koszty pobytu pokryć musi sam zainteresowany. W dodatku trwa 14 dni bez możliwości wcześniejszego zwolnienia dzięki negatywnym wynikom testów. Oznacza to np. dla rodziny z dwójką małych dzieci przymusowe zamknięcie w pokoju hotelowym na dwa tygodnie, za co rachunek może wynosić nawet 10 tys. dol. australijskich, czyli nieco ponad 28 tys. zł.

Sama ta zasada jest mocno krytykowana, bo wydaje się drakońska, nawet w obliczu powrotu koronawirusa do Australii. Oczywiście zakażeń nie należy lekceważyć – i australijskie władze tego nie robią, a najlepszym dowodem na to są kolejne lockdowny. Jeszcze w sierpniu w przymusowej izolacji pozostawało ponad 60% populacji kraju, bo pandemia szerzyła się w najgęściej zaludnionych stanach, zwłaszcza w Nowej Południowej Walii na wschodnim wybrzeżu. Jednak wielu przeciwników rządowej polityki zadaje sobie pytanie, dlaczego władze nie podążają śladem chociażby brytyjskiego rządu, który, owszem, obowiązkową kwarantannę nakładał, ale do hoteli wysyłał w pewnym momencie już tylko obcokrajowców, w dodatku trzymani byli w nich tylko kilka dni i regularnie testowani.

Wbrew pozorom opłata za dwa tygodnie w hotelu nie jest wcale największym kosztem, jaki muszą ponieść chcący wrócić do domu Australijczycy. Wielokrotnie droższy może okazać się lot do domu, głównie z powodu braku miejsc. Oprócz obowiązkowej kwarantanny władze federalne ustanowiły limit osób, które w tygodniowych odstępach mogą przekroczyć australijską granicę – nawet jeśli są obywatelami kraju. Początkowo było to 6 tys. osób na siedem dni, jednak w sierpniu, z powodu wspomnianej już nowej fali zachorowań, liczbę tę okrojono o połowę. Tygodniowo więc na loty międzynarodowe do Australii sprzedaje się tylko 3 tys. miejsc na całym świecie. Premier Scott Morrison tłumaczy, że wszystko to robi dla bezpieczeństwa sanitarnego, i obiecuje, że poprzedni limit wróci, gdy sytuacja zostanie opanowana. A dokładniej – kiedy odsetek dorosłych Australijczyków w pełni zaszczepionych na koronawirusa zacznie się zbliżać do 70-80%. Biorąc pod uwagę fakt, że w tej chwili pełną odporność po przyjęciu preparatu ma tam trochę ponad 8,8 mln mieszkańców, czyli niecałe 35% dorosłej populacji, a sam premier publicznie mówi, że „program szczepień to nie wyścig” i nie zamierza podejmować żadnych specjalnych inicjatyw mających przyśpieszyć kampanię, trudno się spodziewać, by loty do domu odblokowały się szybciej niż za dwa-trzy kwartały.

Australijczycy uwięzieni poza granicami kraju licytują się w internecie na swoje pandemiczne krzywdy. Na Facebooku powstała zrzeszająca ich grupa, mająca w tej chwili 17 tys. członków. Zdecydowanie najciekawszym poruszanym przez nich wątkiem jest obecna logistyka dostępnych lotów. Jedni opowiadają o cenach (nawet 90 tys. zł za lot z Europy do Perth), drudzy o harmonogramach („Chciałam lecieć do domu na Boże Narodzenie, najbliższy dostępny termin to marzec 2022 r.”), inni dzielą się problemami związanymi z niemożnością powrotu, często stawiającymi pod znakiem zapytania całą ich przyszłość („Moja amerykańska wiza kończy się za trzy tygodnie, nasza ambasada rozkłada ręce”). Najwięcej osób łączy krytyka rządu Morrisona, którego obwinia się o uwięzienie Australijczyków za granicą. Zwłaszcza w świetle faktu, że na repatriację swoich obywateli – właśnie z Australii – zdecydowali się sąsiedzi z Nowej Zelandii.

Jacinda Ardern uruchomiła połączenia lotnicze z Nowej Południowej Walii do Nowej Zelandii niemal natychmiast po ogłoszeniu lockdownu u zachodnich sąsiadów. I choć wydawało się, że ruch ten może jeszcze zwiększyć jej popularność, spadła na nią fala krytyki. Głównie z powodu zwolnienia „australijskich” Nowozelandczyków z tzw. MIQ, obowiązkowej krajowej kwarantanny. Nowa Zelandia utrzymuje podobny do australijskiego system przymusowych izolacji hotelowych na 14 dni po powrocie do kraju, również na koszt podróżującego. Przywiezionych z Nowej Południowej Walii obywateli z niej zwolniono (choć za loty musieli zapłacić sami), bo, jak argumentowała Ardern, sytuacja pandemiczna w Australii stała się na tyle groźna, że wymagała rządowej reakcji, a pasażerowie mieli prawo oczekiwać, że za kwarantannę nie zapłacą, bo jeszcze do połowy czerwca między oboma krajami istniała bańka transportowa, pozwalająca uniknąć izolacji po powrocie. Dla niej decyzja ta była uczciwa, dla pozostałych Nowozelandczyków, którzy utknęli za granicą – była gigantycznym przejawem niesprawiedliwości. I dowodem na to, że o obywatelach, których na co dzień nie ma w kraju, łatwo zapomnieć. Nawet jeśli jest się jednym z najpopularniejszych liderów rządu na całym świecie.

m.mazzini@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Reuters/Forum

Wydanie: 39/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy